Kanadyjczycy nie cieszą się z igrzysk

Deszcz uczy cierpliwości
Im bliżej olimpiady, tym łagodniał opór jej przeciwników. Ale też gasł entuzjazm zwolenników.
Dzień protestów
Yeshe/Flickr CC by SA

Dzień protestów

W Vancouver ludzie cenią sobie spokój i porządek, są przyjaźni, ale trochę spowolnieni w tempie życia; na przystankach autobusowych ustawiają się w karne ogonki, idąc ulicą uśmiechają się i pozdrawiają nawet nieznajomych. Zbiorowe ożywienie (ale nie przesadne) widoczne jest właściwie tylko na hokejowych meczach miejscowej drużyny NHL. Rzecz jasna, cechy te odnieść można do ogółu Kanadyjczyków, jednak niechęć do jakichkolwiek zakłóceń panującego porządku wydaje się tu silniejsza niż gdzie indziej, co być może wiąże się w jakiś sposób z geograficznym ulokowaniem pomiędzy oceanem i górami, bliskim obcowaniem z naturą, a także z wielodniowym, padającym przez wszystkie pory roku deszczem, który uczy cierpliwości i akceptowania niedoskonałości świata.

Dlatego manifestacja radości z powodu zimowej olimpiady nigdy nie była tu zbyt ognista, tak samo zresztą jak związane z nią wybuchy niechęci. Najgłośniej było do pierwszych miesięcy 2007 r., gdy trwał protest obrońców środowiska naturalnego przeciwko rozbudowie prowadzącego przez górski teren odcinka autostrady łączącej Vancouver (gdzie odbędzie się ceremonia otwarcia igrzysk) z Whistler, oddalonym o 100 km narciarskim kurortem, który wyznaczono na główne centrum olimpijskie. Protest znacznie opóźnił prowadzone roboty, a także wykreował bohaterów czy wręcz męczenników za sprawę, aresztowanych i skazanych na kary więzienia. Na cześć jednej z takich postaci – należącej do starszyzny plemiennej Indianki, 72-letniej Harriet Nahanee, która zmarła tydzień po zwolnieniu z więzienia – jej współplemieńcy ukradli na początku marca olimpijską flagę z masztu przed urzędem miejskim. Ale nie wywołało to żadnej burzy, a tylko konsternację. I to było właściwie wszystko, co w ciągu czterech lat zademonstrowała antyolimpijska opozycja. Jeszcze tylko anarchizująca młodzież od czasu do czasu oblewała farbą ustawiony w centrum miasta zegar olimpijski i w zwięzłych napisach na murach wyrażała swój chłodny stosunek do nadchodzącego wydarzenia. Dojrzalsi przeciwnicy światowej imprezy powracali już wszakże do organizowania rutynowych wieców, na których antyolimpijskie hasła pojawiały się co najwyżej na drugim planie, w kontekście żądań socjalnych i wezwań do uzdrowienia demokracji. Bo mimo wszelkich zastrzeżeń olimpiada jest dla miasta powodem do dumy i nikt nie chce uchodzić za renegata.

Droga wioska

Ale jednocześnie malał także entuzjazm zwolenników igrzysk. Obok kryzysu gospodarczego na ostudzenie ich zapału wpłynęła także ujawniona we wrześniu ub.r. wiadomość o wysokości deficytu budżetowego w Kolumbii Brytyjskiej, czyli prowincji, w granicach której leżą ośrodki olimpijskie. Kilka miesięcy wcześniej, przed majowymi wyborami, ubiegający się o reelekcję liberałowie zapewniali, że dziura budżetowa wynosi mniej niż 500 mln dol., więc nie ma powodu do niepokoju. I nagle, gdy po raz trzeci z rzędu wybory wygrali, okazało się, że deficyt sięga 3 mld dol. i jest największy w historii tej prowincji. Cięcia budżetowe w sektorze publicznym wywołały obawy, czy rosnące w wielkim tempie koszty przygotowania zimowych igrzysk, przekraczające kilkakrotnie zakładane kwoty, nie przyczynią się wydatnie do obniżenia poziomu życia.

Obawy te pogłębiał fakt, że o wysokości wydatków na olimpiadę rządzący mówili niechętnie i mgliście, wymigując się zwłaszcza od odpowiedzi na pytanie, jaka część tych pieniędzy pochodzi z kieszeni podatników. Wciąż wiadomo tylko, że ochrona olimpiady kosztuje około miliarda dolarów, czyli pięć razy więcej, niż zakładano, tyle samo pochłonęła budowa wioski olimpijskiej, na którą miasto musiało zaciągnąć pożyczkę, a za trochę więcej niż milion, czyli właściwie za zupełne już drobne, miejscowi politycy ufundowali sobie bilety na olimpijskie konkurencje sportowe.

Wątpliwości wzbudzają nie tylko koszty związane z olimpiadą. Nawet uważani za największych entuzjastów olimpiady mieszkańcy Whistler kręcą nosem na widok wycinki drzew pod budowę medalowego podium. A tu jeszcze zamykanie ulic, ustawianie co krok znaków zakazu i największe na zachodnim wybrzeżu Kanady od zakończenia II wojny światowej zgromadzenie policji i wojska. Jak na przykład mają się cieszyć z olimpiady właściciele biznesów ulokowanych przy jednej z prowadzących do śródmieścia ulic, gdy najpierw odgrodzono ich od klientów w związku z budową nowej trasy metra, a teraz, zanim jeszcze zdołali otrząsnąć się z poniesionych strat, wprowadza się tam ostre restrykcje parkingowe i zakazy zatrzymywania. Albo bezdomni, którzy pod biegnącym niedaleko wioski olimpijskiej mostem znaleźli świetne miejsce noclegowe, które teraz, ze względu na zabezpieczanie terenu, muszą opuścić.

Dlatego przedolimpijskie nastroje są w Vancouver ambiwalentne. Zagadnięty o igrzyska mieszkaniec miasta najczęściej odpowie, że jest to wielkie wydarzenie, ale przy okazji nie omieszka dodać, że także bardzo kosztowne.

 

 

Autor jest polonistą. Od początku lat 90. mieszka w Vancouver, gdzie z pomocą przyjaciół wydaje polski magazyn literacki „Aha!”.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną