Afera Zondacrypto rozwinęła się w z góry przewidzianym kierunku. Dziesiątki tysięcy poszkodowanych, rachunek strat zaczynający się od 350 mln zł, ucieczka prezesa kryptowalutowej giełdy Przemysława Krala (według medialnych ustaleń zaszył się w Izraelu, wcześniej przezornie załatwiając sobie paszport tego kraju). Z kryzysem mierzy się też prezes PKOl Radosław Piesiewicz, który pół roku temu zrobił z Zondacrypto strategicznego sponsora komitetu olimpijskiego. Potem obiecał zimowym olimpijczykom rekordowe nagrody, również w tajemniczych tokenach. A teraz ma problem z ich wypłatą. Niektórzy sportowcy otrzymali przelewy, prawdopodobnie dzięki temu, że w kasie PKOl została jakaś resztówka z kilkunastu milionów złotych otrzymanych od województwa lubelskiego – Piesiewicz doszedł do władzy, powołując się na wpływy w PiS, a w lubelskim wciąż rządzi ważny polityk tej partii, Jarosław Stawiarski. I ratuje kolegę.
Za odwoływanie Piesiewicza mają się teraz wziąć członkowie komitetu. Ci sami (w tym medaliści olimpijscy), którzy trzy lata temu praktycznie przez aklamację wynieśli go do władzy omamieni wizją 300 mln zł, które Piesiewicz obiecywał wyciągnąć od spółek Skarbu Państwa. Popierali, ale się wstydzili – odmawiali rozmowy na temat tego, jak mogą tak prestiżowe stanowisko w polskim sporcie powierzyć człowiekowi, który z koszykówki uczynił prywatny folwark, głównie po to, by wyprowadzać miliony w formie prowizji od umów sponsorskich ze spółkami Skarbu Państwa. Nieco ponad rok temu, gdy w sprawie malwersacji finansowych Piesiewicza i wystawiania przez niego faktur za fikcyjne usługi pośrednictwa (tylko w ciągu dwóch lat skasował 7,3 mln zł) oficjalnie wszczęto śledztwo, działacze również grzmieli, że prezes kompromituje PKOl i że tak dalej być nie może. I co?