Państwo bez tożsamości

Taki miły kraj
Kanada była dawniej dla Polaków symbolem obfitości. A jednak to kraj o niezbyt wyrazistej tożsamości, rozdarty między Ameryką a Europą.
Kiedyś Kanada była dla Polaków symbolem obfitości
keepitsurreal/Flickr CC by SA

Kiedyś Kanada była dla Polaków symbolem obfitości

Lodowisko w Ottawie
Arco Images/Forum

Lodowisko w Ottawie

Kanadyjczycy definiują swoją tożsamość w opozycji do Ameryki. Mamy – powiadają – kapitalizm z ludzką twarzą, nie jesteśmy tak skłonni do przemocy jak jankesi ani tak hałaśliwi i militarystyczni. Obce nam są skrajności, religijny fundamentalizm i ideologiczny ferwor. W polityce dominuje pragmatyzm i umiarkowanie. Lepiej umiemy się bawić, mamy tę europejską joie de vivre i nie jesteśmy tak poważni jak purytańscy pracoholicy ze Stanów. Łożymy więcej na pomoc dla biednych krajów i bardziej interesujemy się światem. Jak napisał Mordecai Richler, pisarz z Montrealu, „jesteśmy po prostu milsi”.

Ta opozycja do USA jest tu stale podkreślana, chociaż Kanada żyje w cieniu wielkiego sąsiada – mimo ogromnego obszaru ma 10 razy mniej ludności, z czego cztery piąte mieszka w 150-kilometrowym pasie wzdłuż granicy z USA, a gospodarki obu państw tworzą jeden organizm. Oba kraje mają wspólny system powietrzno-morskiej obrony NORAD i ujednoliconą sieć telefoniczną. Anglojęzyczni Kanadyjczycy mówią z amerykańskim akcentem, a walutą w ich kraju jest dolar, co prawda nie zielony.

Amerykański kolos patrzy na Kanadę z wyższością, ale Kanadyjczycy przypominają, że chociaż wielu z nich emigruje na południe za pracą, ruch jest dwukierunkowy: amerykańscy geje wyjeżdżają na północ, żeby się pobrać, odmawiający służby wojskowej szukają tam azylu, a tysiące Amerykanów uprawia turystykę medyczną – leczą się dużo taniej u kanadyjskich lekarzy i kupują tańsze leki. Bo Kanada jest inna.

Chodzi głównie o dziedzictwo Imperium Brytyjskiego, którego Kanada była kolonią. Jej dzieje są historią stopniowego uniezależniania się od Zjednoczonego Królestwa. W 1867 r. z kolonialnych prowincji powstało Dominium, co uważa się za początek Kanady jako państwa, chociaż prawdziwą niepodległość uzyskała dopiero w 1931 r., kiedy na mocy Statutu Westminsterskiego zdobyła samodzielność także w polityce zagranicznej. Dziś jest monarchią konstytucyjną z królową brytyjską jako nominalną głową państwa i brytyjskim gubernatorem z władzą wyłącznie reprezentacyjną. Po imperialnej matce odziedziczyła brytyjski system polityczny z premierem, jako szefem rządu, powoływanym zgodnie z wynikami wyborów parlamentarnych. Ten europejski system odróżnia Kanadę od prezydenckiego modelu amerykańskiego.

W cieniu wielkiego sąsiada

Do połowy ubiegłego stulecia Kanada była ściśle związana z Londynem, ale wraz z agonią imperium zaczęła ciążyć ku Ameryce. W konflikcie sueskim w 1956 r. poparła USA przeciw Francji i Wielkiej Brytanii. Później jednak sprawiała Waszyngtonowi kłopoty, broniąc się przed dominacją. Mimo członkostwa w NATO, na początku lat 60. rząd w Ottawie uzbrajał głowice rakiet w worki z piaskiem i dopiero po kryzysie kubańskim premier Lester Pearson zgodził się na ich nuklearyzację. Pearson wszakże publicznie skrytykował amerykańską interwencję w Wietnamie, narażając się prezydentowi Johnsonowi. „Lester, nasikałeś mi na dywan” – powiedział mu LBJ w Białym Domu.

Historia się powtarzała. Następca Pearsona premier Pierre Trudeau, najwybitniejszy kanadyjski przywódca minionego półwiecza, też starał się uniezależnić kanadyjską politykę zagraniczną od USA. Jean Chretien, który został premierem w 2003 r., nie poparł inwazji na Irak, a jego następca Paul Martin odmówił udziału w amerykańskiej obronie antyrakietowej. Ochłodziło to stosunki z USA, ale podobało się opinii publicznej.

Za to gospodarki obu państw przez ostatnie 65 lat splatały się coraz ciaśniej. Obniżano bariery handlowe aż do ich zniesienia w układzie o wolnym handlu (FTA) w 1988 r. Między innymi dzięki temu Kanada w minionej dekadzie miała najlepsze wyniki ekonomiczne w klubie G8, a w czasie ostatniej recesji nie ucierpiała tak jak inni. Jednak elity z przerażeniem obserwowały kulturową inwazję amerykańskiej barbarii. Państwo dba więc o ochronę miejscowych i europejskich produkcji filmowych, starając się ograniczać liczbę hollywoodzkich produkcji w kinach i w telewizji. Efekty są raczej połowiczne.

Najbardziej odróżnia Kanadę od USA europejsko-socjaldemokratyczny model opieki społecznej. Idee socjalistyczne, marginesowe, w Ameryce zbudowanej na indywidualistycznym etosie pogranicza i wolnościowych zasadach konstytucji, w Kanadzie zawsze się liczyły – mimo dominacji dwóch partii: Postępowo-Konserwatywnej i Liberalnej, silnymi graczami były także stronnictwa prawdziwie lewicowe, w ostatnich dekadach NDP.

Kanadyjczycy są dumni ze swej państwowej opieki zdrowotnej, podobnej do brytyjskiej i gwarantującej bezpłatne leczenie wszystkim obywatelom. Imigranci chwalą kanadyjski system oświaty i pomocy państwa w opiece nad dziećmi, korzystnie porównując go z analogicznym w USA. Lepsza jest także ochrona praw konsumentów – to m.in. dzięki niej banki nie dopuściły się takich nadużyć jak banki amerykańskie. Kanada zajmuje czołowe miejsca – ostatnio czwarte – w przygotowywanym przez ONZ rankingu Human Development Report, mierzącym jakość życia; USA znalazły się tam w ubiegłym roku na miejscu 13. A jak wynika z badań Pew Economic Mobility Project, Kanada przewyższa Stany nawet pod względem pionowej mobilności społecznej – jej ubodzy mieszkańcy mają większe szanse na awans niż biedni Amerykanie.

Polityka otwatych granic

Antyamerykanizm jednoczył Kanadyjczyków angielskojęzycznych i frankofonów z Quebecu. Separatyści w tej frankofońskiej prowincji o mało nie spowodowali rozpadu Kanady. Biedniejszy niż prowincje anglojęzyczne Quebec stanowił bastion tradycjonalizmu, ale swe zacofanie przypisywał dyskryminacji ze strony anglosaskiej większości. Po II wojnie światowej spadł tam przyrost naturalny, sprawiając, że udział ludności Quebecu w populacji Kanady skurczył się z 30 do 23 proc. Obawy przed roztopieniem się w masie anglofonów podsyciły dążenia do niepodległości. W 1967 r. do Kanady przybył prezydent Francji Charles de Gaulle i w stolicy frankofońskiej prowincji wzniósł okrzyk: Vive le Quebec libre! Dodało to skrzydeł nacjonalistom, a trzy lata później wezbrała w Quebecu fala terroryzmu, rozpętanego przez separatystów-radykałów, którzy porwali i zamordowali prowincjonalnego ministra pracy. Będący wówczas premierem Trudeau wysłał na pomoc wojsko i ogłosił stan wyjątkowy.

Separatyści nie zrezygnowali z demokratycznych prób osiągnięcia celu. W 1980 r. doprowadzili do referendum, które przegrali – 60 proc. mieszkańców Quebecu opowiedziało się przeciw secesji, co w dużej mierze przypisuje się przywódczej roli Trudeau. W 1995 r. odbyło się drugie referendum, zakończone zwycięstwem federalistów, ale już tylko o włos – 50,6 przeciw 49,4 proc. – gdyż w pytaniu sugerowano suwerenność stopniową i połączoną ze „stowarzyszeniem” ekonomicznym. Być może mieszkańcy Quebecu cenią sobie swoją pomyślność jako obywatele federacji i w rzeczywistości nie zależy im na niepodległości za wszelką cenę. Tym bardziej że po zmianie konstytucji wprowadzono dwujęzyczność i francuski stał się drugim językiem urzędowym w całym kraju. Czy separatyzm kiedyś odżyje – nie wiadomo. Ale kłopoty z tą prowincją mogłyby stanowić cenne doświadczenie dla wszystkich krajów Zachodu, wszystkie przecież borykają się z problemem imigracji i etnicznej różnorodności.

Dzięki polityce otwartych granic, łączenia rodzin i przyjmowania uchodźców politycznych Kanada, biorąc pod uwagę jej populację, jest krajem o największej na świecie liczbie imigrantów. Posiada odrębne ministerstwo ds. imigracji, obywatelstwa i wielokulturowości, którego szef Jason Kenney zniósł wizy dla Polaków. Od lat 60. większość imigrantów to kolorowi przybysze spoza Europy. W Ameryce, która po 11 września raczej zamyka granice, też obowiązuje doktryna wielokulturowości – akceptowania inności obcokrajowców, nienaciskania na asymilację i pielęgnacji ich kultur – ale raczej teoretycznie; w rzeczywistości funkcjonuje wciąż amerykański tygiel, melting pot. Kanada jest bardziej tolerancyjna i przyjazna obcym. A wielokulturowość sprawdza się tu nie tylko w teorii.

Kraj milszy dla imigrantów, bo nie wywołuje resentymentów przeszłości. „Nie mając historii kulturalnej ani politycznej hegemonii, jesteśmy lepiej odbierani niż inne narody jako bardziej otwarci i chłonni na inne kultury” – napisał architekt Arthur Erickson. Otwartość Kanady wynika z jej wspomnianej nieokreśloności. Żeby zostać Amerykaninem, trzeba przyjąć amerykańskie credo wolności. Kanadyjczycy nie wymagają czegoś takiego od imigrantów. „Być Kanadyjczykiem oznacza strząsnąć z siebie swoją tożsamość, aby można było sobie wyobrazić, jak to jest być kimś innym” – napisała Susan Delacourt.

W świecie zglobalizowanym, ponadnarodowym, Kanadyjczycy muszą się czuć coraz lepiej. Aktualność zyskują słowa najsławniejszego kanadyjskiego intelektualisty Marshalla McLuhana: „Kanada to jedyny kraj na świecie, który wie, jak żyć bez tożsamości”.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną