Sorry, takie mamy klimakterium
Sorry, takie mamy klimakterium! Sztuka o menopauzie jest grana od 20 lat. Skąd ten fenomen?
JOANNA PODGÓRSKA: – Pani sztuka „Klimakterium... i już” to zjawisko nie tylko artystyczne, ale też socjologiczne.
ELŻBIETA JODŁOWSKA: – To prawda. 20 lat temu w ogóle nie wymawiało się tego słowa na głos. Przełamałyśmy pewne tabu. Cztery przyjaciółki z dystansem i humorem mówią o swoim życiu, o zmarszczkach, włosach na brodzie, otyłości, atakach histerii czy uderzeniach gorąca. Kobiety identyfikują się z tymi problemami i wychodzą ze spektaklu z przekonaniem, że życie po pięćdziesiątce jest nie tylko nadal możliwe, ale może być też twórcze i radosne.
I mężczyźni o tym wiedzą?
Myślę, że nasz spektakl jest ważny także dla mężczyzn, bo pozwala im lepiej zrozumieć, co się dzieje z ich matkami, żonami czy partnerkami. Oni naprawdę niewiele wiedzą, dlaczego nagle bliska kobieta zachowuje się jakoś dziwnie, popłakuje, chodzi rozdrażniona, stała się „inna”. Ale mamy też w księdze gości na naszej stronie internetowej wpisy mężczyzn, którzy po obejrzeniu spektaklu piszą żartobliwie, że zazdroszczą kobietom ich klimakterium. Mogą żyć pełnią życia, jak w piosence Magdy Czapińskiej: „dzieci dawno odchowane, egzaminy wszystkie zdane i nie muszę się już męczyć z tym nudziarzem i tyranem, mogę nagle rzucić wszystko, zacząć życie od początku, może znajdę jakąś miłość gdzieś w Krynicy albo w Lądku”.
A w czasie spektaklu słyszą: „Mężczyzna musi się nachlać i zapłacić barmanowi, żeby go wysłuchał. Oni muszą płacić za miłość, a my nie musimy się już bać niechcianej ciąży. My możemy się malować, farbować, a jak oni się ufarbują, to widać…”.
Myślę, że kluczowe jest tu dzielenie się problemami; wygadanie się, wysłuchanie. Kobietom przychodzi to łatwiej.