Świat

Sąsiedzi

Ile zostało z NRD?

Słynny mural Słynny mural Daniel Kruczynski / Flickr CC by SA
Zjednoczenie Niemiec było jednym z największych współczesnych przedsięwzięć administracyjnych, gospodarczych i kulturowych. Po 20 latach wynik ciągle nie jest jednoznaczny.
Ostalgia...Matthew Black/Flickr CC by SA Ostalgia...
JR/Polityka
JR/Polityka

Od 1989 r. wszystkie „bratnie kraje” bloku radzieckiego przechodziły transformację ustrojową, ale żaden – tak radykalnej jak NRD. Polacy, Węgrzy, Litwini przebudowywali swoje państwo od wewnątrz, wyłaniając nowe elity, na własny rachunek popełniając błędy i odnosząc sukcesy. Natomiast enerdowcy niemal z dnia na dzień otrzymali nie tylko gotowy ustrój Republiki Federalnej, ale i zachodnich opiekunów, którzy przejęli kluczowe stanowiska w administracji, gospodarce, sądownictwie i szkolnictwie wyższym.

Najszybszy wariant

Na Niemców z obu krajów zjednoczenie spadło jak grom z jasnego nieba. Choć w konstytucji Republiki Federalnej zapisany był nakaz jednoczenia, to jednak większość zachodnich Niemców pogodziła się z trwałym podziałem, licząc co najwyżej na jakąś liberalizację NRD. W najśmielszych marzeniach – na status podobny do Austrii. W Bonn było wprawdzie ministerstwo do spraw ogólnoniemieckich, ale gdy doszło co do czego, to okazało się, że szuflady są puste. Nie było żadnych planów jednoczenia dwóch organizmów państwowych. Z kolei na wschodzie marzeniem była najwyżej swoboda podróżowania, bo przecież „Moskwa nas nie wypuści…”.

Gdy jednak wypuściła, to nie było czasu na roztrząsanie różnych modeli, bo – jak zresztą pokazał pucz Janajewa w 1991 r. – konstelacja na Kremlu znów mogła się zmienić. Wybrano wariant najszybszy. Nie tyle zjednoczenia dwóch równorzędnych podmiotów, ile przystąpienia NRD do Republiki Federalnej na mocy artykułu 23, który później został zmieniony tak, by nie było wątpliwości, że nie dotyczy terenów za Odrą i Nysą.

Ten wariant pozwalał na natychmiastowe wprowadzenie zachodnich struktur administracyjnych i włączenie enerdowskich instytucji – jak choćby kolei – do zachodnioniemieckich. Połączono nawet obie armie, choć tylko śladowo. Z 36 tys. oficerów enerdowskiej NVA do Bundeswehry przyjęto 3200. Natomiast sprzęt złomowano, sprzedano bądź rozdano – trafił również do USA jako materiał ćwiczebny. Lepiej się upiekło enerdowskim policjantom: zatrzymano na służbie aż 60 proc. vopos.

Jeszcze wyższy był procent nauczycieli pozostawionych na stanowiskach. Komisje weryfikacyjne – składające się w dużej mierze z ludzi z zachodu – zwracały uwagę na akta Stasi, ale nie na przynależność do partii. Dwadzieścia lat później wciąż w prasie pojawiają się alarmistyczne teksty, że starsza kadra nauczycielska nadal nie wyzbyła się dawnych przyzwyczajeń. Z drugiej jednak strony na międzynarodowej skali umiejętności szkoły z byłej NRD są w czołówce. Na pierwszym miejscu Saksonia, na trzecim Turyngia, a pozostałe także w pierwszej lidze. W tamtejszych szkołach bardziej dba się o przedmioty ścisłe. A poza tym mają dużo mniejszy procent dzieci imigrantów i mniejsze klasy.

Po zjednoczeniu w byłej NRD nasilił się proces depopulacji: spadł i tak niski przyrost naturalny, a nie udało się zahamować migracji na zachód. Według najnowszych danych codziennie przenosi się na zachód, głównie do Bawarii i Hesji, 140 osób. Od zjednoczenia wschód stracił 1,5 mln ludzi, a od 1945 r. – bez mała 5 mln! I końca nie widać. W ciągu najbliższych dziesięciu lat Turyngia czy Saksonia-Anhalt mogą stracić do jednej trzeciej ludności, twierdzi dyrektor berlińskiego Instytutu Demografii i Rozwoju Rainer Klingholz. Ale, jego zdaniem, to nie katastrofa: „Niemcy potrzebują pustych przestrzeni, które ze względów klimatycznych należałoby zalesić”.

O ile łatwo można było narzucić zachodnie instytucje i – nie zawsze najlepszych – zachodnich ekspertów, o tyle trudniej było przeprowadzić zjednoczenie mentalne. Niemiecki pejzaż medialny najlepiej pokazuje dwie różne społeczności. Berlin jest wciąż podzielony na zachodnią strefę wpływów słabnącego „Tagesspiegla” i wschodnią domenę „Berliner Zeitung”. Renomowane zachodnie tytuły, jak „Frankfurter Allgemeine”, „Spiegel” czy „Zeit”, sprzedają się na wschodzie statystycznie do pięciu razy gorzej niż na zachodzie. Przyczyną jest podobno bardziej robotniczo-plebejski charakter byłej NRD, większe bezrobocie, brak nawyków obywatelskiego uczestnictwa w polityce i niechęć do debat uważanych za kłótnie lub gadanie po próżnicy. Również zachodni dziennikarze pracujący we wschodnich redakcjach muszą się do tego dostosować. Wschód czyta co innego niż zachód i inaczej ogląda telewizję. Nawet springerowska „Bild” ustępuje na wschodzie miejscowej – choć wydawanej przez zachodni koncern – „Superillu”. Z kolei w zachodnich redakcjach wypada mieć swoich pokazowych ossi, ludzi ze wschodu. Niektórzy – jak urocza Maybritt Illner, kiedyś dziennikarka telewizji NRD – są medialnymi gwiazdami.

Jak więc jest? Czy po 20 latach byli enerdowcy to w Republice Federalnej „Niemcy drugiej kategorii”, frustraci zainfekowani przez Stasi, tęskniący za NRD, głosujący na postkomunistów z PDS lub neonazistów z NPD? A może – jak chce socjolog Wolfgang Engler – to awangarda, bardziej przedsiębiorcza niż ociężali Niemcy z zachodu?

Jest na to kilka efektownych przykładów. Pierwszy to sama Angela Merkel. Córka enerdowskiego pastora i doktor fizyki. W NRD nie w partii, ale i nie w opozycji. Po zjednoczeniu wstąpiła do CDU; nazywana zgryźliwie „dziewczynką Kohla”. Ale w czasie afery chadeckich „czarnych kont” jako pierwsza zerwała ze swym preceptorem i skutecznie wymanewrowała konkurentów. Potem zręcznie wykorzystywała zmienne nastroje, raz była liberałem, kiedy indziej konserwatystką. By rządzić z socjaldemokratami, porzuciła głoszone wcześniej hasła liberalne. Teraz zobaczymy, na ile do nich wróci.

Drugi przykład wschodniej obrotności to Partia Lewicy. Powstała z postenerdowskiej PDS, której w latach 90. przepowiadano krótki żywot jako formie przetrwalnikowej bezdomnego już aparatu partyjnego, bezpieki i bezrobotnych urzędników. Dziś PDS – zjednoczona z zachodnimi dysydentami z SPD – żywotnie zagraża ponadstuletniej SPD.

Trzeci przykład dotyczy kultury – zarówno masowej, jak i tej wysokiej. Urodzony w Görlitz Michael Ballack jest od lat ulubieńcem nie tylko fanów monachijskiego FC Bayern. Zaś dwaj drezdeńczycy Ingo Schulze i Uwe Tellkamp są gwiazdami współczesnej literatury niemieckiej.

Wojny nie będzie

Mimo postawienia przed sądem Honeckera i innych władców NRD, temat Stasi wciąż budzi emocje. Niedawno wybuchła sprawa dziennikarza „Berliner Zeitung”, który był tajnym informatorem. Z drugiej strony Matthias Platzek – premier Brandenburgii, w NRD w opozycji i niepodejrzewany o konszachty z bezpieką – domaga się zakończenia rozliczeń. 20 lat wystarczy, mówi i zawiera kolejną czerwono-czerwoną koalicję. Byli opozycjoniści jak Wolfgang Templin są oburzeni i przewidują na wschodzie rychły wybuch rewolty młodzieżowej przeciwko rodzicom – podobnej do tej z 1968 r. na zachodzie. Odmiennego zdania jest Engler: kompleksy i poczucie krzywdy po zjednoczeniu spajają pokolenia. Medialna moda na wschód – ostalgia – i sukces dwóch głośnych filmów „Good bye Lenin” oraz „Życie na podsłuchu” zdawałyby się potwierdzać jego tezę. Choć istotnie nie brak też gwałtownych rozrachunków synów z ojcami-komunistami, jak choćby tysiącstronicowy atak Floriana Havemanna na swego ojca Roberta – sztandarową postać enerdowskiej opozycji, któremu syn zarzuca oportunizm. Ale równie ostra rozprawa Pierre’a Guileaume’a z ojcem, szpiegiem Stasi, który spowodował upadek Willy’ego Brandta, przeszła bez większego echa. Wygląda w sumie na to, że niezadowolenie Niemców wschodnich jest jedynie psychicznym dyskomfortem, a nie beczką prochu. Wojny pokoleniowej nie będzie ani teraz, ani za pięć lat, na ćwierćwiecze zjednoczenia.

Nie ma w Niemczech zgody co do tego, czy zjednoczenie gospodarcze jest sukcesem, czy porażką. Pięć lat temu były kanclerz Helmut Schmidt pogardliwie porównywał nowe landy z południem Włoch, „tyle że bez mafii”. Narzekanie jest modne, ale bezzasadne, dowodzi Karl-Heinz Paqué w „Bilansie”, wydanej właśnie analizie gospodarczej zjednoczenia. Odbudowa wschodu była nieuchronna i w gruncie rzeczy przebiegła tak, jak przewidywano. Po upadku muru szybko wprowadzono unię walutową, przeforsowano prywatyzację, ogromnymi zastrzykami finansowymi – ponad 1 bln marek zachodnich w ciągu 10 lat! – zmodernizowano infrastrukturę.

Kwitnące krajobrazy

Na pierwszy rzut oka była NRD przypomina dziś obiecywane przez Kohla „kwitnące krajobrazy”. Wydajność gospodarki wschodnioniemieckiej i standard życia są co prawda niższe niż na zachodzie, niemniej rezultaty są lepsze niż się powszechnie odczuwa, choć gorsze niż oczekiwano. Za grzech pierworodny gospodarczego zjednoczenia krytycy uważają przelicznik 1:1 (jedna marka zachodnia za jedną wschodnią) unii walutowej z 1990 r. Niesłusznie, powtarza Paqué. Dzięki tej relacji płace w nowych landach, o dwie trzecie niższe niż na zachodzie, dokładnie odpowiadały poziomowi wydajności enerdowskiej gospodarki.

W wyniku szybkiego zjednoczenia już w 1990 r. załamał się enerdowski przemysł. Nie ratowano go zresztą, przyjmując zasadę, że absolutne pierwszeństwo ma prywatyzacja prowadzona przez specjalny Urząd Powierniczy. Zakończono ją już cztery lata później, sprzedając, po części za bezcen, większość z 14 tys. zakładów. Rezultatem piorunującej prywatyzacji był deficyt 200 mld marek w nowych landach oraz utrata 2,5 mln miejsc pracy w przemyśle (dla porównania: w Polsce podobna skala prywatyzacji przyniosłaby 6 mln bezrobotnych!). Ponadto liczne afery związane ze sprzedażą majątku NRD zdyskredytowały całą strategię zjednoczenia, którą wielu odebrało jako swoistą kolonizację Niemiec wschodnich.

Mimo to z ekonomicznego punktu widzenia bilans prywatyzacji okazał się korzystny. Udało się stworzyć archipelag firm rozwojowych, opartych na najnowocześniejszych technologiach. Nabywcy prywatyzowanych zakładów w dużej mierze dotrzymali obietnic inwestycyjnych i zatrudnienia, a przyjęte przez nich modele gospodarcze okazały się trafne. Większość sprzedanych wtedy zakładów jest dziś rentowna. Uwolniono się też od zmory gospodarki w innych krajach byłego bloku radzieckiego – gigantycznych kombinatów subwencjonowanych przez państwo.

Równolegle do prywatyzacji rozbudowano i unowocześniono infrastrukturę. W 1992 r. nowe landy wytwarzały zaledwie 3,4 proc. ogólnoniemieckiej produkcji przemysłowej, w ubiegłym roku już niemal 10 proc. Również wyraźnie wzrosła wydajność pracy. W 1991 r. wschód osiągał mniej niż jedną czwartą zachodniej wydajności pracy, w ubiegłym roku już 78,3 proc. Niemniej nadzieje na błyskawiczny wzrost gospodarczy okazały się płonne. Pod koniec lat 90. skończył się boom budowlany, wkrótce też zaczęły się kurczyć subwencje i przestały rosnąć płace – od 10 lat wynoszą dwie trzecie zachodnich. Stagnację płac ułatwia fakt, że na wschodzie związki zawodowe są słabe, oraz nadzieja, że dzięki „dumpingowi płacowemu” Niemcy wschodnie będą atrakcyjnym miejscem inwestycyjnym.

Jednak niższa wydajność pracy nie wynika ani z gorszego wyposażenia zakładów, ani z gorszego wykształcenia pracowników, lecz z płynności kadr. Ludzie wciąż ciągną na zachód. Około 300 tys. mieszkańców b. NRD codziennie dojeżdża do pracy w dawnej RFN, gdzie bez kłopotów osiąga wydajność swych zachodnich kolegów. Niższa wydajność na wschodzie wiąże się ze strukturą produkcji. Te eksportowe, wymagające wysokich technologii, nadal wytwarza się głównie na zachodzie. W 2008 r. niemal 46 proc. produkcji zachodnioniemieckiej szło na eksport, podczas gdy na wschodzie udział ten wynosił tylko 33 proc. To wciąż więcej niż 10 lat temu, gdy na eksport szło zaledwie 20 proc. towarów.

Gospodarcza słabość nowych landów wynika ze „struktury postkolonialnej”. 5 lat temu aż 75 proc. przedsiębiorstw miało miejscowych właścicieli, którzy zatrudniali średnio po 12 pracowników – za mało na innowacyjność i produkcję eksportową. To w takich zakładach pracuje niemal połowa zatrudnionych we wschodnioniemieckim przemyśle. Reszta – w dużych firmach zachodnich i zagranicznych, które swe filie na wschodzie wprawdzie wyposażają w najnowocześniejszą aparaturę, ale przenoszą tam tylko standardową produkcję, a instytuty badawcze zostawiają na zachodzie.

Skuteczność transformacji w nowych landach ilustruje porównanie z Polską i Czechami. W latach 90. Jerzy Kleer mógł dowodzić, że polski model, przy nieporównanie mniejszym wsparciu z zewnątrz, dawał szybsze efekty niż te osiągane w byłej NRD, gdyż tolerując szarą strefę, pobudzał inicjatywę oddolną oraz pozwalał wykształcić własną, a nie z importu, warstwę właścicieli i menedżerów. Awans Niemiec wschodnich widać dziś najlepiej w zestawieniu z Czechami, które przed 1989 r. były mniej więcej na tym samym poziomie co NRD. Czeski robotnik zarabia jedną piątą tego co zachodnioniemiecki, a jego wydajność jest o dwie trzecie mniejsza. Ale Czechy nie miały zmasowanego programu pomocy gospodarczej. Nie miały dostępu do nowoczesnych firm i zastrzyków inwestycyjnych z tego samego kręgu kulturowego. Dlatego czeski pościg za Zachodem okazał się trudniejszy niż sądzono.

Tymczasem nowe landy są w trakcie wielkiego skoku. Celem jest takie wzmocnienie innowacyjności ich gospodarki, by własną produkcją finansowały swą konsumpcję. Dopiero wtedy będzie można odłączyć finansową kroplówkę z zachodu, przewidzianą zresztą tylko do 2019 r. Na razie Niemcy wschodnie wciąż wymagają zasilania, ale ich deficyt jest o 70 proc. niższy niż 10 lat temu, a jednym z jego istotnych składników są wysokie świadczenia socjalne należne tym, którzy pracują na zachodzie, ale mieszkają na wschodzie, oraz renty pochodzące jeszcze z czasów NRD.

Zmiana biotopu

20 lat po upadku muru Niemcy nadal nie są wewnętrznie zjednoczeni, narzekała w styczniu „Berliner Zeitung”. Zaledwie 22 proc. byłych enerdowców uważa się za rzeczywistych obywateli Republiki Federalnej, natomiast aż 62 proc. czuje się w stanie zawieszenia. Nic ich już nie łączy z NRD, ale też niewiele z republiką berlińską. Ale i to rozdwojenie nie jest dramatyczne. Zaledwie 11 proc. Niemców chciałoby powrotu NRD, za to aż 40 proc. nastolatków już w pełni utożsamia się z Republiką Federalną. Czyżby więc wystarczyło odczekać, by odeszło pokolenie pamiętające państwo Ericha Honeckera? Niezupełnie. 20 lat po zjednoczeniu na wschodzie następuje nieprzewidziany proces, który socjolożka z Dessau Regina Bittner nazywa „samouetnicznianiem się” byłych enerdowców, poczuciem trwałej odmienności od Niemców zachodnich.

Toralf Staudt, jeden ze współzałożycieli opozycyjnego „Nowego Forum” na enerdowskiej prowincji, idzie jeszcze dalej i kulturowy szok zjednoczenia porównuje ze wstrząsem, jaki przechodzą imigranci przenoszący się z jednego kraju do drugiego. I nie ma znaczenia, że ossi nie ruszali się z miejsca. Niemal z dnia na dzień zmienił się ich cały biotop: instytucje, kultura prawna i ekonomiczna, konwencje zachowań, towary konsumpcyjne, styl życia. Po krótkiej rewolucji przerwanej otwarciem muru obudzili się w innym państwie i innym społeczeństwie, które miało swe utrwalone struktury, własne hierarchie i nie było zainteresowane dorobkiem „wschodnich aborygenów”. Nowym landom z dnia na dzień narzucono zachodnie struktury administracyjne, gospodarcze, prawne. Kluczowe stanowiska zajęli spadochroniarze z zachodu. Natomiast miejscowi czuli się abgewickelt, odłożeni ad acta.

Potoczne opinie o Niemcach wschodnich są skrajnie rozbieżne. Gdy po 1989 r. ossi runęli na zachód, komedie filmowe wyśmiewały ich nieporadność. Zarazem uchodzili za bardziej ruchliwych i przedsiębiorczych od sytych i wygodnych wessi. Również socjologowie nie byli zgodni. Po zjednoczeniu przyznawali enerdowcom ogromną mobilność – w końcu to oni masowymi ucieczkami na zachód wymusili zjednoczenie – ale gdy w końcu nadeszło, większość musiała dokładnie przenicować całe swoje życie. Zmienić wartości, zawody, przyzwyczajenia, pogląd na świat, a wielu także miejsca zamieszkania. Ci aktywni nadal ciągnęli na zachód. Ci, którzy pozostali u siebie, stali się imigrantami, nie zmieniając miejsca zamieszkania.

Początkowo kompleksy ubogiego krewnego wielu przesłaniało ostentacyjną dumą z przynależności do Republiki Federalnej. Ale od hasła „jestem dumny, że jestem Niemcem” był tylko krok do ksenofobii i sobkostwa tych, którzy rozszerzenie UE na wschód uważali za zagrożenie swej słabej pozycji w zjednoczonych Niemczech. Problem Niemców z NRD polegał na tym, że już przed 1989 r. w odróżnieniu od Węgrów czy Polaków mieli zachwiane poczucie tożsamości. Byli jakoś tam dumni z sukcesów sąsiedniej Republiki Federalnej, ale też zawistni niczym nieudacznik, który nie daje sobie rady, więc kozła ofiarnego szuka w innych. Przez moment poczuli się podmiotem historii, gdy w czasie demonstracji w Lipsku jesienią 1989 r. skandowali: „My tu zostaniemy”, a rządzącym rzucali w twarz hasło: „To my jesteśmy ludem”. Jednak wkrótce pęd do zjednoczenia przytłumił rewolucyjny impet.

Chęć szybkiej ucieczki od siermiężnej enerdowskiej rzeczywistości i wola upodobnienia się do krewnych z zachodu miały zdusić wschodnią tożsamość. Sam fakt bycia Niemcem miał uprawniać do zachodniej manny z nieba… Można to było zauważyć w podejściu do Polaków: tuż po otwarciu muru grupa Niemców z NRD z niechęcią przyglądała się „polskiemu targowi” w Berlinie Zachodnim. Każdy miał w kieszeni po 100 zachodnich marek „powitalnego”, wypłacanych enerdowcom przez rząd federalny. – Polski bałagan, na naszych gazetach sprzedają nasze masło! – wybuchnął któryś. Na uwagę, że przecież sam mógłby sobie podwoić „powitalne”, rozkładając obok podobny kram, odpowiedział z dumą: – My nie handlujemy, my jesteśmy Niemcami.

Ale to już także nieprawda. Wielu Niemców z NRD przejawiało po otwarciu muru taką samą zawziętą przedsiębiorczość jak Polacy. Publicyści gospodarczy z uznaniem piszą o specyficznym typie wschodnioniemieckiego menedżera, który akceptuje mechanizmy gospodarki rynkowej, ale zarazem pielęgnuje rodzinne kontakty z pracownikami oparte na wspólnocie, zaufaniu i kontakcie osobistym. Są jakoby bardziej ludzcy, a zarazem elastyczni i skłonni do ryzyka. Stąd sukcesy małej i średniej przedsiębiorczości w byłej NRD. Dla nich 1989 r. był wyzwoleniem. Podobnie twierdzi Wolfgang Engler w przekornej książce „Niemcy wschodni jako awangarda”. Jego zdaniem enerdowcy weszli do RFN z „przewagą zacofania”. Ponieważ park maszynowy enerdowskich fabryk był po części przedpotopowy, więc najbardziej wykwalifikowani fachowcy byli złotymi rączkami, mieli wyrobiony zmysł improwizacji, racjonalizacji i majsterkowania. Bez trudu zamienili socjalistyczny kolektyw na kapitalistyczny team work.

Przywiązani do regionu

Jeśli coś daje Niemcom ze wschodu poczucie własnej wartości, to nie punktowe sukcesy transformacji, tylko więź z regionem. Jesienią 1989 r. demonstranci w Dreźnie powiewali saskimi flagami, a po zjednoczeniu przez moment powstał nawet pomysł restytucji Prus poprzez połączenie Berlina i Brandenburgii, co u nas wywołało nerwową niechęć, że może się za tym kryć nowy kult Fryderyka II. Ale to nie tak. Wschodnioniemiecka więź z regionem wcale nie idzie w parze z zagłębianiem się w jego historię. Dziś w Berlinie Fryderyk II – poza pomnikiem na Unter den Linden – jest widoczny w wielu miejscach, choćby jako emblemat knajp. Ale fryderycjański duch nie wraca. Podobnie jest w Dreźnie, gdzie August Mocny jest wykorzystywany jako etykieta Saksonii i bohater barwnych legend, ale nic więcej z tego nie wynika.

Po 1989 r. tożsamość regionalna okazała się plastrem na rozchwiane samopoczucie narodowe i rozpad nieformalnych grup przyjacielskich z czasów enerdowskich. Socjolog Wolfgang Bergem twierdzi wręcz, że emocjonalna więź z Saksonią, Turyngią czy Brandenburgią pozwoliła zmniejszyć poczucie obcości wobec Niemców zachodnich, bo oni też pielęgnowali więzi ze swymi regionami – Bawarią, Badenią czy Hesją. Równocześnie pozwalała uwolnić się od postenerdowskiego piętna i zachować dystans do Europy, która w nowych landach była dość abstrakcyjna, a po 1989 r. nie kojarzyła się jak na zachodzie z pojednaniem z dziedzicznymi wrogami, lecz z kolejnym zagrożeniem – napływem obcych, konkurencją na rynku pracy, utratą niemieckiego ducha.

Wprawdzie na początku lat 90. skini napadali na schroniska dla azylantów również na zachodzie, ale to pożary w Rostocku i Hoyerswerdzie najbardziej wbiły się w pamięć. Dziś neonazistowska NPD istnieje także na zachodzie, ale nigdzie nie ma tak silnej pozycji jak w Saksonii czy Meklemburgii. Wszystkie badania potwierdzają, że 20 lat po upadku muru w nowych landach ksenofobia jest większa niż w Niemczech zachodnich. Socjolodzy tłumaczą, że część byłych enerdowców uznaje warunki, w których się znaleźli po zjednoczeniu, za niesprawiedliwe i dlatego nie jest w stanie rozwinąć w sobie poczucia empatii wobec obcych i słabszych. „Dla nas nie ma pracy, a te darmozjady żyją na koszt niemieckiego państwa” – można usłyszeć nawet od ludzi, którym do głowy by nie przyszło głosować na NPD.

Poczucie krzywdy nakręca w nowych landach rasizm, islamofobię i niechęć do obcych. Dotyczy to również ich stosunku do Polaków w rejonach przygranicznych, gdzie NPD na niechęci do Polaków buduje swoje kampanie wyborcze. Coś na wschodzie nowych landów poszło nie tak. Szosy są znakomite, pałace odnowione, infrastruktura zmodernizowana, tylko wieczorem w większości domów ciemne okna. Frankfurt nad Odrą stracił niemal co piątego mieszkańca, zapowiadane przez Kohla „kwitnące krajobrazy” tutaj się nie ziściły. Ale nie sprawdziły się czarne scenariusze socjologa Jörga Dürrschmidta, że jeśli Niemcy nadal będą w tym tempie wyprowadzać się też na zachód, to pogranicze polsko-niemieckie stanie się „dziką strefą”, w której straże obywatelskie będą chroniły etniczne „przestrzenie obronne”. Przykład Görlitz czy Löcknitz, gdzie osiedlają się polscy szczecinianie, pokazuje, że możliwe są również bardziej optymistyczne scenariusze.

Nie płakaliśmy po NRD

Dzisiejsze Niemcy wschodnie nie mają wiele wspólnego z dawną NRD. Pokoleniu 89 ani w głowie zakorzenianie się w tamtej przeszłości, dla nich „wschodniactwo” to nie kryptonim NRD i nostalgii za nią, lecz świadomość odrębnego doświadczenia z przestrzenią pośrednią, która powstała po zniknięciu NRD i niedotarciu jeszcze do zjednoczonych Niemiec. Ostdeutschland to hybryda, mówi Ina Dietzsch z berlińskiego Instytutu Etnologii Europejskiej. Trochę nostalgii tych, którzy nie potrafili się dostosować, ale także gotowość do ryzyka i kreatywność. Wschodnioniemiecka tożsamość staje się nawet rozpoznawalnym formatem handlowym – 20 lat po zjednoczeniu powracają reedycje byłych marek enerdowskich, od papierosów Caro i Trabantów, po wafle Schlagersüßtafel czy słodycze Zetti, poprzez enerdowskie gadżety, aż po filmy i pisma, żerujące na tutejszych klimatach mentalnych.

NRD okazała się epizodem w historii Niemiec i Europy. Powstała w 1949 r. z radzieckiej strefy okupacyjnej jako odpowiedź na utworzenie Republiki Federalnej. Dla Stalina była jednym wielkim garnizonem armii radzieckiej i ryglem wobec niepewnych „bratnich krajów” z Europy Wschodniej. Dla USA, Anglii i Francji – straszakiem przyspieszającym integrację pozostałych Niemiec z Zachodem. A dla nas w czasach PRL – z jednej strony jakimś zabezpieczeniem granicy na Odrze i Nysie, a z drugiej „czerwonymi Prusami”, z tępymi dogmatykami u władzy, nafaszerowanymi anabolikami sportowcami, z mundurami przypominającymi Wehrmacht i z wojskowymi manewrami na granicy z Polską w czasie Solidarności.

W 1989 r. nikt u nas po NRD nie płakał i nie próbował – jak Margaret Thatcher i François Mitterrand – zahamować zjednoczenia. Posłowie Solidarności jeszcze przed upadkiem muru głośno mówili, że Niemcy mają do niego prawo, bo demokratyczne i zamożne Niemcy będą dla Polski lepszym sąsiadem. Na tym polegała polsko-niemiecka wspólnota interesów. W 1989 r. – pisał znakomity historyk niemiecki Heinrich-August Winkler – po raz pierwszy w dziejach najnowszych Europy „kwestia niemiecka” – potrzeba zjednoczenia oraz „kwestia polska” – potrzeba niepodległości, nie wykluczały się wzajemnie, lecz wspierały. W warunkach demokracji i jednoczenia się Europy stalinowski rygiel, jakim była NRD w środku Europy, mógł zniknąć. I na szczęście – wbrew pozorom, „ostalgii” i frazeologii postenerdowskiej PDS – niewiele po nim pozostało.

Tęsknota za taką NRD, jaką była, to nieistotny margines. Natomiast Niemcy wschodnie stają się żywym źródłem twórczej odrębności mentalnej i kulturalnej. Dlatego rację ma Ijoma Mangold, gdy pisze w „Die Zeit”, że zamiast narzekać, Niemcy powinni polubić swoją różnorodność, a nawet mogliby być trochę dumni ze swych wzajemnych uprzedzeń...

Adam Krzemiński

Dane do wykresów w tekście:
Statistische Ämter Des Bundes Und Der Länder,
German Government Report On State Of Unification.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną