Sekskandale w Kościele

Strach na Wróbelki
Niemiecki skandal z molestowaniem i złym traktowaniem uczniów przez księży zatacza coraz szersze kręgi. Kościół katolicki przeprasza, ale czy nauczył się czegoś po Ameryce, Irlandii i Polsce?
Brat papieża Georg Ratzinger. Był dyrektorem Ratyzbońskich Wróbelków w latach 70
ULLSTEINBILD/BEW

Brat papieża Georg Ratzinger. Był dyrektorem Ratyzbońskich Wróbelków w latach 70

Tobias Ott/PantherMedia

Jezuicki Canisius Kolleg to szkoła znana w całym Berlinie. Rozległy szary gmach w środku elitarnej dzielnicy Tiergarten stoi między budynkami ambasad. „Zamieszkaj w dzielnicy dyplomatów” – kusi obok reklama ekskluzywnego osiedla. Elitarna jest też sama szkoła – ze względu na ofertę edukacyjną i poziom nauczania, a nie pochodzenie uczniów i status ich rodziców. Wśród młodzieży są też dzieci imigrantów i robotników, biedniejsi dostają stypendium. Niełatwo się tu dostać, ale matura z Canisiusa to gwarancja sukcesu w późniejszym życiu.

Taka jest szkoła Klausa Mertesa. Nauczyciel religii i łaciny, na rektora został wybrany 10 lat temu po tym, jak uczniowie odwołali poprzednika. „Z powodu braku zaufania” – po raz pierwszy jezuici dopuścili taką procedurę. Wcześniej w szkole obowiązywała zasada całkowitego posłuszeństwa i niepodważania woli zwierzchnika. Mertes jest inny. Napisał książkę „Sprzeciw z lojalności”, w której chwali bunt w obronie prawdziwych wartości. „Autorytet nie opiera się na autorytaryzmie”, powtarza. Dlatego jeśli gdzieś mogła pęknąć zmowa milczenia, to właśnie tutaj.

W 2006 r. do rektora przychodzi jeden z absolwentów i zwierza się, że był molestowany. Mertes zawiadamia o tym zwierzchników, zgodnie z kościelną procedurą. Rozmawia z uczniami, mówi, że zawsze mogą do niego przyjść. Zgłasza się kilku byłych uczniów. Opowiadają o szokujących przeżyciach, o tym, jak w latach 1974–1983 molestowało ich trzech księży. Tym razem Mertes nie zwraca się do zwierzchników, którzy na pierwsze zgłoszenie nie zareagowali – pisze listy do ponad 500 absolwentów. Prosi ofiary o wybaczenie i zgłaszanie się do Canisius Kolleg.

Informacja przedostaje się do mediów. W ciągu następnych tygodni do Mertesa i do pełnomocniczki jezuitów ds. nadużyć seksualnych Ursuli Raue zgłaszają się kolejne ofiary, nie tylko z Canisius Kolleg. Ujawniają się ofiary molestowania seksualnego z Bonn, Hamburga, Sankt Blasien, Getyngi, Hanoweru, a ostatnio Ratyzbony, gdzie pracował Georg Ratzinger, brat dzisiejszego papieża. Kościelne szkoły i ośrodki wychowawcze, klasztor, chór katedralny. Sadystyczne bicie, wstawianie zdjęć wychowanków na portale pornograficzne, wreszcie gwałty. – To wierzchołek góry lodowej – mówi dziś ojciec Mertes.

Patologiczne skłonności

Liczba ofiar rośnie, Ursula Raue nie nadąża z odbieraniem telefonów. Raue jest adwokatką, ewangeliczką i kobietą, co ma potwierdzać jej niezależność od zakonu. Zadaniem ustanowionego w 2007 r. pełnomocnika jest prowadzenie postępowania w sprawach o molestowanie, popełnione przez jezuitów. Jednak w praktyce Ursula Raue nie miała zbyt wiele pracy, ponieważ o wszczęciu postępowania decydowali zwierzchnicy. Do 2010 r. nie wpłynęło żadne zgłoszenie. W związku z obecną sprawą Raue zapewniono dostęp do tajnych dokumentów zakonu. I przeżyła szok.

Akta pokazują wyraźnie, że przełożeni niemieckich jezuitów wiedzieli, co działo się w szkole berlińskiej, a nawet wspierali sprawców. Zachował się list z oskarżeniami wobec nauczycieli, przysłany w 1981 r. przez kilku uczniów Canisius Kolleg. Został zignorowany. Już wtedy zakon od 10 lat wiedział o patologicznych skłonnościach jednego z braci, Wolfganga S. Zakonnik sam skarżył się przełożonym, że „znowu podniósł rękę” albo „zrobił coś, czego nie chciał”. Zwierzchnicy wysłali go na psychoterapię, a potem na nową placówkę.

Kościół pomagał tylko sprawcy. W aktach nie wspomniano o ofiarach Wolfganga S. Nigdy też nie zastanawiano się, jakiej pomocy one potrzebują – opowiada Raue. O problemach swojego brata jezuici powiadomili też, jeszcze za czasów Jana Pawła II, kurię w Watykanie, której podlegają zakony. Nic z tego jednak nie wynikło, Wolfgang S. dalej uczył. Takie zachowanie nie było wyjątkiem. Ze śledztwa tygodnika „Der Spiegel” wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat Kościół dowiedział się co najmniej o 94 przypadkach molestowania, ale do tej pory ukarano zaledwie 30 sprawców, wobec 10 toczy się postępowanie.

W kilku przypadkach, jak twierdzą świadkowie, Kościół zapłacił ofiarom za milczenie. Na przykład Norbertowi Denefowi, który w latach 60. jako ministrant był molestowany przez dwóch duchownych. Po latach ignorowania 7 lat temu Kościół przyznał mu odszkodowanie – 25 tys. euro „na pomoc psychoterapeutyczną”. W zamian miał milczeć. Denef nie podpisał jednak żadnego zobowiązania, poszedł do sądu i wygrał. Ale do dziś nikt z władz kościelnych nie spotkał się z nim osobiście ani nie porozmawiał.

Działanie Klausa Mertesa zmusiło Kościół do reakcji. W styczniu, bezpośrednio po ujawnieniu listu, dostojnicy kościelni jednogłośnie potępili przestępstwo i pochwalili odwagę jezuity. Mertesa pochwalił nawet prowincjał jezuitów Stefan Dartmann, ale nie wyjaśnił, dlaczego od 2006 r. nie zareagował na zgłoszone skargi. W katedrze berlińskiej modlono się za ofiary, biskupi w innych diecezjach wystosowali listy do wiernych, prosząc o wybaczenie i zgłaszanie się świadków. Do dymisji podało się kilku duchownych, m.in. rektor jednej ze szkół i opat klasztoru.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną