Trudno wybrać partyjnego przywódcę

Jak nie obrazić wodza?
Ze strachu, że tegoroczne wybory w Wielkiej Brytanii skończą się klęską Partii Pracy, dwoje jej posłów (i byłych ministrów) wystosowało list do kolegów parlamentarzystów, by w tajnym głosowaniu sprawdzić zaufanie do Gordona Browna jako lidera partii.

Jeśli przegra – niech ustąpi przywództwa komuś lepszemu, a jeśli wygra – niech wszyscy, nawet wątpiący w zwycięstwo pod tym liderem, zaangażują się pełną parą w kampanię wyborczą. Ale do żadnego głosowania nie doszło. Figury z partii dały do zrozumienia, że chodzi o spisek i próbę pałacowego zamachu stanu, może nawet cios w plecy. Tym bardziej że dwoje spiskowców nie wskazało, kto miałby być nowym liderem, a nikt nie zaryzykował, by oficjalnie Brownowi rzucić wyzwanie.

Cała ta historia poucza nas jednak, jak trudno wybrać nowego przywódcę jakiejkolwiek partii, zwłaszcza takiej, która traci popularność i poparcie. Przypomnijmy: Żelazna Dama, pani Thatcher, po wielu latach rządów nie zorientowała się na czas, że nikt już jej w partii nie chce. By ją odsunąć od steru, zorganizowano pałacowy pucz, który w szopce politycznej przedstawiono jako wersję Ostatniej Wieczerzy z Judaszami. Kiedy do władzy doszedł Tony Blair, zawarł poufną umowę z niemal równie wówczas popularnym w partii Gordonem Brownem, że po jednej kadencji ustąpi. Potem jednak sztab Blaira dawał do zrozumienia, że żadnej takiej umowy nie było. Długo za długo zwlekał Blair ze scedowaniem przywództwa na Browna, który teraz sam jest w tarapatach.

We Francji dwie rywalizujące o przywództwo socjalistki, Martine Aubry i Ségolène Royal, odwołały się do głosowania ogólnopartyjnego i wygrała Aubry, ale nie przesądza ono, kto ma większe szanse w wyborach prezydenckich. Jak pretendent, przekonany o swej potencjalnej przewadze, ma rzucić wyzwanie liderowi? Próbować spisków? W partii typu wodzowskiego prędzej go lider wyrzuci, niż dopuści do konkurencji. Na tle europejskich trudności widać zalety systemu amerykańskiego. Nikomu szerzej nieznany senator Obama nie pyta nikogo o pozwolenie kandydowania, nie czeka na namaszczenie partii, tylko sam najpierw zdobywa sympatię tłumów – nie w gremiach partyjnych, lecz wśród zwykłych obywateli. Zdobywa też pieniądze na kampanię. Kiedy wywalcza sobie miejsce na czele wyścigu – partia staje przed faktem dokonanym. Szkoda, że nie mamy czegoś takiego u siebie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj