Mundial w RPA

Skopana Afryka
Pod hasłami wielkiej szansy dla najbiedniejszego kontynentu rozpoczynają się w RPA Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej – dyscyplinie, w której rządzą najbogatsze kluby z Europy. Pozbądźmy się złudzeń: po takim meczu silni będą jeszcze silniejsi, a słabi – jeszcze bardziej poniżeni.
Oficjalna maskotka Mistrzostw Świata w RPA
BEW

Oficjalna maskotka Mistrzostw Świata w RPA

Artykuł pochodzi z 23. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 7 czerwca.
Polityka

Artykuł pochodzi z 23. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 7 czerwca.

Wizytówka najbardziej intratnej rozrywki ludzkości – mistrzostwa świata w piłce nożnej odbędą się w tym roku na jednym z najuboższych kontynentów, w Afryce. To z pewnością wydarzenie głęboko symboliczne, ale co ono symbolizuje? Dla Thaba Mbekiego, który jako prezydent RPA przewodził zabiegom o organizację turnieju, jest to moment, gdy Afryka wkracza wreszcie na światową scenę. W „African Soccerscapes: How a Continent Changed the World's Game” (Piłkarskich pejzażach Afryki: jak Czarny Ląd zmienił światowy futbol), jednej z wielu książek wydanych z okazji „afrykańskiego” mundialu, Peter Alegi cytuje list wysłany przez Mbekiego do prezydenta FIFA Seppa Blattera, w którym prezydent opisuje ambicje kraju:

„Chcemy w imieniu naszego kontynentu zorganizować imprezę, która doda pewności siebie ludziom od Kapsztadu po Kair (...) Naszym celem jest, by historycy pewnego dnia pomyśleli o Mundialu 2010 jako o chwili, gdy Afryka powstała i zdecydowanie zerwała ze stuleciami nędzy i konfliktów”.

Nawet jak na standardy patetycznych bredni, towarzyszących zwykle wielkim wydarzeniom sportowym, poprzeczkę ustawiono dość wysoko. W rzeczywistości bowiem rzadko zdarza się, by turnieje sportowe znacząco przyczyniły się do odmiany losu krajów, które je organizują – a przynajmniej nie na lepsze – nie mówiąc już o losie całych kontynentów. Turnieje takie jednak mogą wiele powiedzieć o tym, gdzie naprawdę znajduje się realna władza.

Radosny futbol

To, co finały piłkarskich Mistrzostw Świata 2010 na pewno jasno pokazują, to fakt, że Afryka jest teraz w świecie futbolu poważnym graczem. To niezwykła zmiana w stosunkowo niedługim czasie. Afryka nie była tak naprawdę obecna na mundialu do 1974 roku, kiedy to Zair (teraz Demokratyczna Republika Konga) został pierwszą czarną drużyną biorącą udział w finałach. Wcześniej RPA planowała wysłanie samych czarnoskórych zawodników do Meksyku w roku 1970, ale zostało to zawetowane z tych samych powodów, co plan wysłania samych białych graczy do Anglii w 1966 roku. Wspomniany Zair przegrał wszystkie trzy mecze, nie zdobywając żadnego gola i tracąc 14. W „The Story of the World Cup” (Historii Mistrzostw Świata) Briana Glanville’a Zair ledwie zostaje wspomniany, jeśli nie liczyć uwagi, że Szkoci powinni byli wygrać z nim więcej niż tylko 2:0, ale opadli z sił z powodu upału. Prawdziwy ślad afrykańska drużyna pozostawiła po sobie podczas meczu z Brazylią, gdy zairski obrońca Mwepu Ilunga wybiegł z muru na dźwięk gwizdka sędziego, żeby wykopać piłkę ustawioną do rzutu wolnego przez Brazylijczyków. Przeciwnicy patrzyli na to z mieszaniną rozbawienia i zgrozy.

W tym momencie na długie lata ustaliła się lekceważąca opinia zachodnich komentatorów piłkarskich o uroczej „naiwności” afrykańskiego futbolu. Zakładano, że gracze są nieźle wyszkoleni technicznie, ale kompletnie niezdyscyplinowani i dziecinni. Później pojawiły się plotki, że Ilunga spanikował, bo zairski dyktator Mobutu ostrzegł zawodników, że jeśli przegrają z Brazylią 0:4 lub więcej (a było już 0:3), to po powrocie do kraju nie gwarantuje im bezpieczeństwa. Te plotki nie przyczyniły się do poważniejszego traktowania afrykańskiej piłki w świecie. Przeciwnie: zakładano odtąd, że naiwność zawodników szła w parze z głębokimi, a czasem i przerażającym naciskami politycznymi.

To wynikające z umysłowego lenistwa przekonanie utrzymywało się przez lata 80. i 90., nawet gdy afrykańskie drużyny zaczęły wygrywać mecze i pokazywać, że pewnego dnia mogą wygrać cały turniej. W roku 1990, zanim ostatecznie przegrał w rzutach karnych, Kamerunowi zabrakło paru minut, żeby wyeliminować w ćwierćfinale Anglię. David Goldblatt, którego wyśmienita książka „The Ball Is Round” (Piłka jest okrągła)z 2006 roku pozostaje niezastąpionym przewodnikiem po światowym futbolu, relacjonuje po prostu, że „w piłce niekoniecznie wygrywa lepszy zespół, a Kamerun i tak był lepszy”. Jednak dla Rona Atkinsona, ówczesnego komentatora ITV, spotkanie było potwierdzeniem, że piłkarze z Afryki zawsze z tych samych powodów będą zawodzić w grze o wysoką stawkę – są zbyt pobudliwi i niewystarczająco zdyscyplinowani. Choć to uroczy goście.

To, że nie można już sobie wyobrazić, by ktoś taki jak Atkinson komentował tegoroczny mundial – w szczególności nie on osobiście po tym, jak rasistowskie uwagi przy włączonym mikrofonie kilka lat temu omal nie zakończyły jego kariery – jest oznaką, jak długą drogę przeszliśmy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się teraz traktować afrykańskiego futbolu czy zawodników protekcjonalnie. To z tego kontynentu pochodzą jedni z najlepszych piłkarzy świata – Didier Drogba, Samuel Eto’o, Michael Essien. Na piłkarskiej planecie Afryka stała się siłą, z którą należy się liczyć, a RPA 2010 stanowi ostateczny symbol tego zmieniającego się porządku.

Nieobecne potęgi

Wciąż jednak świat futbolu to nie to samo co świat rzeczywisty. Jak na turniej mający pokazać, jak wiele się zmieniło, w charakterze tegorocznych finałów mistrzostw świata nadal jest coś dziwnie staromodnego. Udział weźmie w nich sześć afrykańskich reprezentacji – Algieria, Kamerun, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana, Nigeria i gospodarze z RPA. A jednak pozostałe z dochodzących do głosu światowych potęg będą prawie nieobecne. Nie ma Chin, które nieco niespodziewanie nie zdołały się zakwalifikować, ani Indii, które jak zwykle nawet nie zbliżyły się do takiego osiągnięcia. W rzeczywistości spośród państw BRIC obecna będzie tylko Brazylia (jak zawsze). Rosja również się nie załapała, przegrywając w barażach z malutką Słowenią. Nie będzie również drużyn z wielu innych najludniejszych krajów świata: Indonezji, Filipin, Pakistanu, Bangladeszu, Wietnamu, Iranu, Iraku. Jeśli zsumować je wszystkie, to się okaże, że ponad połowa mieszkańców świata będzie musiała kibicować cudzym zespołom.

Nieobecność Chin jest naprawdę godna odnotowania. Mamy oto afrykański turniej bez udziału dominującej na tym kontynencie siły. Jak na ironię Chiny dużo mocniej zaznaczyły swoją obecność podczas Pucharu Narodów Afryki, rozgrywanego wcześniej w tym roku w Angoli. To Chińczycy dostarczyli Angoli infrastrukturę (budując między innymi cztery nowe stadiony) w zamian za zwyczajowe ulgi handlowe i koncesje na wydobycie surowców. Na pewno daje to lepsze pojęcie o przyszłości reszty kontynentu, niż wszystko, co dzieje się tego lata w RPA.

Pokazowa impreza FIFA wciąż przywołuje świat miniony, w którym wszystko kręci się wokół Europy. Nie tylko dlatego, że połowa biorących udział drużyn pochodzi ze Starego Kontynentu. Również dlatego, że wielu czołowych zawodników południowoamerykańskich i prawie wszyscy najlepsi z Afryki grają w Europie. Faktem jest, że chylące się ku upadkowi europejskie mocarstwa pozostają siłą napędową światowej piłki. Kraje, których realna gospodarka się chwieje – Hiszpania, Włochy, Anglia – nadal podtrzymują ogromne, rozdęte gospodarki futbolowe, podsycające apetyt na tę dyscyplinę sportu na wszystkich kontynentach. Afryka jest teraz częścią tej finansowej machiny, ale praktycznie nie ma nad nią żadnej kontroli.

W rezultacie jest to turniej ukształtowany przez europejską elitę i z myślą o jej interesach. Zorganizowanie go w Afryce oznacza, że mecze odbywają się we właściwej strefie czasowej z punktu widzenia europejskiej widowni przed telewizorami. Wybór RPA oznacza, że również klimat pozwoli europejskim zespołom rozwinąć skrzydła. Pierwsze afrykańskie finały Mistrzostw Świata będą bowiem odbywały się w najzimniejszym regionie na tym kontynencie. Europejczycy będą zatem grać w warunkach, w których dobrze się czują, spać w hotelach, w których im wygodnie, i dojeżdżać na stadiony, na których świetnie się odnajdą. Zazwyczaj przewaga własnego kraju lub przynajmniej własnego kontynentu ma decydujące znaczenie w finałach Mistrzostw Świata: jedynym krajem, który kiedykolwiek wygrał turniej poza swoim kontynentem, jest Brazylia (w 1958 roku w Szwecji i w 2002 roku w Korei Południowej). Dlatego teraz powinien nastać czas Afryki – nie tylko jako gospodarza, ale i zwycięzcy. To chyba jednak mało prawdopodobne.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj