Po Iraku: Blair w opałach

Jak Blair parł do wojny
Brytyjscy żołnierze giną dziś w Afganistanie, ale opinia publiczna na Wyspach wciąż żyje Irakiem. Siedem lat po obaleniu Saddama specjalna komisja rozlicza ówczesnego premiera.
Ulica już wydała wyrok
fabbio/Flickr CC by SA

Ulica już wydała wyrok

Może jednak lepiej, że Tony Blair nie został prezydentem Europy. Jakby to wyglądało: 1 stycznia objąłby urząd, zostając twarzą Unii w świecie, a kilka tygodni później w asyście światowych mediów zostaje oskarżony o okłamywanie brytyjskiego parlamentu i wciągnięcie swojego kraju w bezpodstawną i nielegalną interwencję wojskową. To właśnie może nastąpić niebawem w Londynie, gdzie trwają przesłuchania przed tzw. komisją Chilcota, badającą brytyjską politykę wobec Iraku w latach 2001–2009 i okoliczności przystąpienia do wojny. Blair staje właśnie przed komisją, a wraz z nim czołowi ministrowie jego rządu.

Komisja ma szerokie uprawnienia: może zażądać dowolnego dokumentu rządowego i wezwać każdego obywatela. Co ciekawe, nie jest ciałem parlamentarnym ani sądowniczym – Gordon Brown powołał jej skład spośród członków Tajnej Rady Jej Królewskiej Mości (Her Majesty’s Privy Council), zrzeszającej zasłużonych urzędników i polityków. Wielka Brytania jako jedyny kraj koalicji antysaddamowskiej bada postępowanie i motywy swoich przywódców. W Ameryce nowy prezydent odstąpił od rozliczania poprzednika z jakichkolwiek posunięć, w Polsce opinia publiczna nigdy nie podważała słuszności wojny. Co innego na Wyspach.

Ni sąd, ni komisja

To już trzecie brytyjskie śledztwo związane z interwencją w Iraku. Pierwsze było tzw. dochodzenie Huttona z 2004 r., powołane do wyjaśnienia przyczyn samobójstwa Davida Kelly’ego, brytyjskiego inspektora rozbrojeniowego ONZ, który podważał zapewnienia rządu, jakoby Saddam posiadał broń masowego rażenia. Niewiele później ruszył tzw. przegląd Butlera, mający ustalić, skąd pochodziły błędne dane wywiadowcze o irackich arsenałach. Pierwsze śledztwo oczyściło rząd z oskarżeń o zaszczucie naukowca, drugie ograniczyło się do wytknięcia błędów wywiadowi. Żadne nie badało politycznego tła wydarzeń.

Komisja Chilcota jako pierwsza może przesłuchiwać polityków, ale i na niej ciążą podejrzenia, że zmierza tak naprawdę do rozgrzeszenia partii rządzącej przed wyborami. Jej przewodniczący sir John Chilcot słynie tyleż z nieposzlakowanej opinii, co z lojalności wobec rządu laburzystów. Emerytowany weteran służby cywilnej zasiadał już w składzie przeglądu Butlera. Czterej pozostali członkowie komisji też należą do establishmentu: jest wśród nich specjalista od strategii wojennej, który swego czasu pisał przemówienia dla Blaira, oficjalny biograf Churchilla, były dyplomata i członkini Izby Lordów z nominacji Partii Pracy.

Krytycy zwracają uwagę, że w komisji nie ma prawnika, który mógłby przycisnąć ministrów w sprawie legalności wojny, ani polityka zdolnego wziąć Blaira w krzyżowy ogień pytań. Oczekiwania studził sam Chilcot, mówiąc podczas otwarcia jawnych przesłuchań: – Nie jesteśmy sądem ani komisją śledczą, nie prowadzimy też postępowania karnego. Nikomu nie robimy tu procesu, nie orzekamy o winie ani niewinności. Składam jednak obietnicę, że w naszym końcowym raporcie nie będziemy uchylać się od krytyki instytucji, procesów ani osób.

Drogie kłamstwo

Na razie w kompromitowaniu Blaira prześcigają się jego dawni zausznicy. Były doradca premiera ds. polityki zagranicznej ujawnił przed komisją, że decyzja o udziale Wielkiej Brytanii w wojnie zapadła podczas wizyty Blaira na ranczu Busha w Teksasie w kwietniu 2002 r., a więc prawie rok przed inwazją. Amerykanie mieli rozważać „zmianę rządu” w Iraku już na początku 2001 r., ale Brytyjczycy odmawiali udziału w jakiejkolwiek interwencji bez mandatu ONZ. Nastawienie Blaira zmieniło się po zamachach Al-Kaidy. Według ówczesnego ambasadora brytyjskiego w Waszyngtonie premier uznał, że dalszy opór nie ma sensu, bo Bush i tak obali Saddama. Zgodził się zatem wziąć udział w wojnie, gdyby wysiłki dyplomatyczne spełzły na niczym.

Nawet brytyjski ambasador przy ONZ uważał inwazję na Irak za posunięcie „wątpliwej słuszności”. Bush i Blair wypowiedzieli wojnę Saddamowi na podstawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 1441, wzywającej go do rozbrojenia. Ponieważ nie zdołali przeforsować drugiej rezolucji, dającej bezpośredni mandat do interwencji wojskowej, powołali się na zagrożenie atakiem biologicznym lub chemicznym. Colin Powell pokazywał Radzie Bezpieczeństwa nieszczęsną fiolkę z wąglikiem, a rząd brytyjski straszył własny parlament, że armia iracka może odpalić pociski z bronią masowego rażenia w 45 minut od rozkazu Saddama. Bush i Blair twierdzą dziś, że działali w dobrej wierze, tylko dane wywiadowcze po fakcie okazały się niewiarygodne.

Tymczasem według b. szefa MI6 Johna Scarletta, który zeznawał przed komisją Chilcota na zamkniętym posiedzeniu, brytyjski wywiad już pod koniec 2002 r. wiedział, że żadna iracka rakieta nie jest w stanie dosięgnąć Izraela, a na trzy dni przed inwazją sam przekazał rządowi informację, że irackie głowice zostały zdemontowane. Mimo to Blair nadal parł do wojny. Nie tylko konserwatywni członkowie Izby Gmin oskarżają dziś premiera, że świadomie wprowadził ich w błąd, zabiegając o zgodę na udział w inwazji na dwa dni przed jej rozpoczęciem. Okłamywanie posłów to ciężki zarzut, zwłaszcza w ojczyźnie demokracji parlamentarnej.

Brytyjski premier miał trudności z przekonaniem do wojny własnego rządu. Na dwa tygodnie przed atakiem minister sprawiedliwości, który powinien wydać opinię prawną o interwencji, napisał do Blaira, że brytyjscy dowódcy mogą trafić przed Międzynarodowy Trybunał Karny, jeśli rząd nie ma twardych dowodów na istnienie broni masowego rażenia. Lord Goldsmith zmienił zdanie dosłownie na trzy dni przed inwazją, stwierdzając legalność wojny bez żadnych zastrzeżeń. Cokolwiek stało się w ciągu tych 10 dni, ludzie Blaira musieli już wiedzieć, że domniemany arsenał Saddama nie istnieje i obawiali się, że pierwsza opinia prawna narazi premiera na zarzut rozpętania nielegalnej wojny.

Znacznie mniej martwili się o to, co spotka brytyjskich żołnierzy w Iraku. Ówczesny szef sztabu zeznał, że Blair zlecił rozpoczęcie planowania interwencji tuż po spotkaniu z Bushem w Teksasie w kwietniu 2002 r., ale pierwsze wiążące decyzje zaczął podejmować dopiero jesienią. Do tego czasu generałom nie wolno było nawet rozmawiać z podwładnymi na temat wojny, gdyż rząd obawiał się ujawnienia przymiarek do interwencji przed uchwaleniem rezolucji 1441. W rezultacie na wyekspediowanie 46 tys. żołnierzy armia dostała niespełna cztery miesiące i do ostatniej chwili nie wiedziała, czy do wojny rzeczywiście dojdzie.

Brytyjczycy skupili się na planowaniu inwazji błędnie zakładając, że Amerykanie mają strategię na czas po obaleniu Saddama. Sami zaczęli planować okupację dopiero na pięć tygodni przed atakiem, powołując w tym celu 10-osobowy zespół. W Iraku Amerykanie traktowali Brytyjczyków niewiele lepiej niż Polaków. Nie uprzedzili ich o zamiarze rozwiązania armii Saddama ani oczyszczenia aparatu państwowego z członków partii Baas – dwóch posunięć, które przyspieszyły wybuch krwawej wojny domowej w Iraku i opóźniły odbudowę kraju. – Postawiliśmy amatorów na ważnych stanowiskach i ludzie ginęli z powodu ich decyzji – skarżył się komisji generał, który stacjonował w Iraku w 2003 r.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną