Jak poszedłem w kamasze
Jak poszedłem w kamasze? Reporter „Polityki” na szkoleniu. „Z Putinem nigdy nic nie wiadomo”
Program szkoleń obronnych wGotowości jest powszechny i dobrowolny, zapisałem się więc i ja: sobota 7 marca, Inowrocław, 82. Batalion Lekkiej Piechoty. Moduł przetrwanie. Mieliśmy się stawić do 8.00, ale już pół godziny wcześniej wartownię wypełniało ponad 40 ochotników. Solo, w parach i grupach. Wiek przeważnie 40 plus, stan cywilny małżeński i związki nieformalne, rodzeństwa, matka z córką, dwóch ojców z synami, znajomi i nieznajomi. Stylówka militarna, trekkingowa i miks (wliczając półbuty). Obowiązkowe regulaminy i oświadczenia z podpisami (że zdrowi i świadomi ryzyka) zabrali nieliczni, bo z zakładki „dokumenty do pobrania” zniknęły dokumenty do pobrania. Na pytania w tej sprawie nikt nie odpisał, za to powiadomiono nas, że jednostka nie zapewni napojów, potem także prowiantu (z przyczyn od jednostki niezależnych). A do podpisu na miejscu dostaliśmy tylko zgody na wykorzystanie naszego wizerunku „do promocji Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej”.
Za bramą dowiedzieliśmy się, że w wojsku nie używa się feminatywów (dlatego szeregowy jest brunetką), zabrania się wykonywać czynności innych niż nakazane przez kierownika zajęć (w szczególności zdjęć), a żołnierz nie chodzi, nie biega, nawet nie maszeruje, tylko się przemieszcza. Przemieszczaliśmy się więc z wartowni do sali szkoleniowej, z sali na plac, a następnie Jelczami w rejon lasów Balczewa. Co rusz stawaliśmy w dwuszeregu i kolejno odliczał nas porucznik, bo jak mieliśmy odliczyć się sami, to wyszły o dwie osoby za dużo. – Żebyśmy chociaż jakoś wyglądali, bo tu dzisiaj mamy przysięgę i ludzie będą patrzeć – rzucił wojak.
Czytaj też: