Spada się tylko raz
Wyrok za Mont Blanc. Kulisy górskiego biznesu bez uprawnień. Nielegalne wyprawy to podróż w przepaść
To miała być przygoda życia. Aneta i Maciej w czerwcu 2018 r. wybrali się we francuskie Alpy. Marzeniem pary 40-latków było wejście na Mont Blanc, ale Aneta, pierwszy raz będąca w wysokich górach, przyznała, że to ponad jej siły. Postanowiła poprzestać na wspinaczce do schroniska na wysokości 3167 m. I poczekać, aż kilkunastoosobowa grupa, w tym jej partner, wrócą z 4806 m, czyli najwyższego szczytu Europy.
Na drodze do schroniska pojawiła się przeszkoda: nasyp śniegu, który trzeba było ominąć. Było stromo, Aneta poślizgnęła się i spadła na skały jakieś 200 m niżej. Zginęła na miejscu. Śmiertelny wypadek uruchomił lawinę pytań. Odpowiedzi były druzgocące dla organizatora wyprawy Zbigniewa B. Okazało się, że wyruszył z klientami po męczącej podróży z Polski i krótkim odpoczynku. Nie sprawdził ekwipunku podopiecznych, nie zalecił włożenia kasków i raków, nie zweryfikował, czy znają techniki asekuracyjne, nie zorganizował szkolenia w tym zakresie. No i nie miał uprawnień wymaganych przez lokalne prawo do prowadzenia komercyjnych wypraw na Mont Blanc. A gdyby nawet je miał, zgodnie z francuskimi przepisami mógł zabrać co najwyżej dwóch klientów. A nie kilkunastu, którzy zresztą w drodze na szczyt się rozdzielili.
Bez wyobraźni
Proces Zbigniewa B. ciągnął się od 2019 r. Polskie sądy uważały się za niewłaściwe, argumentując, że skoro do tragedii doszło we Francji, niech tam rozstrzyga się kwestia ewentualnej kary dla Zbigniewa B. W końcu sprawa trafiła na wokandę w Polsce, oskarżonemu postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci i na początku kwietnia Sąd Okręgowy w Sosnowcu skazał B. na półtora roku bezwzględnego pozbawienia wolności. Wyrok jest prawomocny, w uzasadnieniu sąd napisał: „Oskarżonemu zabrakło jakiejkolwiek wyobraźni (…).