Wielkanocna rzeź dziczej rodziny na oczach mieszkańców warszawskiego Mokotowa, w tym dzieci, filmujących interwencję smartfonami, na długo zostanie zapamiętana władzom Warszawy. Zwłaszcza że kilka dni wcześniej na placu zabaw na Bemowie uśmiercono cztery lochy i 12 młodych. Pod bramą zamkniętego ogródka jordanowskiego do dziś palą się znicze i leżą kwiaty. W trybie nadzwyczajnym Rada Miasta zwołała posiedzenie komisji ochrony środowiska. A przeciwnicy zabijania dzików (w tym Koalicja Niech Żyją, Warszawski Ruch Antyłowiecki, Inicjatywa Nie Trzaskać Dzików, Inicjatywa Dziki Zostają i Kancelaria nad Wisłą Karoliny Kuszlewicz) wystosowali apel do Rafała Trzaskowskiego, a także marszałka Mazowsza, radnych, burmistrzów dzielnic oraz wojewody mazowieckiego o zaprzestanie zabijania dzików. 15 kwietnia odbędzie się wiec protestacyjny pod urzędem miasta.
– Mamy związane ręce: odpowiadamy za bezpieczeństwo mieszkańców Warszawy – tłumaczy Karol Podgórski, dyrektor Lasów Miejskich, skądinąd myśliwy. – Chcieliśmy dziki odławiać i wywozić żywe do lasu, prezydent miasta wystąpił w tej sprawie do Ministerstwa Rolnictwa. Odpowiedziano, że zakaz relokacji nie zostanie zdjęty, chociaż od pięciu lat w Warszawie nie było ani jednego przypadku ASF. A przepędzić ich w środku miasta nie sposób. Pozostaje tylko uśmiercić.
Podstawą prawną jest art. 45 ust. 3 prawa łowieckiego, dopuszczający uśmiercenie dzikich zwierząt „w przypadku szczególnego zagrożenia w prawidłowym funkcjonowaniu obiektów produkcyjnych i użyteczności publicznej”. – Ten przepis nie oznacza, że można uśmiercać z automatu – mówi dr inż. Robert Skrzypczyński z Biura Urbanistyki Wielogatunkowej, który, choć Warszawiak, pomaga Gdyni, także zmagającej się z dziczym problemem.