Wygrany, niechciany
Kiedy kandydat władzy zderza się w wyborach z kandydatem ludu, tracą obie strony. I władza, i lud.
Christian Wulff
Martina Nolte/Wikipedia

Christian Wulff

Artykuł pochodzi z najnowszego 27 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 5 lipca.
Polityka

Artykuł pochodzi z najnowszego 27 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 5 lipca.

Te wybory prezydenckie w Niemczech – zazwyczaj czysta formalność – były najdłuższe i najbardziej dramatyczne w historii RFN. W końcu wygrał je Christian Wulff – kandydat Unii. Zgodnie z planami pani kanclerz, która „kopniakiem w górę” chciała się pozbyć najgroźniejszego rywala w kierownictwie CDU. Taktyczne gierki pani kanclerz okazały się skuteczne. Dlaczego więc nikt nie mówi o jej sukcesie i zwycięstwie jej kandydata Wulffa,  wszyscy oceniają przebieg wyborów jako porażkę i blamaż Angeli Merkel. której kandydatowi nawet wielu delegatów własnej partii odmówiło poparcia.

Szyki pomieszał niespodzianie pastor Joachim Gauck, wysunięty przez opozycyjną SPD jako kandydat na prezydenta. Liderzy SPD nie kryją, że wystawili konserwatywnego kandydata, mile widzianego przez wielu działaczy przeciwnego obozu, w jednym tylko celu: aby pomieszać szyki rządzącej koalicji i Angeli Merkel. I  to się powiodło. Ale doszedł jeszcze jeden czynnik: niespodziewana presja elektoratu, której w tych wyborach w ogóle być nie powinno. W Niemczech prezydenta wybiera przecież Zgromadzenie Federalne, czyli przedstawiciele partii należących do establishmentu. Rola nieprzewidywalnych wyborców została w tym wariancie  demokracji przezornie z góry ograniczona.

Tymczasem stała się rzecz niespodziana: kandydat SPD, wysunięty także wskutek partyjnej gierki, z dnia na dzień zaczął zyskiwać coraz szersze poparcie i sympatie. Sondaże wskazywały, że krzywa jego popularności nieustannie pnie się w górę. Komentatorzy byli jednomyślni: obywatele - gdyby to zależało od nich - wybraliby Gaucka. I zaszło zjawisko dotąd nie notowane: presja społeczna zaczęła oddziaływać na członków Zgromadzenia Federalnego. Wielu posłów rządzącej koalicji w tajnym głosowaniu nie poparło kandydata własnego obozu. Wynik wyborów, z początku oczywisty, przez chwilę stał się niewiadomą.

Koniec końców Wulff wygrał – ale z trudem, dopiero w trzeciej turze. I  nikt nie mówi o sukcesie nowego prezydenta i rządu Angeli Merkel. Niektórzy wieszczą nawet jej rządowi koalicyjnemu  bliskie Waterloo.

Co się stało? Dość powszechna jest konkluzja, , że te wybory stały się wyrazem rosnącej niechęci i braku zaufania społeczeństwa do polityków , a także  do zakulisowych gier i machinacji partyjnych.  Stąd poparcie dla outsiderów, ludzi nowych na scenie politycznej, nie związanych z żadną  partią.  Za takiego nie skompromitowanego człowieka z zewnątrz, wymarzonego kandydata o czystych rękach, Niemcy uznali pastora Gaucka.

„To nieprawda, co mówią socjologowie, że Niemcy pogrążają się w podszytej złością apatii – pisze Süddeutsche Zeitung. Owszem, to prawda, że jest wiele niezadowolenia: z polityki, gospodarki , kościołów, z pracy i płac, z oświaty i perspektyw życiowych. Ale to nieprawda, że to niezadowolenie ma charakter apolityczny i da się zaspokoić chlebem i igrzyskami  (jak piłka nożna). To nieprawda, że ludzie pogodzili się ze swoją frustracją, nieprawda, że społeczeństwo obywatelskie się wykrusza, a demokracja więdnie. Powszechne zaangażowanie w tej kampanii wyborczej i żywe poparcie dla Joachima Gaucka świadczą o czymś przeciwnym.  To poparcie, niemal uwielbienie dla pokonanego kandydata, chwilami wręcz naiwne  – to akt protestu przeciw partyjnym grom politycznym”.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj