Dwie Koree: rojenia o zjednoczeniu

Półwysep nie na pół
Korea prześcignie Francję, Niemcy, Japonię. Będzie nowym azjatyckim mocarstwem. Pod jednym warunkiem: musi się zjednoczyć.
Strefa zdemilitaryzowana w Korei od strony Korei Płn.
David Eerdmans/Wikipedia

Strefa zdemilitaryzowana w Korei od strony Korei Płn.

Most bez powrotu -  w Panmunjeom na granicy między obiema Koreami
Filzstift/Wikipedia

Most bez powrotu - w Panmunjeom na granicy między obiema Koreami

Droga do zjednoczenia już jest, i to dosłownie. Od rogatek stolicy Seulu na północ wiedzie nowoczesna autostrada. Komfortowa. Po cztery pasy w każdą stronę. I nazywa się Droga Zjednoczenia. Tyle że prawie pusta, bo donikąd: kończy się betonowymi zaporami strefy zdemilitaryzowanej, która od blisko 60 lat oddziela zwaśnione państwa.

Ale wyobraźmy sobie, że jest wiosna 2016 r. W Pjongjangu (inaczej Phenian), stolicy Korei Płn., umiera 75-letni schorowany Kim Dzong II. Zgodnie ze scenariuszem sukcesji, następcą zostaje najmłodszy syn umiłowanego przywódcy, wychowany w szwajcarskiej szkole, niegdyś fan rapu, 33-letni Kim Dzong Un. Tym samym tradycji staje się zadość, dynastia Kimów utrzymuje się przy władzy, a partyjni i wojskowi dygnitarze dostają gwarancję zachowania dotychczasowych przywilejów. Ale nie wszyscy są zadowoleni. Zamieszanie wywołane śmiercią starego Kima wykorzystuje grupa wysokich rangą funkcjonariuszy służb specjalnych, postępowych wojskowych, urzędników zajmujących się handlem zagranicznym i dyplomatów.

Chiński wzór

Po kilkugodzinnym niemal bezkrwawym zamachu stanu opanowują urzędy centralne. To wystarcza, by przejąć kontrolę nad całym państwem. Idzie im gładko, tym bardziej że armia nie opuszcza koszar, bo generałowie, widząc klęskę reżimu, tylko obserwują rozwój wypadków i ani myślą narazić się nowej ekipie. Nie reaguje także społeczeństwo, które o zmianie władzy nic jeszcze nie wie. Tymczasem niedoszły wódz wychodzi z przewrotu cało, zostaje odeskortowany na stołeczne lotnisko, skąd odlatuje do Chin. W niedalekiej przyszłości zajmie się tam prowadzeniem interesów, napisze książkę o ojcu i dziadku, spisze także pamiętniki, a amerykańskiej wytwórni filmowej sprzeda prawa do opowieści o własnym upadku.

Zamachowcom nie chodzi o ideały. Wiedzą, że gospodarka jest w opłakanym stanie, a ludzie głodują, ale ich interesują przede wszystkim własne kariery. W północnokoreańskim skansenie nie rozwiną skrzydeł i nie zarobią dużych pieniędzy. Mają receptę na sukces: chcą wymienić kierownictwo partii, a Koreę Płn. otworzyć na świat, rzucić w wir globalizacji, a dokładniej – wprowadzić w kraju kapitalizm na wzór chiński. Zdają sobie sprawę, że powtórzenie sukcesu wielkiego sąsiada nie będzie możliwe bez wsparcia z zewnątrz, ktoś za otwarcie kraju będzie musiał zapłacić. Dlatego nowy rząd Północy składa ziomkom z Południa propozycję unii.

Delegaci Pjongjangu nie jadą do Seulu z pustymi rękami – proponują wojskowe technologie nuklearne, posłuszeństwo ponadmilionowej armii, usługi rozwiniętej siatki wywiadowczej, możliwość eksploatacji bogactw naturalnych, których los poskąpił Południu. W zamian za przymknięcie oka na północnokoreańskie zbrodnie i pomoc w podźwignięciu zrujnowanego kraju oferują pokój, zakończenie wojny trwającej od połowy ubiegłego wieku. Oczywiście Seul uznaje ofertę unii za atrakcyjną. Na kilkadziesiąt następnych lat nadaje Północy status terytorium specjalnego – od teraz Północ będzie koreańskim odpowiednikiem Hongkongu, z własnym samorządem, pewnie nadal komunistycznym, pozbawionym wpływu na politykę zagraniczną i obronną nowego, wspólnego państwa.

Dobry interes

Zjednoczenie Korei to dziś fantazja, ale nie tak odległa, by nie zajął się nią bank inwestycyjny Goldman Sachs. Analitykom wyszło, że przed połączoną gospodarką koreańską rysują się fantastyczne perspektywy – będzie potrzebowała jedynie 30, góra 40 lat, by przegonić Francję, Niemcy, a nawet Japonię. Z kolei ekonomiści seulskiego instytutu finansów publicznych policzyli całościowy koszt zjednoczenia dla południowokoreańskiego podatnika. W pierwszej dekadzie walka z zacofaniem Północy będzie pochłaniać aż 12 proc. rocznego budżetu Południa. Potem wydatki zaczną maleć, a całe zjednoczenie będzie kosztować około 1 bln dol. Sporo, ale to nadal dwa razy mniej niż zjednoczenie Niemiec. Połączenie nie będzie tak gwałtowne, inaczej niż w Niemczech, będzie to marsz rozłożony na kilka dekad.

Zjednoczenie to może być dobry interes. Nie dość, że Południe kupi od Północy pokój i bombę atomową, to jeszcze zyska dostęp do kilkunastu milionów zdyscyplinowanych robotników, gotowych pracować za groszowe stawki i mówiących po koreańsku. Na Dalekim Wschodzie coraz trudniej o naprawdę tanią siłę roboczą, nawet chińska zaczyna uchodzić za nieznośnie drogą. W poszukiwaniu niższych płac i ulg podatkowych także koreańscy inwestorzy coraz częściej zapuszczają się w głąb Państwa Środka. Gdyby doszło do zjednoczenia, nie musieliby stawiać fabryk za granicą.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną