Turcja i Armenia próbują naprawiać wzajemne stosunki

Futbolowa dyplomacja
Jak najlepiej przekonać do siebie skłócone narody? Wypuścić je na boisko. Z takiego założenia wyszli dyplomaci, którzy postanowili doprowadzić do pojednania Turcji z Armenią.
Czy piłka pogodzi dwie zwaśnione strony?
Katie@!/Flickr CC by SA

Czy piłka pogodzi dwie zwaśnione strony?

Kiedy rok temu drużyna turecka grała z drużyną Armenii w Erywaniu, lokalni kibice wygwizdali turecki hymn narodowy. Tym razem miało nie być tego typu nieprzyjemności. Porządku na stadionie i ulicach tureckiej Bursy pilnowało dwa tysiące policjantów. Zabroniono wnoszenia azerbejdżańskich flag i przypilnowano, by mecz nie zamienił się w polityczne zajście. Mimo to komentatorzy zgodnie twierdzą, że rozgrywka miała nikłe znaczenie sportowe (Turcja pokonała Armenię 2:0 i obie drużyny pożegnały się z perspektywą udziału w Mistrzostwach Świata) - Kiedy rok temu drużyna turecka grała z drużyną Armenii w Erywaniu, lokalni kibice wygwizdali turecki hymn narodowy. Tym razem miało nie być tego typu nieprzyjemności. Porządku na stadionie i ulicach tureckiej Bursy pilnowało dwa tysiące policjantów. Zabroniono wnoszenia azerbejdżańskich flag i przypilnowano, by mecz nie zamienił się w polityczne zajście. Mimo to komentatorzy zgodnie twierdzą, że rozgrywka miała nikłe znaczenie sportowe (Turcja pokonała Armenię 2:0 i obie drużyny pożegnały się z perspektywą udziału w Mistrzostwach Świata) - za to wielkie znaczenie polityczne. Spotkanie piłkarzy przygotowali wcześniej dyplomaci. Ministrowie spraw zagranicznych obu krajów spotkali się w październiku na neutralnym gruncie, w Zurychu, gdzie doszło do pierwszego międzyrządowego porozumienie obu krajów od 1921 r. Od 16 lat granica między Turcją i Armenią pozostaje zamknięta, a zbrodnie sprzed prawie stu lat pozostają tabu. Kości niezgody Na początek trzeba przyznać, że Turcy nie lubią przepraszać, pisze Asli Aydintasbas, była szefowa biura prasowego tureckiej gazety Sabah w Ankarze. Nawet najbardziej liberalnym Turkom nie w smak jest przepraszanie za grzechy otomańskich przodków. W niedawno opublikowanym w Internecie liście grupa 200 tureckich intelektualistów przeprasza za mordy dokonane na ludności ormiańskiej w czasie pierwszej wojny światowej. Tureckie wojsko zgładziło wtedy 1,5 mln ludzi. Turcy nazywają te wydarzenia „wielką katastrofą”. Ormianie chcą usłyszeć jak Turcy przyznają się do systematycznego ludobójstwa. Za użycie niewłaściwych słów w tej sprawie niektórzy zapłacili wysoką cenę. Laureatowi literackiej nagrody Nobla, Orhanowi Pamukowi, wytoczono proces sądowy o obrazę tureckości, kiedy w wywiadzie powiedział: „30 tys. Kurdów i milion Ormian zostało zabitych na tej ziemi”. Jeszcze wyższą cenę zapłacił Hrant Dink, dziennikarz ormiańskiego pochodzenia, którego zamordowano przed siedzibą gazety. Dopiero niedawno Turcja zabrała się za odświeżanie pamięci i nazywanie po imieniu nie tylko otomańskich grzechów. Wymaga tego od niej Unia Europejska, spodziewając się po kandydacie do członkostwa poszanowania praw człowieka. Międzynarodowy doping najwyraźniej bardzo się Turcji przydaje. Podpisywaniu protokołów w Zurychu sekundowała światowa śmietanka dyplomatyczna z USA, UE, Rosji i Francji. Prasa szczegółowo opisywała jak Hillary Clinton w ostatniej chwili uratowała historyczne porozumienie. Rozbiór Turcji Porozumienie o mały włos nie rozbiło się na sprawie Górnego Karabachu – terytorium azerskiego, zajętego przez Armenię w 1993 r. Turcja zamknęła wtedy granicę armeńską w geście solidarności z Azerbejdżanem. Ankara nie chce zaprzepaścić tej przyjaźni z powodu powinowactwa z Azerami, ale także z powodu kaspijskich złóż. Baku od razu zagroziło, że jeśli Ankara pogodzi się z Erywaniem, Azerbejdżan podniesie cenę błękitnego paliwa, które teraz Turcja dostaje po bratersku, taniej. Ankara więc z jednej strony chce się z Armenią godzić, z drugiej stawia jej warunek: oddać Karabach Azerom. Opozycja w Erewaniu zareagowała na to groźbą odwołania własnego prezydenta, który dopuścił do ugody z Turcją na takich warunkach. Ormiańska diaspora protestowała w Paryżu, Nowym Jorku i Los Angeles. Niektórzy nadal mają nadzieję, że odzyskają ziemie, zajęte przez Turków i Azerów, które należały do dawnej Armenii. Góra Ararat, dzisiaj po tureckiej stronie, to godło Armenii. Rząd premiera Recepa Tayyipa Erdogana też jest pod ostrzałem. Tureccy nacjonaliści oskarżają go o uleganie presji z zewnątrz. „Kto pierwszy zaczął mówić o otwarciu granicy z Armenią?”, pytają retorycznie - „Barack Obama”. Ale jeśli wierzyć książce „The Metal Storm”, nie należy ufać Obamie. W tej powieści z dziedziny political fiction USA napada na Turcję, przeprowadza jej rozbiór między Grecję i Armenię, wykraja te

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną