Po kongresie kobiet feministki walczą o parytety

Tak tka się ta sieć
Wzięły udział w czerwcowym kongresie kobiet, a teraz biorą sprawy w swoje ręce. Chcą zrobić cokolwiek, żeby dla kobiet w polityce znalazło się więcej miejsca.

Gdy na portalu internetowym Feminoteka pojawiła się informacja o powołaniu Śląskiej Przedwyborczej Koalicji Kobiet, pod tekstem ktoś dopisał komentarz "Kongresowa zaraza idzie w Polskę. I bardzo dobrze". Pomysł Koalicji  faktycznie zaczął się od kongresu. A dokładniej od tego, że Halinę Sobańską, prezeskę sosnowieckiego Stowarzyszenia Aktywne Kobiety, wzięli diabli. - Gdy na panelu „Kobiety w polityce" usłyszałam od prawicowych posłanek, że parytety są niepotrzebne, bo dobro się obroni, a kobiety wybrane do Sejmu po wprowadzeniu parytetu czułyby się niezręcznie, to aż się we mnie zagotowało - wspomina. Wieczorem, w kawiarni, z koleżankami zdecydowały, że trzeba zrobić cokolwiek - teraz, już - żeby dla kobiet w polityce znalazło się więcej miejsca.

 

Śląską Koalicję Przedwyborczą Kobiet powołały 3 lipca (zaprosiły też koleżanki z Partii Kobiet oraz Ogólnopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych). Będą zbierać pieniądze na kampanię samorządową dla kandydatek z różnych list, na szkolenia z prowadzenia kampanii, będą też lobbować u lokalnych polityków na rzecz parytetów.     

Uwolnić się od liderów

„Kongresowa zaraza" musi się szerzyć oddolnie, bo z realizacją postulatów kongresu na wyższych szczeblach raczej będzie ciężko. Prezydent miał co prawda zadeklarować poparcie dla dwóch najważniejszych spraw: obiecał, że jeśli ustawa wprowadzająca parytety na listach wyborczych trafi na jego biurko, podpisze ją (choć ma wątpliwości, czy miejsc dla kobiet powinno być 50 proc., czy mniej), przychylnie mówił też o pomyśle powołania niezależnej instytucji Rzecznika ds. Kobiet i Równości. Te zapowiedzi prawdopodobnie jednak trudno będzie zweryfikować - z rozmów z politykami parlamentarnymi i premierem nic jednoznacznego nie wynika. Powołania rzecznika wymaga Unia Europejska, więc szef klubu PO, Zbigniew Chlebowski, zadeklarował, że wspólnie ze Stanisławem Żelichowskim z PSL będzie nad stosownymi rozwiązaniami pracował. Do września mają przedstawić konkrety. Premier dał jednak przedstawicielkom kongresu jasny sygnał, że sprzeciwia się tworzeniu dodatkowych instytucji. Donald Tusk wyraził za to poparcie dla wprowadzenia parytetów (tak jak prezydent, dystansując się od obowiązkowego podziału miejsc po połowie), których zwolennicy w klubie PO, są jednak w mniejszości. - Dotarło do mnie, że na polityków nie ma co czekać. Same musimy stać się silnym ośrodkiem lobbingowym. Dziś gdy rząd zamierza przeprowadzić jakąś ustawę, zastanawia się, jak przyjmie ją Episkopat. Chciałabym, żeby tak samo się zastanawiał, jak przyjmą ją kobiety - mówi Magdalena Środa, jedna z pomysłodawczyń kongresu. Żeby to osiągnąć, kobiety muszą włączać się w politykę nie tylko jako kandydatki, ale też być aktywnymi wyborcami: na kampanijnych spotkaniach odpytywać przyszłych rządzących z planów w ważnych dla kobiet sprawach - in vitro, refundacji antykoncepcji, emerytur dla osób zajmujących się domem. I brać pod uwagę ich odpowiedzi przy wyborczej urnie. Taką czujność właśnie mają wyrabiać kolejne kongresy i regionalne konferencje kobiet. Bardziej konkretną pomocą dla tych, które same zechcą wejść w politykę, ma być Fundusz Wyborczy wspierający kandydatki w skali kraju, tak jak w skali regionu chcą to robić kobiety ze Śląskiej Koalicji. Kobiety stawiają też na siebie, jeśli chodzi o pracę nad zmianami prawnymi - projekt ustawy o parytetach ma być obywatelski. Chcą przygotować go same i same zebrać pod nim podpisy. 

Wiele uczestniczek w odpowiedzi na pytanie, co dla nich wynikło z kongresu, o parytetach i polityce nie mówi jednak w ogóle, albo w odległej kolejności. - To ma znaczenie, ale głównie symboliczne. Dla mnie ważna jest przede wszystkim  ogromna kobieca siła, której tam doświadczyłam - wyznaje Małgorzata Sawicka, absolwentka SGH prowadząca firmę Akademia Kobiet Sukcesu. Jakby na przekór bolesnemu odbijaniu się postulatów kongresu od politycznego muru, wiele uczestniczek mówi o spotkaniu przede wszystkim jako o zastrzyku energii.

Koktajl wzmacniający

Magdalena Sarnecka, menedżerka HR i działaczka Partii Kobiet z Kielc zgłosiła się na kongres jako wolontariuszka. Była w biurze prasowym, zajmowała się panelistkami. Uderzyło ją, że współpraca nieznanych sobie wcześniej osób przy tak wielkim przedsięwzięciu tak sprawnie się układa. Upewniała się, że podąża właściwą ścieżką. Że powinna przynajmniej próbować być w polityce, pracować, żeby kobietom lepiej się żyło: - Żeby nie łatano dziury budżetowej kosztem Funduszu Alimentacyjnego. Albo, żeby ktoś się zastanowił, co budować: Orliki czy żłobki. I żeby przenieść na codzienne życie tę atmosferę spokoju, braku rywalizacji, życzliwości. Wyciągnąć kobiety z domów i z różnych innych zamknięć. Bo klimat kongresu tak jednoznacznie pozytywny przecież nie był. Magdalena Sznicer, specjalistka od komunikacji społecznej z Katowic, wyjechała ze spotkania poruszona tym, jak wielki jest kobiecy lęk: - Przed utratą pracy, przed samotnością, przed biedą. To powracało w rozmowach na wszystkich panelach, przez które się przewinęłam. Gdy ktoś zadał pytanie, co zrobić, żeby kobiety się nie bały, zawisło ono w próżni.

Kongres to jednak będzie wielkie pozytywne doświadczenie całej generacji działaczek. Anna Adamczyk, ekonomistka z Warszawy, poczuła się dumna, słuchając naraz tylu mądrych i skutecznych kobiet: - Gdy wypowiadają się w mediach w pojedynkę, jakoś nikną, nie rzucają się w oczy. Ale też wyszłam z Pałacu Kultury z przeświadczeniem, że mamy, zwłaszcza wobec tych kobiet o pokolenie starszych - polityczek, kobiet biznesu, działaczek - zobowiązania. Że powinnyśmy nie tylko czerpać z tego, co one zrobiły, ale też jakoś to pomnażać. Jak? Każda z nas powinna sobie odpowiedzieć, w czym jest dobra.

Od lodów do warsztatów

Jest ryzyko, że jeśli Anna zostanie z tymi pytaniami sama, pokongresowa energia w końcu z niej wyparuje. Magdalena Sznicer: - Kongres nazwał problemy, pokazał siłę kobiet, i to, że możemy się zjednoczyć. Ale zwłaszcza kobietom spoza Warszawy nie wystarczą toczące się w gazetach dyskusje. Potrzebna jest platforma kontaktu - i to od razu, zanim opadnie kurz. Biuro kongresu, poprzez które uczestniczki będą mogły utrzymywać łączność, przekazywać sobie pomysły, zaproszenia, ma ruszyć wkrótce. Na stronie internetowej od czasu do czasu pojawiają się nowe informacje. Ale pod wywieszonym na niej numerem infolinii nikt nie podnosi słuchawki, nie działa też lista mailingowa. Na wrzesień zaplanowane jest następne spotkanie - konferencja regionalna w Gdańsku.

Na razie i tutaj najżywsze są ruchy oddolne. Magdalena Sarnecka po powrocie do Kielc zwołała spotkanie koleżanek z Partii Kobiet. Pierwsze od dawna - po wyborczych porażkach entuzjazm w ekipie mocno oklapł. Opowiedziała o kongresie, naładowała koleżanki - postanowiły, że będą się spotykać co miesiąc. Magda jest też w kontakcie z osobami ze swojej grupy wolontariackiej i z jej koordynatorką Magdaleną Sadowską-Pożycką z Wielgolasu Brzezińskiego pod Warszawą. Sadowska-Pożycka tak zintegrowała swoje wolontariuszki, że od kongresu spotkały się już trzy razy w kilkunastoosobowym gronie. Na razie te kontakty mają głównie towarzyski charakter - to na lodach ryżowych, to na urodzinach u Magdy, ale tak tka się ta sieć.

Kobiety z Przedwyborczej Śląskiej Koalicji Kobiet przygotowują się do kolejnych spotkań w sierpniu. Halina Sobańska ma nadzieję, że przynajmniej niektórych lokalnych liderów partyjnych uda się przekonać do tego, co w centralach nie do przewalczenia - żeby sprawiedliwiej podzielili miejsca na listach do wyborów samorządowych między kobiety i mężczyzn. W Sosnowcu, gdzie mieszka, w radzie miasta nie ma dziś ani jednej kobiety. Właściwie może być tylko lepiej.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj