Sto twarzy bezsenności
Bezsenność w Polsce. Budzimy się o 3 nad ranem i noc staje się areną udręki. To już masowa epidemia
Anna Fabrowicz pamięta moment, gdy po raz pierwszy zrozumiała, że sen w jej życiu przestał być czymś oczywistym. – Po prostu obudziłam się w nocy, nie wiadomo z jakiego powodu, i nie byłam w stanie już spać. Dziś ma 58 lat, pierwszą lekcję nocnej czujności odebrała około trzydziestki. Żadnej choroby ani katastrofy życiowej. Była wtedy zapracowaną graficzką komputerową, która do późnych godzin wykonywała zlecenia. Regularnie zaczęła wybudzać się około trzeciej nad ranem i przez dwie–trzy godziny chodziła po mieszkaniu, czekając, aż sen wróci jak spóźniony pociąg. Następnego dnia funkcjonowała na kawie i determinacji, jak sama mówi, „drepcząc pół dnia do tyłu”.
Zupełnie inny bilet do krainy czuwania wykupiła Beata Turkiewicz, 55-letnia stewardesa. Kiedy zaczynała latać, miała 20 lat i – jak większość ludzi w tym wieku – nie zastanawiała się nad biologicznymi rachunkami, które przyjdzie kiedyś zapłacić. Problem pojawił się po kilkunastu latach pracy w powietrzu. – Potrafiłam zasnąć, ale po trzech godzinach był koniec spania – wyznaje. Wtedy starała się przyciągnąć sen, licząc minuty do budzika, zdając sobie sprawę, że o trzeciej nad ranem jej szanse na regenerację właśnie wyparowały: – Nie umiałam się zrelaksować, byłam zmęczona, choć musiałam funkcjonować z dwójką małych dzieci i pracą.
W głowie trwała nieustanna operacja logistyczna: zmiana stref czasowych, poranne i nocne grafiki lotów, rodzina, umierająca matka.
Rafał Cisło, 45-letni prywatny przedsiębiorca z Tomaszowa Lubelskiego, dołącza do tego nocnego chóru z własną wersją męki. 10 lat temu zaczął się wybudzać o 3–4 nad ranem. – Nigdy nie miałem problemu z zasypianiem, aż pojawiła się męczarnia – opisuje godziny między nocą a świtem.