Oby z tego wyrosło dobro
Zabójstwo w opactwie w Jarosławiu. Kazanie było piękne, ale atmosfera w miasteczku jest gęsta
W Jarosławiu czuć jesień, choć słońce jeszcze grzeje. Zaraz po wyjściu z dworca kolejowego przyjezdnych wita kebab Mustafa. Sympatyczna nastolatka nie umie doradzić, jak dojść do opactwa benedyktyńskiego, gdzie dwa tygodnie temu zamordowano ks. Stanisława Zbojnowicza, a ks. Marek Pieńkowski został ciężko ranny. To szef Rady Fundacji Duszpasterskiej Troski o Rodzinę, która zajmuje się pomocą uchodźcom z Ukrainy. – Ja tu tylko przyjeżdżam do szkoły – mówi dziewczyna przepraszająco.
Drogę bez wahania wskazuje za to uśmiechnięta 70-latka w różowym sweterku. – A skąd to, kochana, przyjechałaś? – pyta. I zaczyna opowiadać, że co prawda w Jarosławiu nie mieszka, ale często tu zagląda, w opactwie nieraz się modliła, a ta tragedia to straszna rzecz, która od razu jej się z Wołyniem skojarzyła.
– Kto to wie, co ten człowiek miał w głowie. Może chory, a może księży nienawidzi? No, ale my, Polacy, znamy historię i dużo złego się tu wydarzyło w czasie wojny – mówi, żywo zainteresowana kimś, kto pierwszy raz jest w Jarosławiu. Ona też jeździła w święte miejsca. Jak choćby do Oławy, gdzie na działkach było słynne objawienie. Jeszcze za komuny.
W ciągu ulicznym przyjezdny co chwila mija jakąś tablicę na ścianie lub pomnik. Jest Pomnik Walk i Męczeństwa pamięci ofiar drugiej wojny światowej. Jakieś 200 m w dół ul. Słowackiego tablice na kamienicy z lat 30. ubiegłego wieku przypominają, że w czasie okupacji była tu siedziba gestapo, a w piwnicach nazistowska katownia. Na skrzyżowaniu trzeba skręcić w Grunwaldzką. I iść w kierunku rynku. Kilkanaście metrów przed Kościołem św. Ducha uwagę przykuwa figura ze złotą koroną – stoi tu od 1999 r., postawiona przez społeczność miasta i powiatu w hołdzie Chrystusowi Królowi „dla upamiętnienia intronizacji” oraz „zawierzenia Jarosławia i okolic jego boskiemu sercu w dniu 31 maja 1998 roku”.