Rozmowa z gen. Davidem Petraeusem

Talibowie za pięć dolarów
Chcielibyśmy, żeby na każdego naszego żołnierza przypadał jeden żołnierz afgański, jednak na razie nie udało nam się osiągnąć tego poziomu. Z czasem to Afgańczycy wezmą na siebie ciężar walk - mówi szef Dowództwa Centralnego USA.
Tadeusz Późniak/Polityka

Marek Ostrowski: – Odpowiada pan za operacje wojskowe prowadzone w ponad 20 krajach, od Pakistanu na wschodzie po Egipt na zachodzie i od Jemenu na południu po Kazachstan na północy.

David Petraeus: – A także za wody na południe od Jemenu, mam więc i piratów na karku.

I nadzoruje pan dwie główne wojny Ameryki. Ograniczmy się do jednej. Jak przedstawiłby pan cywilom sytuację w Afganistanie? Gdzie jesteśmy w tej wojnie?

W ciągu ostatniego roku nastąpiły duże zmiany. Zrobiliśmy wiele, by pozyskać odpowiednie zasoby i środki dla tej całościowej – cywilnej i wojskowej – kampanii zwalczania powstania (generał posługuje się terminem: counter insurgency – przyp. MO). Pozyskaliśmy najlepszych ludzi, wśród nich nowego dowódcę gen. Stanleya McChrystala. Na nowo przemyśleliśmy założenia walki z tamtejszymi partyzantami.

To znaczy, że poprzednia koncepcja prowadzenia wojny nie była dobra?

Nie zawsze się sprawdzała. Stąd do strategii wprowadziliśmy nowe elementy. Rozwinęliśmy koncepcję reintegracji i pojednania; walczymy z talibami, ale jednocześnie zwracamy uwagę na bezpieczeństwo samych Afgańczyków. Wspieramy miejscowe siły bezpieczeństwa i administrację lokalną, zależy nam bowiem, by cieszyły się poparciem ludności cywilnej. Staramy się także do absolutnego minimum ograniczyć liczbę niewinnych ofiar, bo dopóki będą ginąć cywile, nie będzie mowy o afgańskim pojednaniu.

Musieliśmy zapewnić środki do zrealizowania nowego planu. Tylko w zeszłym roku liczba żołnierzy zwiększyła się z 30 tys. do blisko 68 tys., 30 tys. pochodzi z USA, reszta z państw NATO i innych krajów koalicji. Powiększają się szeregi afgańskich sił bezpieczeństwa, które do jesieni 2011 r. powinny liczyć 100 tys. funkcjonariuszy więcej, potrajamy liczbę amerykańskich pracowników cywilnych, znacząco zwiększyły się fundusze przeznaczone na prowadzenie kampanii.

Jej pierwsze efekty są już widoczne, zwłaszcza w prowincji Helmand, gdzie przeprowadziliśmy operację Musztarak, a planujemy także działania na wschodzie i północy Afganistanu oraz w prowincji Kandahar. W sumie: w tej 18-miesięcznej kampanii skupiamy się na poprawie bezpieczeństwa dla Afgańczyków, tak by pomóc rządowi afgańskiemu w budowie własnych sił bezpieczeństwa i struktur cywilnych, aby te struktury z czasem zyskały legitymizację w oczach zwykłych ludzi i zyskały ich poparcie.

Ilu Afgańczyków walczy po naszej stronie? Jaka jest proporcja sił własnych do afgańskich?

Chcielibyśmy, żeby na każdego naszego żołnierza przypadał jeden żołnierz afgański, jednak na razie nie udało nam się osiągnąć tego poziomu. Z czasem to Afgańczycy wezmą na siebie ciężar walk. Prezydent Obama już zapowiedział, że od lipca przyszłego roku zacznie się przekazywanie niektórych zadań Afgańczykom i wycofywanie własnych wojsk.

Czyli jeszcze nic nie jest pewne?

Wszystko zależy od sytuacji w terenie. Z wojskowego i cywilnego punktu widzenia to zastrzeżenie odpowiedzialne, bo do lipca przyszłego roku jeszcze wiele się może wydarzyć.

A po przeciwnej stronie? Rozumiem, że większość Afgańczyków nie wiąże się ani z talibami, ani z Amerykanami?

Afgańczycy pragną lepszego życia. Chcą poprawy bezpieczeństwa, lepszych szkół dla dzieci, dostępu do służby zdrowia. Ta strona, która lepiej, szczerzej i przy mniejszej korupcji to zapewni, zdobędzie ich poparcie. Afgańczycy nie tęsknią za talibami, zapamiętali ich jako ciemiężców, którzy zamykali albo wysadzali w powietrze szkoły dla dziewcząt, prowadzili politykę skrajnie konserwatywną i pełną przemocy, Afgańczycy pamiętają, jak wieszano ludzi na stadionie w Kabulu. Ale fakt, że ludzie nie kochają talibów, wcale nie ułatwia zadania lokalnym rządom, które muszą zabiegać o poparcie miejscowej ludności, zdobyć status prawowitej władzy.

Władza nie ma takiego statusu?

W niektórych miejscach nie ma. Szczególnie na południu kraju.

A tam, gdzie ludzie nie przepadają za talibami, a jednocześnie rząd kabulski nie cieszy się poparciem? Kto zapełni tę próżnię po odejściu Amerykanów?

Póki co talibowie twierdzą, że to oni mają inicjatywę. Musimy więc im ją odebrać. To zobowiązanie Baracka Obamy z grudnia zeszłego roku, który przemawiając w West Point obiecał dodatkowe wojsko i fundusze. Podkreślił przy tym pilność operacji i zapowiedział, że w przyszłym roku zaczniemy przekazywać odpowiedzialność Afgańczykom. Nie oznacza to, że zgasimy światło i od razu wyjedziemy z Afganistanu.

Jest pan twórcą podręcznika walki przeciw partyzantce. Laikowi wyda się, że partyzantka bez środków zamiera. Skąd talibowie biorą pieniądze?

Rzeczywiście, pieniądze to tlen partyzantów, podtrzymuje ich przy życiu. W tym wszystkim często chodzi o pieniądze i władzę, a nie tylko o prawdziwe wierzenia czy ekstremizm religijnej żarliwości. Afgańscy talibowie biorą pieniądze z trzech źródeł: z narkotyków, działalności przestępczej, np. z porwań i wymuszeń, oraz z zagranicznego wsparcia.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną