Wybory prezydenckie w Kolumbii

Mojżesz kontra Święty
To była najgorętsza kampania wyborcza ostatniej dekady. 20 czerwca w Kolumbii odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. Ze znacznie ciekawszymi kandydatami niż w Polsce.
Antanas Mockus
DPA/Forum

Antanas Mockus

Kilka miesięcy temu kolumbijska polityka przestała być przewidywalna. Dokładnie od 26 lutego zaczęły dziać się cuda. Tego właśnie dnia Trybunał Konstytucyjny w Bogocie zablokował projekt referendum, które miało utorować Alvaro Uribe drogę do trzeciej kadencji prezydenckiej. Od 2002 r., kiedy wygrał wybory po raz pierwszy, jego poparcie rzadko spadało poniżej 60 proc. – wszystko dzięki twardej postawie wobec FARC i ELN, komunistycznych partyzantek terroryzujących kraj. Uribe sprytnie powiązał swoją politykę z globalną wojną z terrorem, zyskał potężnego sojusznika w osobie George’a Busha i z amerykańską pomocą zepchnął partyzantów do defensywy. Kolumbia stała się jednym z najbezpieczniejszych państw regionu, powrócili zagraniczni inwestorzy i turyści, gospodarka odbiła się od dna.

26 lutego charyzma prezydenta przegrała jednak z praworządnością najstarszej demokracji Ameryki Płd. Po zaskakującej decyzji sędziów pierwsze miejsce w sondażach zajął Juan Manuel Santos, były minister obrony w rządzie Uribe, autor błyskotliwych akcji przeciw FARC, namaszczony przez prezydenta na następcę. To on opracował plan uwolnienia najsłynniejszej zakładniczki świata Francuzki Ingrid Betancourt, którą przetrzymywano w dżungli przez sześć lat. Komandosi ukryci w helikopterze Czerwonego Krzyża odbili ją bez jednego wystrzału. To on wydał rozkaz ataku na obóz FARC na terytorium Ekwadoru, w którym zginął numer dwa organizacji Raul Reyes. Już wydawało się, że Santos prezydenturę ma w kieszeni, gdy zdarzył się drugi cud.

Cud Mockusa

Najpierw Antanas Mockus rozpiął pas. Potem postąpił kilka kroków w stronę audytorium, gdzie trzy tysiące studentów buczało, nie dając mu dojść do słowa. Wtedy Mockus, rektor Uniwersytetu Narodowego, profesor matematyki i filozofii, rozpiął rozporek, odwrócił się tyłem do sali i błyskawicznym ruchem ściągnął spodnie, wypinając gołe pośladki. Sala zamilkła. Tamtego dnia w październiku 1993 r. kariera uniwersytecka Mockusa legła w gruzach, zaczęła się natomiast polityczna. Szczery i autentyczny, a do tego postrzegany jako ofiara establishmentu, ekscentryczny profesor zyskał zaufanie zmęczonych korupcją i przemocą mieszkańców Bogoty. Dwa lata po incydencie jako niezależny kandydat wygrał wybory na burmistrza stolicy.

Burmistrz-filozof uznał, że problemy miasta mają swoje źródło w rozdźwięku między normami a obyczajem. Stworzenie kultury obywatelskiej potraktował jak wyzwanie pedagogiczne. Jako doświadczony wykładowca wiedział, że nie wystarczy objaśniać i oceniać, trzeba też przykuwać uwagę. W tym celu sięgnął po akcje symboliczne: zamiast policjantów pilnujących ruchu ustawił na skrzyżowaniach mimów, którzy ośmieszali ludzi łamiących przepisy. By zwrócić uwagę na problem zaśmieconego miasta, osobiście w lycrowym kostiumie „Superobywatela” zbierał śmieci z ulic. Organizował też „szczepienia przeciw przemocy” – złą energię można było rozładować bijąc w bokserską gruszkę.

Spektakle zmusiły ludzi do autorefleksji, co w połączeniu z antykorupcyjną polityką wobec urzędników i zwiększeniem wydatków na policję sprawiło, że Bogota stała się wzorem dla innych kolumbijskich miast. Między 1995 r., kiedy Mockus rozpoczynał swoją pierwszą kadencję, a 2004 r., gdy kończył drugą, liczba morderstw spadła z 80 do 20 na 100 tys. mieszkańców. Podobny spadek zanotowano w statystykach wypadków drogowych. Dzięki konsekwentnie stosowanej zasadzie, że środki publiczne są święte, Mockus zaoszczędził tyle pieniędzy, że jego następca mógł zrealizować kosztowne projekty urbanistyczne, m.in. założyć publiczne parki i zbudować system szybkiego transportu miejskiego. Zaufanie do władz Bogoty było tak wielkie, że 63 tys. ludzi dobrowolnie zapłaciło wyższe podatki.

Mockus dwukrotnie startował w wyborach prezydenckich, zyskując za każdym razem kilka procent głosów i opinię najlepszego kandydata, który nigdy nie zostanie wybrany. Rok temu założył Partido Verde, partię zielonych, która w marcowych wyborach zdobyła kilka miejsc w parlamencie. Mockus, kandydat partii na prezydenta, cieszył się wtedy zaledwie kilkuprocentowym poparciem, gdy zdarzył się wspomniany cud. Nieoczekiwanie poparł go Sergio Fajardo, były burmistrz Medellin, co ciekawe także profesor matematyki, który wycofał się z wyścigu o prezydenturę. Kiedy ogłoszono sojusz dwóch matematyków, popularność Mockusa zaczęła rosnąć lawinowo. Nazwano to zielonym tsunami.

Kreowany na wiceprezydenta Fajardo ukuł zgrabny bon mot: „matematycy, którzy się dodają, zaczynają się mnożyć”. Wyborczy pragmatyzm, który nakazywał nie głosować na kandydatów bez szans, ustąpił miejsca optymizmowi. Na Facebooku Mockusowi przybywało więcej fanów niż Obamie, w sondażach zaś szybko doścignął Santosa. Tydzień przed pierwszą turą poparcie dla każdego z nich szacowano na nieco ponad 30 proc. Druga tura miała już jednak należeć do syna litewskich emigrantów Antanasa Mockusa. Jego nazwisko po litewsku znaczy Mojżesz. Do metafory tsunami dołączyła jeszcze biblijna symbolika. 30 maja wydarzył się cud trzeci.

Cud Santosa

Kiedy 1993 r. Antanas Mockus ściągał przed studentami spodnie, Juan Manuel Santos został wybrany przez parlament na designado presidencial, wiceprezydenta Kolumbii w ówczesnej nomenklaturze. Blisko prezydentury był tak naprawdę od dziecka – jego stryjeczny pradziadek rządził Kolumbią w latach 30. Santosowie dali krajowi nie tylko wybitnego prezydenta – od 1913 r. do rodziny należał największy dziennik w kraju „El Tiempo”. W 2007 r. sprzedali wprawdzie większościowy udział hiszpańskiej grupie Planeta, ale zachowali decydujący wpływ na gazetę. O takich jak Santos, ze względu na wpływy i pieniądze, mówi się w Kolumbii, że są właścicielami kraju.

Juan Manuel studiował ekonomię w USA i w Wielkiej Brytanii. Zaraz po studiach został szefem delegacji kolumbijskiej w ICO, Światowej Organizacji Producentów Kawy. Błyskotliwy i kompetentny, prestiżowe stanowisko zawdzięczał raczej koneksjom niż umiejętnościom. Po powrocie z Londynu został wiceszefem rodzinnej gazety, ale w 1991 r. wciągnęła go polityka. Jako minister handlu zagranicznego negocjował umowy o wolnym handlu z krajami regionu, później przez rok pełnił funkcję wiceprezydenta. Wspinał się w hierarchii Partii Liberalnej, w owych czasach bowiem uprawianie polityki było nie do pomyślenia poza dwiema wielkimi partiami: konserwatywną i liberalną. W 2000 r. został ministrem finansów w rządzie prezydenta Andresa Pastrany. W tamtych czasach miał opinię kompetentnego technokraty, który cierpliwie gromadzi swój polityczny kapitał.

Kiedy prezydentem Kolumbii został Alvaro Uribe, kariera Santosa nabrała rozpędu. Uribe, który wygrał wybory jako kandydat niezależny, potrzebował politycznego zaplecza w parlamencie. Juan Manuel Santos w oparciu o działaczy partii liberalnej stworzył Partido de la Unidad Nacional, Partię Jedności Narodowej, zwaną potocznie Partido de la U – w nawiązaniu do pierwszej litery nazwiska prezydenta. Partia Uribe szybko wyrosła na główną siłę polityczną kraju, a Santos, po hiszpańsku „święty”, został partnerem, z którym nawet Uribe musiał się liczyć. Objął tekę ministra obrony i dzięki akcjom przeciw FARC zyskał opinię twardego i wojowniczego polityka, a w konsekwencji jedynego człowieka, który może kontynuować linię Uribe.

Zielone tsunami przed pierwszą turą wyborów zaskoczyło Santosa. Jego popularność zatrzymała się na poziomie trzydziestu kilku procent, czyli poparcia fanatycznych uribistów. Brakowało mu charyzmy, by przekonać nowych wyborców, poza tym uchodzi za człowieka przebiegłego, który często zmienia poglady i dąży do celu bez względu na środki. Co więcej, ciąży na nim odpowiedzialność za skandal tzw. falsos positivos. Kiedy był ministrem obrony, kolumbijscy żołnierze, by poprawić statystyki walki z partyzantką, zabijali cywilów, których przebierali w mundury FARC. Wydawało się także, że na Santosie skupia się gniew za inne grzechy administracji – podsłuchiwanie opozycji, przekupywanie polityków czy wreszcie za sprawę kredytów, które zamiast do najbiedniejszych rolników płynęły do bogaczy. Mimo to 30 maja Santos zdobył ponad 46 proc. głosów, Mockus tylko 21.

Czekanie na cud

Mockus pocieszał zwolenników po pierwszej turze, że i tak zdobył więcej głosów, niż mógł jeszcze niedawno sobie wymarzyć. Przyczyną porażki była seria błędów: lewicę zraził obietnicą kontynuowania bojowej linii prezydenta Uribe wobec FARC, konserwatyści uznali go za ateistę, po niejasnej odpowiedzi na pytanie, czy wierzy w Boga. Dla większości Kolumbijczyków niestosowne było stwierdzenie, że podziwia Hugo Chaveza, powszechnie uważanego za wroga kraju. Ale największą gafą była deklaracja Mockusa, że zgodzi się na ekstradycję Uribe do Ekwadoru, jeśli tamtejszy sąd skaże go za naruszenie granicy przy okazji ataku kolumbijskiej armii na obóz FARC. Kandydat Zielonych twierdził, że tak nakazuje konstytucja, tymczasem jest na odwrót: jako prezydent mógłby odmówić wydalenia poprzednika. Od ignorancji ważniejsze było to, że Mockus mimowolnie porwał się na narodowego idola – gdyby Alvaro Uribe mógł kandydować, zgarnąłby dzisiaj 60 proc. głosów.

Mockus przegrał w pierwszej turze nie tylko na prowincji, gdzie częstą praktyką jest kupowanie głosów, ale także w wielkich miastach. Nawet w Bogocie, gdzie był burmistrzem, zdobył 700 tys. głosów, a Santos ponad milion. Druga tura 20 czerwca wydaje się zatem formalnością, zwolennikom Mockusa pozostało liczenie na cud. Przed Santosem stoi wielkie wyzwanie w polityce zagranicznej – Chavez już ogłosił, że jeśli Kolumbijczycy go wybiorą, zamrozi handel między oboma krajami. W polityce krajowej Santos będzie miał po swojej stronie parlament, ale musi też liczyć się z zielonym tsunami. Pytanie, czy jako prezydent będzie bezbarwnym spadkobiercą Uribe, czy też nada swoim rządom jakiś odrębny rys.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną