Śmierć po raz drugi
Śmierć po raz drugi. Sprawa wypadku na A1 to przykład wyjątkowego cynizmu Sebastiana M.
We wrześniu 2023 r. na autostradzie A1 pod Łodzią BMW prowadzone przez Sebastiana M. uderzyło w Kię wracającej z wakacji rodziny. Samochód stanął w płomieniach. Zginęła 37-letnia Martyna (prowadziła gabinet kosmetyczny), jej mąż 40-letni Patryk (żył z handlu) i ich synek, pięcioletni Oliwier. Śmierć rodziny z powiatowego Myszkowa na Śląsku była dramatem drogowym. To, co wydarzyło się później, stało się dramatem społecznym. Wszystko przez wyjątkowy cynizm Sebastiana M. Ale zacznijmy od początku.
Cztery wdechy od startu
Na początku była prędkość. Szaleńcza, zwariowana, obłędna – mówili ci, którzy widzieli, jak M. jechał po autostradzie. Prokurator nazwał ją irracjonalną. Biegły obliczył: 315–329 km/h. „Poruszając się z taką prędkością, podejrzany nie był w stanie uniknąć wypadku” – czytamy w akcie oskarżenia.
To nie było tak, że Sebastian M. po prostu wcisnął gaz do dechy. Najpierw z rozmysłem i za spore pieniądze zwiększył i tak już olbrzymie możliwości swojego BMW M850i. W specjalistycznej firmie moc silnika podniesiono z 530 do 650 KM, moment obrotowy z 750 do 850 Nm (niutonometrów). „Samochód po modyfikacji jest piekielnie szybki, wciska w fotel bez końca” – zachwalała firma. Przeskalowała ogranicznik prędkości: z fabrycznego ustawienia 260 km/h („tyle uzyskuje po czterech wdechach od startu”) do 330 km/h. „To, że ściągamy tzw. ogranicznik prędkości, nie oznacza, że zezwalamy klientom na jazdę takimi prędkościami w miejscach do tego niedozwolonych” – mówili pracownicy warsztatu Łukaszowi Zboralskiemu z brd.pl. Innymi słowy Sebastian M. mógłby tak gnać po torze wyścigowym, a nie po ogólnodostępnej autostradzie. To zaś znaczy, że świadomie jechał skrajnie niebezpiecznie.