Wkoło roweru
Kaski, drogi i inne bareizmy. Rowerzyści domagają się zmian. Ale Polska to nie Holandia
Od 3 czerwca dziecko do 16. roku życia bez kasku na rowerze czy hulajnodze oznacza dla rodziców wydatek rzędu 100 zł. Po znowelizowaniu przepisów Kodeksu ruchu drogowego tyle wynosi mandat. Umówmy się, kara jest symboliczna, a policja i tak zapowiada, że raczej będzie pouczać, niż mandatować. Ale to największa zmiana w podejściu do rowerzystów od wielu lat. – I kolejna, która przerzuca na nich odpowiedzialność za to, że na polskich drogach nie mogą czuć się bezpiecznie, a wypadków i zabitych na rowerach jest ciągle za dużo – mówi Andrzej Janowski z Federacji Rowerowej.
W zeszłym roku zginęło 155 rowerzystów. Poseł Łukasz Litewka w chwili wypadku miał kask na głowie. Ale nie mógł mu uratować życia, bo prędkość i siła uderzenia auta były zbyt duże. Podobnie dzieje się w większości tego typu wypadków. Kaski chronią mózg, ale nie mogą ratować życia. Życie ratuje ostrożna jazda i dobra infrastruktura drogowa. Dobra, czyli najlepiej odseparowana od ruchu samochodowego. Tyle że infrastrukturę buduje się latami, a kaski można wprowadzić jednym aktem prawnym.
Kij
Paradoksalnie przez lata największym hamulcowym obowiązku jazdy w kaskach byli sami politycy, którzy dobrze wiedzieli, że to nie jest pomysł z kategorii „świetnie, zróbmy to”. Politycy bali się nie tylko samej natury Polaków, którzy nie lubią nakazów i zakazów. Ale przede wszystkim sprzeciwu środowiska rowerowego, którego przekaz był jasny. Problem nie jest po stronie rowerzystów.
Koronnym argumentem przeciwko kaskom paradoksalnie okazało się najbardziej rowerowe państwo świata, czyli Królestwo Niderlandów (kiedyś nazywane Holandią), w którym nie tylko nie ma takiego obowiązku; więcej, nie ma również rowerzystów w kaskach. Ewentualnie spotkać ich można sporadycznie, ale dotyczy to głównie tych, którzy uprawiają sporty rowerowe i chronią głowę ze względu na duże prędkości.