Świat

Moralność oceniam po skutkach

Życie a moralność

Co nam daje szczęście? Co nam daje szczęście? mark sebastian / Flickr CC by SA
Peter Singer, etyk, o zachłannej konsumpcji, o tym, czy warto nadal ścigać Romana Polańskiego, o prawach zwierząt i pożytkach z eutanazji
Peter SingerBbsrock/Wikipedia Peter Singer

Jacek Żakowski: – Rok temu napisał pan, że pozytywnym skutkiem kryzysu będzie rewizja dominującego systemu wartości.

Peter Singer: – Pomyliłem się. Niestety.

Nic się nie zmieniło?

Trochę głośniej słychać pytanie, czy jesteśmy szczęśliwsi dzięki temu, że konsumujemy coraz więcej. Częściej się zastanawiamy, jak daleko możemy się jeszcze w tę stronę posunąć. Pewnie więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że gdy Chińczycy i Hindusi zaczną konsumować tyle co Amerykanie czy choćby Polacy, natura tego nie wytrzyma. Ludzie rozumieją odrobinę więcej. Ale wciąż dominuje niemoralny egoizm i łapczywość.

Konsumpcja jest niemoralna?

Nadmierna – tak. Bo powoduje zbyteczne zużycie surowców i energii, zatrucie środowiska, zmiany klimatyczne, wyczerpywanie zasobów i cierpienie. Ludzi żyjących dziś w najbogatszych krajach dotyka to nieznacznie. Płacą za to głównie najbiedniejsze kraje. Ale nasze dzieci i wnuki też za to zapłacą.

Umie pan powiedzieć, gdzie jest granica między konsumpcją moralną i niemoralną?

W etyce prostych granic nie ma. Dobre jest szanowanie zasobów. Złe jest marnowanie. Szpanowanie wielkimi autami, latanie do kurortów na końcu świata, kupowanie czterdziestej pary butów, budowanie gigantycznych drugich, trzecich, czwartych domów.

Co na to poradzić?

Można pokazywać palcem i mówić: to jest zło, na to nie ma zgody.

Przyjść do znajomych na parapetówkę i powiedzieć: macie za duży dom, jesteście niemoralni?

Nie wiem, jakie domy mają pana znajomi. Ale myślę, że warto ludziom mówić: odnieśliście sukces, jesteście zamożni, stać was na te wielkie domy i samochody. Ale kupując je, odbieracie szansę znośnego życia, a nawet przeżycia innym. Dzięki kryzysowi dużo się teraz mówi o państwowych długach, które będą spłacały następne pokolenia. Ludzie rozumieją, że to jest niemoralne. Ale to drobiazg w porównaniu z długiem ekologicznym.

Wszyscy już to wiedzą, a wciąż mało kto ogranicza konsumpcję ze względów moralnych. To znaczy, że jako gatunek jesteśmy niemoralni?

Ewolucja stworzyła nas do egoistycznych zachowań w imię lepszego życia najbliższych. To co naturalne, nie może być niemoralne. Ale gdy już zdajemy sobie sprawę ze skutków naturalnych zachowań, musimy szukać nowej moralności. Historycznie moralność dotyczyła grup, które znaliśmy, i skutków, które widzieliśmy. Dziś widzimy skutki naszych zachowań dla ludzi żyjących po drugiej stronie Ziemi. Widzimy w telewizji ich twarze. Obserwujemy, jak przez nas giną w powodziach albo umierają z pragnienia i głodu. A skoro ich widzimy i rozumiemy już, że cierpią z powodu naszych zachowań, nie możemy wciąż twierdzić, że te zachowania są moralnie obojętne. John Locke pisał w XVIII w., że człowiek ma prawo brać z natury wszystko, czego mu trzeba. I wtedy miał rację. A dziś by jej nie miał. Wtedy albo to nikomu nie szkodziło, albo ludzie nie rozumieli, że szkodzą. A dziś szkodzi i my to rozumiemy.

A właściwie dlaczego powinniśmy być moralni?

Żeby mieć lepsze życie. Moralność to zbiór zasad, których powszechne przestrzeganie sprawiłoby, że wszystkim żyłoby się lepiej. Moja najprostsza odpowiedź jest taka, że gdyby każdy kierował się tylko swoim egoistycznym interesem, jako gatunek mielibyśmy niewielkie szanse przetrwania. Jestem konsekwencjonalistą. Moralność oceniam po skutkach.

Skutki są rozmaite. Ludzkość może zyskać, gdy ja ewidentnie stracę, gdy narażę na stratę najbliższych albo Polskę. To by było moralne?

Decydują dominujące skutki.

Dlaczego miałbym czegoś pozbawiać najbliższych w imię dobra innych?

Częściowo dlatego, że szlachetne zachowania sprawiają ludziom przyjemność. Osoby żyjące moralnie są bardziej zadowolone z życia. To potwierdzają badania. Częściowo dlatego, że dzieci i wnuki będą z pana dumne, gdy się pan zachowa moralnie. A częściowo dlatego, że szkodząc innym, zwykle szkodzimy też sobie i swoim najbliższym. Jeśli woda zaleje Bangladesz, to miliony ludzi będą szukały schronienia w Ameryce albo Europie. To będzie też nasz kłopot.

Teraz cała Europa składa się na Grecję, która jeszcze bardziej niż inni żyła ponad stan, a przy tym oszukiwała partnerów z Unii. Czy to jest moralne?

Trzeba zapytać, co by było, gdyby Grecja nie dostała pomocy. Nie jestem ekonomistą, więc nie mam co do tego pewności.

Ekonomiści też jej nie mają i ostro się spierają. Politycy podejmują ryzykowne decyzje. Kiedy są one moralne?

Wtedy, kiedy są zgodne z ich przekonaniami. Ale pod warunkiem, że solidnie i bez uprzedzeń poznali i rozważyli istotne argumenty. Samo przekonanie to mało, jeśli nie włożyliśmy wysiłku w wyrobienie sobie zdania na jakiś temat. To dotyczy nie tylko polityków. Demokracja wymaga pewnego wysiłku od wszystkich. Nie sądzę, by można było uznać za moralną postawę obywatela, który nie stara się być poinformowany przynajmniej w najważniejszych politycznych sprawach i nie czyta gazet, nie słucha czy nie ogląda programów informacyjnych, a potem nie głosuje. Nawet całkiem błędna decyzja nie jest niemoralna, jeśli włożyliśmy odpowiedni wysiłek, by ją podjąć. Człowiek ma prawo także do bardzo poważnych błędów, ale pod warunkiem, że zrobił, co w jego mocy, żeby ich uniknąć.

Grecy od lat wiedzieli, że wydają za dużo. Teraz zwracają się po pomoc do innych, którzy przez lata wielu rzeczy sobie odmawiali i dzięki temu nie są aż tak zadłużeni. Czy to jest moralne?

Raczej niemoralne.

Więc czy moralne jest akceptowanie takiej niemoralnej prośby?

To zależy od okoliczności i skutków. Ameryka też się straszliwie zadłużyła na konto następnych pokoleń. Ale nie każde zadłużenie było równie niemoralne. Kiedy Bush radykalnie zwiększał wydatki wojskowe i społeczne, a jednocześnie ze względów politycznych czy ideologicznych obniżał podatki dla bogatych, to było niemoralne. Można brutalnie powiedzieć, że dla korzyści swojej i swojej klasy społecznej okradał następne pokolenia. Ale kiedy Obama prosił Kongres o pieniądze na ratowanie banków i przedsiębiorstw, to już takie proste nie było. Po pierwsze dlatego, że duża część z tych pieniędzy ma być i już jest spłacana przez nasze pokolenie, po drugie dlatego, że gdyby nie pomoc, gospodarka całkiem by się rozsypała i następne pokolenie odziedziczyłoby zgliszcza. Tu widać, że poza intencją ważne są też skutki.

Związek między winą i karą też jest ważny. Grecy grzeszyli latami. Czy moralna jest pomoc łagodząca karę? Nie byłoby sprawiedliwiej nawet przecierpieć swoje, ale nie uniewinniać winnych?

A co winni są Niemcy trzymający pieniądze w jakimś niemieckim banku, który kupił greckie obligacje i upadłby, gdyby nie pomoc dla Grecji? Naprawdę niemoralne by było, gdybyśmy całkiem niewinnych narażali na karę za grzechy innych. Więc trzeba tylko sformułować takie warunki pomocy, żeby Grecja musiała zejść ze swojej niewłaściwej drogi. Ale nie wydaje mi się, żeby „kary” mogły się odnosić do całych państw czy społeczeństw. Trudno za cokolwiek sensownie winić całe społeczeństwo.

W demokracji to nie jest całkiem bez sensu. Każdy może mieć wpływ na władzę i jej decyzje, więc każdy ponosi część winy za jej błędy.

Ale w różnym stopniu. Ci, którzy głosowali na Busha, zapowiadającego obniżenie podatków, czyli przeniesienie jeszcze większych ciężarów na następne pokolenia, są oczywiście winni. Ci, którzy nie głosowali, też są częściowo winni. Ale dlaczego mamy uznać za winnego kogoś, kto głosował przeciwko Bushowi?

Bo nie potrafił zniechęcić do takiego głosowania innych. Wolność słowa, prasy, zgromadzeń daje taką szansę.

To w każdym przypadku trzeba by bardzo starannie zmierzyć i zróżnicować. Nie wierzę w nic takiego jak społeczne, narodowe czy państwowe winy. Winne mogą być rządy, ale nie państwa i nie społeczeństwa. Państwo niemieckie zapewne powinno płacić odszkodowania ofiarom II wojny. Ale mówienie, że każdy Niemiec jest winny, to absurd.

 

 

Wszyscy Niemcy muszą się składać na odszkodowania. W imieniu wszystkich obywateli australijski rząd przeprasza Aborygenów, kanadyjski – Indian, niemiecki i polski – Żydów.

To się należy ofiarom. A po drugiej stronie oznacza deklarację odrzucenia złej części tradycji. Gdy mówimy: przepraszamy za przodków, określamy naszą własną postawę. Bo moralność się zmienia. Społeczeństwa, które jakiś czas temu nie widziały nic złego w jakichś zachowaniach, dziś często je odrzucają. Lub odwrotnie – wiele zachowań kiedyś odrzucanych, dziś znajduje ogólną akceptację. Publiczne przepraszanie jest świadectwem tej zmiany. W tym sensie – gdy jest szczere – może być pożyteczne. Bo przepraszając innych, sobie samym mówimy – zmieniliśmy się. Kiedyś byliśmy tacy, dziś jesteśmy inni. I obiecujemy sobie, że będziemy inni.

W pułapkę takiej zmiany dostał się Roman Polański.

To jest dobry przykład.

Moralne jest pana zdaniem ściganie go dziś za coś, co zrobił w innej moralnie epoce?

Nie wydaje mi się, żeby było moralne ściganie człowieka za czyn popełniony tak dawno. Może poza najgorszymi zbrodniami przeciwko ludzkości. Po drugie, gdy jedyna ofiara szczerze i z własnej woli prosi, żeby już dać spokój, trudno usprawiedliwić dalsze ciągnięcie sprawy. A co najważniejsze, skoro ocena moralna zależy od skutków, trzeba się zastanowić, czy środki zużyte na ściganie Polańskiego nie mogłyby być z lepszym skutkiem użyte do ścigania przestępców, którzy dziś stanowią zagrożenie. Marnowanie zasobów zawsze jest niemoralne. A ściganie takim nakładem sił starszego człowieka, który od lat nie zrobił nic złego, wydaje mi się marnowaniem zasobów. Rozumiem, że prawo jest sztywne i – być może – wymaga tego od swoich funkcjonariuszy. Ale każdy powinien jednak poza literą zastanawiać się nad sensem swojego działania.

Pan się zastanawia?

Często.

Co pan robi, żeby żyć moralnie?

Rozważam długoterminowe skutki swojego zachowania. Kiedy lecę z Nowego Jorku do Polski, zadaję sobie na przykład pytanie, czy efekt tej wizyty może usprawiedliwić zajmowanie miejsca w samolocie, który zużywa paliwo i niszczy środowisko.

Czyli usprawiedliwia?

Tak mi się wydawało. Teraz, kiedy na Uniwersytecie Warszawskim z mojego powodu odwołano konferencję o prawach zwierząt, nie jestem już taki pewny. Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie zdarzyło na żadnym uniwersytecie. Wiele osób nie zgadza się z moimi poglądami, ale wiele uniwersytetów zaprasza mnie na wykłady czy dyskusje, a żaden mnie nigdy nie wyrzucił.

Przepraszam za Warszawę.

Niech pan nie przeprasza. Niech mi pan wytłumaczy.

Decyzji wytłumaczyć nie umiem. Bo ona w standardach akademickich się po prostu nie mieści. Ale mogę wytłumaczyć emocje. Dla katolickich fundamentalistów nie do przyjęcia jest pańska filozofia łącząca prawa świata ludzi i zwierząt w jednym continuum. Zwłaszcza nie do przyjęcia są jej praktyczne konsekwencje, ograniczające prawa noworodków i osób śmiertelnie chorych.

Ja niczyich praw nie ograniczam. Nazywam tylko funkcjonujące w większości kultur przeczucie, że prawa różnych stworzeń zależą od świadomości. Zwierzęta mające świadomość mają także prawa. A rośliny nie. I meduzy, które świadomości nie mają – też nie. Przecież instynktownie czujemy, że zadanie bólu ślimakowi to co innego niż zadanie bólu psu. Wiele osób, które nie jedzą mięsa, bez oporów je ryby. Zakres praw, stopień, w jakim jakakolwiek istota objęta jest standardami naszej moralności, zależy od poziomu świadomości.

Ale czy to może być wystarczający powód, żeby uznać, że zabicie noworodka jest moralnie obojętne?

To nigdy nie może być obojętne.

Przeciwnicy zarzucają panu zrównanie zabicia niezdolnego do samodzielnego życia noworodka z zabiciem zwierzęcia.

Bzdura. Każde zwierzę ma prawo do życia. Życie człowieka chronimy jednak szczególnie. Człowiek tym różni się od zwierząt, że ma świadomość biograficzną. Wie, co robił tydzień temu i co będzie robił za tydzień. W odróżnieniu od zwierząt jesteśmy bytami dla siebie. To daje nam szczególne miejsce w przyrodzie i szczególne prawa. Zdrowy noworodek nie ma świadomości biograficznej, ale wiadomo, że niebawem będzie ją miał. Więc ma takie same prawa jak każdy inny człowiek. Ale jest pytanie, co z noworodkami, o których wiadomo, że na skutek wady czy choroby nigdy nie będą miały świadomości biograficznej, że nie przeżyłyby, gdyby nie fantastyczny rozwój medycyny, i że potęga medycyny skaże je oraz ich najbliższych na życie w nieusuwalnym cierpieniu.

Jaka jest pańska odpowiedź?

Pytam, czy moralne jest sztuczne utrzymywanie takich dzieci przy życiu. Po jednej stronie mamy cierpienie tego dziecka i jego rodziny oraz gigantyczne nakłady, które mogłyby uratować lub poprawić jakość życia wielu ludzi, a po drugiej stronie jest tabu bezcennej wartości każdego ludzkiego życia. Dziś wszędzie na świecie takie wątpliwości lekarze rozstrzygają we własnym sumieniu. Po cichu. Bez żadnej specjalnej reguły. Jeden lekarz szybciej pozwoli takiemu dziecku umrzeć, inny później. Jeden się zdecyduje, by dać mu komfort lekkiej śmierci, a drugi boi się zarzutu zabójstwa i godzi się, by to dziecko umierało w cierpieniu. Uważam, że trzeba zacząć o tym poważnie rozmawiać. Pan myśli, że przymykanie oczu jest bardziej moralne, niż poszukiwanie reguły, która ułatwi podejmowanie sensownych i moralnych decyzji?

Intelektualnie wszystko się tu zgadza. Ale trudno to powiedzieć o konsekwencjach społecznych. Jeśli każdy ma równe prawo do życia – to każdy je ma i koniec. A kiedy pan zaczyna różnicować, to zawsze jest obawa, że w miejsce pańskiego sensownego kryterium ktoś podstawi inne – rasowe, płciowe, jakiekolwiek. Może więc czasem lepiej pytań nie stawiać, a tym bardziej na nie nie odpowiadać. Może to jest przypadek, w którym lepiej przymknąć oko na zło, by nie ryzykować jeszcze większego zła?

To zależy od społeczeństwa, o którym myślimy. Ale wcześniej czy później rozwój technik medycznych sprawi, że każde społeczeństwo będzie musiało sobie takie pytania stawiać i na nie odpowiadać formułując kryteria. Nie tylko wobec noworodków, ale wobec każdego człowieka, który bezpowrotnie stracił świadomość biograficzną.

Może lepiej zostawić decyzję sumieniu lekarza.

A jeżeli trafi pan na lekarza, który nie ma sumienia? Dlaczego arbitralna i nielegalna decyzja ma być lepsza od systemu oferującego czytelną regułę? Od 20 lat coraz więcej społeczeństw zdobywa się na sformułowanie reguł. W Holandii, Belgii, Luksemburgu, w stanie Oregon jakoś nie dochodzi do żadnych patologii. Co oczywiście nie znaczy, że w innych kulturach byłoby tak samo.

Pan myśli, że to jest kwestia kulturowa, a nie ideologiczna?

W Holandii od wprowadzenia prawa o eutanazji władza zmieniała się już wiele razy. Raz rządzili chrześcijańscy demokraci, innym razem lewica. I w tej sprawie nie miało to znaczenia. Holandia podtrzymuje prawo do eutanazji bez względu na to, kto rządzi, a Polska jej zakazuje bez względu na to, kto rządzi. Bo to jest kwestia zaufania do lekarzy i ich etyki zawodowej, do prawników, do państwa, do własnej rodziny. Społeczeństwa o wyższych standardach etycznych i wyższym poziomie zaufania lepiej sobie radzą z takimi wyzwaniami. Ale nie warto liczyć, że komuś się taka debata upiecze. Przez jakiś czas można jeszcze będzie udawać, że nic się nie dzieje, że w szpitalach nie dokonuje się cichych eutanazji. Tak jak teraz duża część ludzi udaje, że kryzys nic nie zmienił, że wszystko jest i może zostać, jak było. Ale rzeczywistość nas wcześniej czy później dopadnie. Nie da się bez końca chować głowy w piasek.

 

Peter Singer, ur. w 1946 r., australijski etyk, jeden z najgłośniejszych współczesnych intelektualistów. Profesor uniwersytetu Princeton. Jego „Etyka praktyczna” to najpopularniejszy w krajach anglosaskich podręcznik etyki stosowanej. Światową sławę przyniosło mu wydane w 1975 r. „Wyzwolenie zwierząt”, gdzie rozwinął koncepcję wyprowadzania praw ze świadomości i objęcia zwierząt systemem etycznym odnoszącym się także do ludzi. W „Etyce globalizacji” zaproponował konsekwencjonalistyczny system etyczny dla świata rosnącej współzależności ekonomicznej, społecznej i politycznej. Wynikająca z jego filozofii akceptacja eutanazji i późnej aborcji sprawia, że stał się przedmiotem szczególnych ataków fundamentalistów chrześcijańskich. W Polsce przebywał na zaproszenie Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Mężczyzna w związku. Jak to działa?

Jacek Masłowski o niespełnionych oczekiwaniach mężczyzn wobec kobiet oraz kobiet wobec mężczyzn.

Anna Dobrowolska
23.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną