Nie bujaj za długo
Terapia integracji sensorycznej: zaglądamy za kulisy. Dorośli płacą krocie na zajęcia dla dzieci
Syn Moniki, Leon, trafił na diagnozę integracji sensorycznej ze skierowaniem z poradni psychologiczno-pedagogicznej. – Wcześniej zaczął nerwowo reagować w dziwnych sytuacjach, np. w nocy, gdy chciałam poprawić mu kołdrę. Przestał jeść rzeczy, które kiedyś mu smakowały. Histerycznie odmawiał mycia zębów – relacjonuje Monika. Diagnostka – po wywiadzie z matką i kilkugodzinnych badaniach na podwieszanych hamakach, równoważni i drabinkach – potwierdziła, że przedszkolak ma nadwrażliwość dotykową (także w jamie ustnej, stąd niechęć m.in. do twardego jedzenia), niedowrażliwość w innych obszarach i że potrzebuje terapii.
Leon na nią nie poszedł, bo Monika nie mogła sobie pozwolić na odpłatne sesje. – Jednak w pracy poznałam osobę po szkoleniach z integracji, która nauczyła mnie różnych dociśnięć i masaży. Chłopcu ćwiczenia z mamą sprawiały wyraźną przyjemność. – Po części tych zabaw był bardziej wyciszony, ale ekstremalne zachowania nie znikły – relacjonuje Monika. Gdy chłopiec poszedł do szkoły, izolował się od innych dzieci, był wyśmiewany jako odludek i dziwak. W czwartej klasie okazało się, że ma spektrum autyzmu, nasilony zespół Aspergera.
Iwona zapisała córkę na terapię integracji sensorycznej, która w ich rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej w Warszawie była dostępna bezpłatnie. – Helenka płakała, gdy próbowałam jej dopinać kurtkę, wiązać buty. Terapeutka spotykała się z dziewczynką na godzinę tygodniowo przez kilka miesięcy, potem zaleciła, by rodzice kontynuowali m.in. głaskanie dziewczynki specjalnie zakupionymi szczotkami. Było lepiej. – Ale po kolejnych kilku miesiącach problem wrócił we wzmożonej postaci. Na przykład Helenka znosi szczotkowanie po skórze już tylko jednym rodzajem szczotki – opowiada Iwona, czekając na kolejną konsultację.