Świat

Le Penówna

Front Narodowy walczy o przetrwanie

Marine i... Marine i... Marchi Alexandre / BEW
Front Narodowy ma nową twarz: Marine Le Pen. I znów łapie wiatr w żagle.
Jean-Marie Le Penmanu_le_manu/Flickr CC by SA Jean-Marie Le Pen

Wódz takiej partii jak Front Narodowy (FN) musi być silny, zwarty, gotowy. A partia winna być na jego obraz i podobieństwo: wódz to partia, partia to wódz. Dla sędziwego Le Pena konieczność utrzymania wizerunku niezłomnego wodza stała się jednak problemem – prawie 82-letniemu politykowi coraz trudniej zdobyć się na dawną zadziorność, werwę i nieugiętość, choć niezmiennie taktykę tę próbuje stosować. Trzy lata temu parol na Le Pena zagiął sam Nicolas Sarkozy – by zdobyć prezydenturę, potrzebował głosów skrajnej prawicy. I je zdobył. Ale, jak się ostatnio okazało, tylko przejściowo. 

W marcowych wyborach regionalnych Marine Le Pen, najmłodsza z trzech córek wodza, odniosła na północy Francji podobny sukces jak jej ojciec na południu – oboje uzyskali po 22 proc. głosów w drugiej turze. Leciwy Jean-Marie przeżywa drugą młodość, tym bardziej radosną, że rodzinna sukcesja na czele partii wydaje się zapewniona. Marine, z wykształcenia adwokatka, żona działacza partii i matka trojga dzieci, nabiera wiatru w żagle, mówi mniej anachronicznym językiem, unika też konfrontacyjnego stylu ojca, który wcześniej zrażał potencjalnych wyborców. Nazwisko przyciąga stałych zwolenników Frontu, a złagodzona twarz partii kusi nowy elektorat. 

Nowy Porządek prze do przodu

Front Narodowy nie zmienił przywódcy od swego powstania w 1972 r. Partia wyłoniła się ze skrajnie prawicowej formacji o nazwie Ordre Nouveau (Nowy Porządek) – z symbolem krzyża celtyckiego i hasłem „Odrodzenie patriotyzmu”. Przez pierwszych 10 lat istnienia FN pozostawał na marginesie francuskiej sceny politycznej, w kolejnych wyborach zdobywając najwyżej 1 proc. głosów. Odbił się od dna w 1984 r. wprowadzając do Parlamentu Europejskiego 10 deputowanych. Dwa lata później dzięki zmianie francuskiej ordynacji wyborczej na proporcjonalną wszedł do Zgromadzenia Narodowego z 35 posłami – wynik do dziś niezrównany. Formacja Le Pena zyskała status pierwszej partii skrajnej prawicy i zaczęła przyciągać inne pomniejsze siły polityczne na prawicy, m.in. monarchistów. 

Na przestrzeni lat Front zdobywał od 10 do 16 proc. głosów. Wybierali go zarówno przedstawiciele klasy średniej, jak i robotnicy. Nacjonalizm i populizm Le Pena przyciągnął głównie sfrustrowany elektorat, obawiający się imigracji z krajów arabskich, zagrożony bezrobociem i marzący o rządach twardej ręki. Pod hasłem „Francja dla Francuzów” Front obiecywał, że odeśle imigrantów do krajów ich pochodzenia, zapewni miejsca pracy, sprawiedliwość społeczną, egzekwowanie prawa i bezpieczeństwo. Działacze partyjni z Le Penem na czele od lat są oskarżani o rasizm, dlatego też w każdych wyborach wystawiają na listach kilku „dyżurnych” Arabów i Żydów.  

Prawdziwym przełomem były wybory prezydenckie w 2002 r., kiedy Le Pen wszedł do drugiej tury z Jacques’em Chirakiem. Lider skrajnej prawicy zaczął uważać się za drugiego polityka w kraju, a Francuzi uświadomili sobie jego siłę. Ostateczna klęska, którą poniósł wskutek niebywałej mobilizacji wyborczej, wykazała, że Le Pen nie może liczyć na szersze poparcie ani jakąkolwiek koalicję. Swymi tezami (m.in. słynnymi „detalami historii”, jak nazwał piece krematoryjne w Auschwitz) i nieopanowaniem w politycznych dysputach, prowadzącym nierzadko do rękoczynów, zyskał sławę enfant terrible francuskiej polityki. Wstydził się za niego każdy Francuz, który nie był zwolennikiem Frontu. Po tamtej porażce FN zaczął pękać w szwach.

Tonący okręt

Trzy lata temu partia Le Pena leżała na deskach. W wyborach parlamentarnych frontyści zebrali 4 proc. głosów, sam wódz zaledwie 10 proc. w wyborach prezydenckich. Katastrofalne wyniki wpędziły FN w tarapaty finansowe. Trzeba było sprzedać siedzibę zwaną dumnie Paquebot (Okręt) w Saint-Cloud pod Paryżem i wysłuchiwać, jak media wieszczą partii niechybny upadek. Dla Le Pena upokorzenie było tym dotkliwsze, że śmiertelni wrogowie pojawili się we własnych szeregach. Nie żeby bratobójcze walki i kwestionowanie przywództwa były we Froncie czymś nowym – wzmagały się zawsze, gdy partia spadała w sondażach. Taka jest logika ugrupowań wodzowskich. 

Jeszcze pod koniec lat 80. doszło do zaciekłej rywalizacji zauszników Le Pena, Bruno Mégreta i Jean-Pierre’a Stirboisa, o drugie miejsce w partii. Koniec sporu przyniosła niespodziewana śmierć Stirboisa w wypadku samochodowym, a cała Francja oglądała wówczas drzewo, które stanęło mu na drodze. W 1998 r. Mégret próbował wbić Le Penowi nóż w plecy, ale bunt został zdławiony, choć partia ledwo przetrwała rozłam. W 2001 r. Le Pen namaścił na swego następcę Bruno Gollnischa, uniwersyteckiego prawnika i japonistę z Lyonu. Chodziło o to, by uciszyć plotki, jakoby władzę w partii miała przejąć córka szefa Marine Le Pen. Marine szybko rosła w siłę jako działaczka Frontu na północy kraju, ale była wówczas za młoda i mało doświadczona, by objąć władzę w partii. 

Otwarty konflikt o sukcesję wybuchł na nowo po porażce prezydenckiej Le Pena w 2002 r. Oficjalnie równoprawnymi zastępcami wodza pozostają do dziś Gollnisch i Le Penówna, ale bezwzględne torowanie drogi córce, zerwanie z Carlem Langiem, wysokim, niebieskookim blondynem (cechy ważne dla elektoratu FN), którego pozycji zagroziła rosnąca popularność Marine, nie pozostawia wątpliwości, komu wódz zamierza przekazać władzę. Wynik marcowych wyborów regionalnych tylko to potwierdził, a w połowie kwietnia córka Le Pena ogłosiła, że będzie ubiegać się o przywództwo partii i startować w wyborach prezydenckich 2012 r. 

 

 

Ogień i woda

Dobry wynik w wyborach regionalnych Front zawdzięcza głównie niepopularności Sarkozy’ego. W 2007 r. jego strategia polegała na łączeniu wody z ogniem, czyli równoczesnym zyskiwaniu głosów socjalistów i skrajnej prawicy. Z powodzeniem kokietował elektorat Le Pena, obiecując jedynie lekko zawoalowane, lecz klarowne spełnienie podstawowych postulatów wodza: skuteczne (z naciskiem na to słowo) ograniczenie imigracji, odsyłanie nielegalnych imigrantów do krajów ich pochodzenia, zmniejszenie bezrobocia, równoczesne podbudowanie etosu pracy, dumy narodowej i zwiększenie bezpieczeństwa Francuzów. 

Zadanie przyszłego prezydenta okazało się piekielnie trudne. Musiał bowiem skrywać przed elektoratem Frontu własną proeuropejskość, żydowskie korzenie i liberalne podejście do ekonomii (choć zmniejszenie podatków jest jednym z postulatów Frontu, to przecież nikt nie nazwie go liberalnym, a wyłącznie populistycznym). Mimo to udało się. Po wygranych wyborach Sarkozy ogłosił, że rozgromił Front Narodowy, a wizerunek pogromcy Le Pena miał zjednać prezydentowi sympatię tak na lewicy, jak i na umiarkowanej prawicy. Ale elektorat skrajnie prawicowych partii w żadnym kraju nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiedział o tym tak samo Jean-Marie Le Pen, jak i Nicolas Sarkozy.

Niemożliwe do spełnienia obietnice prezydenta (frontystów zadowoliłyby tylko masowe deportacje imigrantów, definitywny zakaz budowy meczetów i dyskryminacja wyznawców islamu) musiały wywołać powrót tej grupy wyborców pod skrzydła Le Penów. Sarkozy może być zaskoczony tylko tym, że nastąpiło to tak szybko. A Le Pen znów puszy się i obwieszcza rychłe definitywne zwycięstwo Frontu. Teraz z córką muszą wybrać dogodny moment, by usunąć w cień Bruno Gollnischa. A to nie będzie łatwe.

Kłopotliwe wybory

Córka wodza ma atut nazwiska, co zapewnia jej wielką popularność wśród wyborców. Ale Gollnisch ma większe zasługi i kontroluje znaczną część aparatu partyjnego. Z poświęceniem tworzył alternatywną historię Francji, opierał się dominacji liberalnego myślenia i znienawidzonej przez frontystów poprawności politycznej. W 2004 r. rozpętał burzę, podając w wątpliwość rozmiar zbrodni hitlerowskich i obiektywizm historyka Henry’ego Rousso (m.in. z powodu jego żydowskiego pochodzenia), przewodniczącego komisji wypowiadającej się w sprawie rasizmu i negacjonizmu. Przeciwstawił również zbrodnie w Katyniu zbrodniom hitlerowskim.

Sąd pierwszej instancji uznał go winnym zaprzeczania zbrodni przeciwko ludzkości, ale sąd kasacyjny zniósł wyrok na podstawie „sprzeczności zawartych w wypowiedzi oskarżonego”. Dla frontystów była to wielka wygrana Gollnischa, legitymizująca go prawie na równi z Le Penem, który od lat zaprzecza Holocaustowi. Z tych właśnie powodów odsunięcie tak odważnego patrioty i osoby zasłużonej dla partii nie będzie łatwe. Mimo parady uśmiechów wodza i jego dwójki zastępców sytuacja na szczytach Frontu Narodowego ciągle jest patowa. O przyszłości partii zadecyduje zwołany na styczeń przyszłego roku kongres partii. Po raz pierwszy frontyści mają w demokratycznych wyborach powołać nowego wodza spośród dwojga równych sobie kandydatów.

Nie wiadomo, czy skrajnie konserwatywna partia przetrwa taki krok, bo ani Marine Le Pen, ani Bruno Gollnisch nie pogodzą się z porażką. Wolny wybór szefa Frontu może skończyć się definitywnym rozłamem i końcem partii. Demokracja demokracją, ale decyzje członków partii można kształtować. Le Pen już drwi z Gollnischa, mówiąc, że jest on świetnym przywódcą m.in. z tego powodu, że biegle włada... japońskim. Jeśli plan się powiedzie, to w styczniu Le Pen przekaże pełnię władzy w partii swej córce. A wtedy będzie mógł przejść na wielce spóźnioną polityczną emeryturę.

Polityka 18.2010 (2754) z dnia 01.05.2010; Świat; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Le Penówna"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną