Jak będzie wyglądać Europa po Lizbonie

Obietnica królowej
Wielkie kraje przypominają kobiety: wszystkie są zazdrosne. Czy ten dyplomatyczny bon mot się sprawdzi, kiedy Unia wdroży traktat lizboński?
Alegoria Europy z rogiem obfitości, grawiura francuska z XVI w.
Roger-Viollet/EAST NEWS

Alegoria Europy z rogiem obfitości, grawiura francuska z XVI w.

BEW

Ostatni hamulcowy, ekscentryczny prezydent Klaus, powiedział, że nie zatrzyma przecież jadącego pociągu, zatem pewnie podpisze traktat, który wkrótce wejdzie w życie. Unia Europejska pozyska dzięki temu nowe reguły i mechanizmy działania. Problemy instytucjonalne może mniej interesują publiczność, za to na pewno obchodzą nas symbolika i poczucie wspólnoty. Będziemy więc mieli nie tylko prezydenta kraju, ale i prezydenta Europy, a także „ministra spraw zagranicznych” Unii.

Oba te ważne stanowiska mają być jednym głosem Europy. To jeszcze pomysł głównego autora traktatu Valéry’ego Giscarda d’Estaing, który uparcie podkreślał, że zmiany prezydencji co pół roku nie pozwalają na żadne perspektywiczne działanie, a dwa i pół roku to już coś znaczy na scenie międzynarodowej. „Europa powinna szukać i wynaleźć swego George’a Washingtona” – apelował były francuski prezydent.

Washington, pierwszy prezydent USA, jest symbolem scalenia „Unii Amerykańskiej”, której stany początkowo wcale nie paliły się do federacji. Ciekawe jednak, czy obecny francuski prezydent zniósłby obok siebie Jerzego Waszyngtona, za którym przecież nie stałby żaden rząd, a tylko idea wspólnego działania.

Prezydent Europy

Czy więc rzeczywiście ci nowi europejscy urzędnicy będą coś znaczyć, czy też przywódcy narodowi zepchną ich do funkcji wyłącznie ceremonialnych? Czy będziemy ich traktować poważnie, jak swoich przywódców politycznych?

Czy prezydent Europy, który może pojawić się już w styczniu, zyska szersze  społeczne poparcie? W punkcie startowym – bardzo wątpliwe. Prezydent konkretnego państwa, czy to z wyborów powszechnych jak w Polsce czy Francji, czy z głosowania w parlamencie, popularny czy nie, ma mandat właśnie z tych wyborów. Może się na nie powołać jako podstawę swego autorytetu. W europejskim przypadku, nawet gdyby chodziło o polityków o uznanej renomie, Tony’ego Blaira czy Jana Petera Balkanende, prezydent i tak będzie owocem zakulisowych międzyrządowych przetargów, w które nikt spoza wąskiego grona szefów rządów i ministrów spraw zagranicznych nie ma wglądu.

Czy – nawet hipotetycznie – możliwe byłoby inne rozwiązanie: prezydent Europy z mandatem od wyborców europejskich? Nie, gdyż dziś trudno wyobrazić sobie, aby jakikolwiek polityk dał się bezpośrednio poznać elektoratowi 27 krajów: od Malty po Finlandię.

W demokracji medialnej prezydent UE musiałby zwracać się do wyborców wprost, a nie przez tłumacza. Poza tym, gdyby startowało w takich wyborach kilku kandydatów, Polacy zapewne głosowaliby na Polaka, Brytyjczycy na Brytyjczyka, Hiszpanie na Hiszpana i tak dalej. Podejście takie jest chyba wszechobecne. Na przykład, w ostatnim wywiadzie telewizyjnym prezydent Lech Kaczyński powiadomił, że będzie popierał Janusza Lewandowskiego na stanowisko komisarza europejskiego, chociaż się z nim nigdy nie zgadzał. Ważniejsza dla prezydenta jest narodowość niż program i kompetencje (nie chodzi nam tu o żadną krytykę Lewandowskiego, tylko sposób rozumowania prezydenta). Choć nikt jeszcze tego empirycznie nie badał, możliwe, że dla wszystkich społeczeństw Unii ważniejszy jest swój, a do obcego nie ma zaufania.

Kiedy José Manuel Barroso reklamował się jako dobry kandydat na przewodniczącego Komisji, podkreślał, że Europie potrzebny jest „silny przywódca, który musi stawić czoło silnym państwom, chcącym realizować własne interesy”. Chris Patten (komisarz ds. stosunków zewnętrznych Unii Europejskiej 2000–2004) wspomina w pamiętnikach swoje pierwsze spotkania z Putinem, kiedy gorąca była kwestia czeczeńska. „Wiedzieliśmy, że Putin kłamie, a on wiedział, że my wiemy... ale miał to w nosie” – pisze komisarz, który, jak i cała Komisja, chciał w jakiejś formie Rosję skrytykować za użycie nieproporcjonalnie wielkiej siły. Kiedy jednak przyszło do konkretów, ówczesny prezydent Jacques Chirac wyniośle odparł, że Komisja powinna wielkie kwestie polityczne zostawiać przywódcom. I urzędników w Komisji szybko pouczono, iż zajmują niekonstruktywną postawę wobec Rosji.

Kto na przywódcę

Kogo szukamy na to wielkie stanowisko? – Nie zależy nam na tym, żeby wybrać celebrytę, tylko żeby znaleźć skutecznego moderatora w UE, kogoś, kto będzie rzeczywistym twórcą kompromisów – mówi Mikołaj Dowgielewicz, minister do spraw europejskich. Ale dyplomaci Brukseli zwracają uwagę, że traktat przewidział stanowisko przewodniczącego, ale bynajmniej nie zlikwidował rotacyjnej, copółrocznej prezydencji poszczególnych krajów. Droga do walk podjazdowych w stylu Kaczyński–Tusk? Wyobraźmy sobie, że prezydentem zostaje powiedzmy Carl Bildt, b. premier Szwecji, sprawny organizator, a Unii przewodniczy akurat Hiszpania, wielki kraj. Premier Hiszpanii nie może przecież siedzieć w Madrycie i biernie się przyglądać, jak tamten się spotyka z innymi szefami rządów, ustawia całą agendę Rady i nie daje prezydencji odegrać żadnej roli. Recepta na kakofonię? – Summa summarum będzie dominowała współpraca – mówi Jan Truszczyński, dawny polski negocjator i minister, polski wysoki urzędnik Unii. – Owszem, będą cztery osoby, z przewodniczącym Parlamentu, do reprezentowania Unii: stały przewodniczący Rady, kraj prezydencji i stały przedstawiciel, ale cała sztuka, by wszyscy grali do jednej bramki.

UE pozostaje projektem hybrydowym, który łączy indywidualizm państw narodowych ze wspólnotowością Unii. Interesy państw wyrażała Rada Europejska (szefowie państw i rządów), interesy Wspólnoty – Komisja i Parlament. Zawsze też istniały dwie metody postępowania: międzyrządowa i wspólnotowa. Niejednokrotnie w przeszłości egoizm państw narodowych wyrażał się w starciach Rady z Komisją: w sprawie poluzowania kryteriów stosowania tzw. Paktu Stabilności i Wzrostu (narzucającego dyscyplinę finansową) duże państwa postawiły na swoim wbrew opozycji Komisji Europejskiej i paru mniejszych krajów z Holandią na czele. W sprawie swobody przepływu usług, tak ważna dla Polski Dyrektywa Bolkensteina, również padła. Dziś mamy znów spory związane z pomocą publiczną dla Opla. Wynik nie jest pewny, ale Komisja, przynajmniej na razie, nie zamierza chować się pod stół i ulegać interesom partykularnym. Czy w czasach kryzysu Komisji uda się ochronić podstawy jednolitego rynku, czy uda się zapobiec protekcjonizmowi i uniknąć wprowadzania krajowych przepisów i procedur faworyzujących krajowych wytwórców kosztem innych? To wielkie wyzwanie.

A jaka jest dziś agenda? W Brukseli dominują cztery sprawy: ochrona klimatu, wyjście z kryzysu, bezpieczeństwo energetyczne i polityka wobec imigrantów. We wszystkich czterech daleko do jednomyślności. Unijna 27 nie osiągnęła porozumienia, jak będzie pomagać krajom rozwijającym się w programie ochrony klimatu. Także bezpieczeństwo energetyczne nie przejdzie na szczebel Brukseli. Teraz Rosja ogłasza, że wyeliminuje Bułgarię z rurociągu South Stream, tak jak przedtem ominęła Polskę z Nord Streamem. Chciałoby się, żeby ktoś jeden to z Rosją uzgadniał, ale bardzo odmienna jest w Unii percepcja zagrożeń. Na szczęście większa też panuje w Brukseli świadomość, że jedziemy na wspólnym wózku i trzeba poprawić bezpieczeństwo energetyczne chociażby poprzez dofinansowanie połączeń wewnętrznych między krajami członkowskimi. Oczywiście budowy Nabucco żaden budżet unijny nie sfinansuje, ale może je popierać: na przykład w przypadku słynnego już odcinka Odessa–Brody studium wykonalności w dużym stopniu sfinansowała Unia. Wszystko to jednak są problemy techniczne, przecież takimi nikt publiczności europejskiej nie porwie. Europa potrzebuje jakiegoś impulsu, idei, mitu.

W czym my, zawiedzeni euroentuzjaści, mielibyśmy się zakochać? Przecież nie można się zakochać w projekcie buchalteryjnym. Jeśli europejski Waszyngton byłby osobowością o silnym charakterze, może przekonałby do jakiejś wizji przyszłości. Ludzie przecież głosują nie na kwalifikacje urzędnicze, a na wizję, na narrację. Dziś takiej narracji po prostu nie ma. Czujemy jednak pod skórą, że Europa to coś więcej niż urzędnicza Bruksela, dopłaty i drogi.
To wielki, udany, pokojowy projekt cywilizacyjny, wpływ na świat i miejsce naszej Unii w świecie.

Klasyczni myśliciele, jak Denis de Rougemont, nawiązywali do wcześniejszych metafor Europy jako pięknej kobiety, królowej, córki króla Agenora władcy Tyru. Na długo przed obecną falą globalizacji de Rougemont, wizjoner, pisał tak: federalizm oznacza dzisiaj wysiłek skierowany na zjednoczenie naszych narodów, a nacjonalizm chce przekształcenia Europy – Królowej, w pył małych państw. Ten wybór ciągle przed nami stoi.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną