Mój sąsiad, szpieg
Parę dni po wizycie prezydenta Rosji Miedwiediewa w USA pewien amerykański tajny agent FBI spotkał się z kobietą, którą FBI podejrzewa o przynależność do rosyjskiej siatki szpiegowskiej.
Artykuł pochodzi z najnowszego 28 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 12 lipca
Polityka

Artykuł pochodzi z najnowszego 28 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 12 lipca

Umówił się z nią w jednej z kawiarń na Manhattanie pod pretekstem, ze centrala w Moskwie ma dla niej zadanie do wykonania. To ostatnie posunięcie w długotrwałym, dziesięcioletnim śledztwie, które ma wykazać, że wielki przeciwnik z okresu zimnej wojny wciąż jeszcze szpieguje Amerykę.

Atrakcyjna, rudowłosa kobieta ma dopiero 28 lat, prowadzi internetowa agencję pośrednictwa w handlu nieruchomościami. Jej rosyjskie nazwisko brzmi Anna Kuszczenko, amerykańskie – Anna Chapman. Wkrótce jednak caly świat będzie o niej mówił tylko jako o „seksownej agentce”, która – jak napisał „Washington Post” – „potrafiłaby rozgrzać nawet najbardziej mroźne noce w czasach zimnej wojny”.

Agent przedstawił się Annie jako pracownik rosyjskiego konsulatu i polecił jej przekazać następnego dnia wskazanej osobie sfałszowany paszport. Poinstruował ja, jaki ma mieć znak rozpoznawczy – kolorowe czasopismo pod pachą. Tamta osoba zapyta ją: „Przepraszam, czy nie spotkaliśmy się zeszłego lata w Kalifornii?” Anna przyjmuje zlecenie, na tym myśliwy i zwierzyna się rozstają. Ale funkcjonariusze chcą sprawdzić, czy Chapman się nie połapała, że w tym spotkaniu było coś dziwnego. Po spotkaniu śledzą każdy jej krok, gdy wędruje po Brooklynie. Chcą się przekonać, czy zadzwoni do centrali w Moskwie.

Gdy rudowłosa nie przyszła

Jednak następnego dnia Chapman nie zjawia się w umówionym miejscu, by przekazać fałszywy paszport. Teraz agenci FBI wpadają w panikę. Czy kobieta zauważyła, że jest śledzona? Może teraz ostrzeże całą siatkę? W sumie amerykańscy agenci mieli na oku 11 domniemanych szpiegów - niektórzy z nich byli pod obserwacją już ponad 10 lat. Wszystkie te osoby – to Rosjanie, którzy przybrali fałszywą tożsamość i wiodą życie typowych amerykańskich rodzin w suburbiach wokół Bostonu, Waszyngtonu i Nowego Jorku.

W tej sytuacji policja postanawia ująć wszystkich członków siatki. Nie może liczyć się z tym, że dopiero 72 godziny wcześniej Miedwiediew i Obama podkreślali wspólne cele: umocnienie współpracy gospodarczej i kontynuacje polityki rozbrojenia nuklearnego. Na koniec obaj politycy jeszcze zjedli razem w lokalu na waszyngtońskim przedmieściu Arlington cheeseburgery z frytkami - typowo amerykańskie danie.

Teraz jednak afera szpiegowska rzuca cień na ten piękny obrazek. John Bolton, republikański jastrząb i były ambasador USA w ONZ, skorzystał z okazji, by przedstawić aferę jako dowód na to, że Rosjanie wciąż żywią głęboką antypatię do Ameryki. Politolog Stephen Flanagan wyraził obawę, że ratyfikacja nowego układu rozbrojeniowego, który jest kontynuacją układu START, może napotkać na trudności. A Samuel Charap z demokratycznego think tanku Center for American Progress oświadczył: „Ten incydent przypomina nam o tym, że Rosja jest nadal Rosją”. A Władimir Putin, były szpieg, jest nadal Władimirem Putinem.

W rzeczy samej to właśnie szef rosyjskiego rządu zabiegał o to, by znów umocnić aparat wywiadu swego kraju po zakończeniu zimnej wojny. Przez długi czas Rosjanom brakowało na to pieniędzy. Putin jednak przywrócił prestiż tajnych służb i zapewniał im środki z budżetu, odkąd pierwszy prezydent Rosji Jelcyn mianował go najpierw w 1998 roku szefem kontrwywiadu FSB, a rok później – premierem, desygnując go też na swego następcę. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, które w wywiadzie stawiają głównie na supernowoczesna technikę, Moskwa w zdobywaniu informacji stawia w znacznej mierze na ludzi – przede wszystkim takich właśnie „nielegałów”.

Bardziej amerykańscy od Amerykanów

Wtapiali się oni w amerykańskie społeczeństwo, w suburbia, gdzie mieszka przeszło połowa Amerykanów. Podlewali swoje hortensje, piekli placki, spotykali się w kawiarniach Starbucks, a w Boże Narodzenie stawiali przed drzwiami nadmuchiwanego świętego Mikołaja – amerykański kicz, który należy do standardowego programu mieszkańców przedmieść. Wielu z nich miało amerykańskie imiona, amerykańskie posady, nawet amerykańskie hobby. Niekiedy byli bardziej amerykańscy od samych Amerykanów.

Jednak centrala nie bez racji bywała niezadowolona. System perfekcyjnej mimikry nie był tani. Centrala musiała nieraz przypominać szpiegom o ich właściwej funkcji. „Wasze wykształcenie, wasze konto bankowe, samochód, dom – wszystko to ma tylko jeden cel: wykonać wasze główne zadanie, nawiązać kontakt ze środowiskami politycznymi”. Tymczasem agenci z ujętej siatki nie dostarczyli nigdy żadnych tajnych dokumentów, uzyskane informacje były bardzo skąpe. Amerykańskiej prokuraturze nie starczy chyba materiału do oskarżenia o szpiegostwo, obecnie zarzuca się zatrzymanym tylko pranie pieniędzy i udział w siatce. „Mało tajemnic” – brzmiał tytuł „New York Timesa”.

Można mieć poważne wątpliwości, czy ci szpiedzy z przedmieść byli faktycznie na bieżąco w swojej profesji. Mieli wprawdzie dwa profile na Facebooku, korzystali z Twittera, wrzucali filmy na YouTube. Zarazem jednak sięgali do klasycznych metod ze starych filmów: konspiracyjne spotkania na stacjach metra, listy pisane sympatycznym atramentem. A kiedy mieli kłopot z zapamiętaniem hasła, notowali je po prostu na karteluszku.

Do tego jeszcze dochodzą osobliwe zadania, jakie miała im zlecać Moskwa. Mieli np. ustalić, co Obama chciałby osiągnąć na lipcowym szczycie gospodarczym. Niby jak można się tego dowiedzieć w Yonkers w stanie Nowy Jork? Innym razem zwierzchnicy chcieli wiedzieć, jakie są prognozy dla światowego handlu zlotem. Albo jakie stanowisko zajmie administracja Obamy w kwestii irańskiego programu atomowego. Są to informacje, o których więcej można się dowiedzieć z gazetowych komentarzy lub publikowanych raportów analityków. Można odnieść wrażenie, że ci szpiedzy wciąż jeszcze nie potrafili się znaleźć w epoce swobodnej wymiany informacji, w świecie Internetu i Google’a.

Wszystko to brzmi jak ze scenariusza klasycznego szpiegowskiego dreszczowca – i trochę za bardzo trąci sztampą. Czy to możliwe, że agenci pracują tak dziś w dalszym ciągu? Czy mamy tu do czynienia z zawodowcami, czy z dyletantami? Jak poważnie należy brać także pozostałych szpiegów? I co to wszystko oznacza dla stosunków z Rosją? Oto pytania, które obecnie bulwersują Amerykę.

„Ja bym takich wywalił z roboty”

Rosjanin Jurij Drozdow określił aresztowania i zarzuty jako „śmieszną prowokację”. „Najwyraźniej ktoś tu chce robić politykę – powiada on. „Z Niemcami na przykład załatwiamy takie sprawy dyskretnie, za kulisami.”

84-letni weteran Drozdow przez 11,5 lat stal na czele najbardziej tajnej sekcji rosyjskiego wywiadu – wydziału S do operacji specjalnych. To on dowodził szturmem na pałac prezydencki w Kabulu na początku inwazji radzieckiej na Afganistan. Wydział S zajmował się nie tylko morderstwami za granicą - kierował także działalnością „nielegałów”. „To FBI śledziła tych ludzi od 10 lat i wszystko, co wykryła, to pranie pieniędzy? pyta on. - Gdyby moi ludzie tak pracowali, wywaliłbym ich z roboty bez prawa do emerytury”.

Rosyjskie władze tymczasem wydają się równie mało zainteresowane wznowieniem dawnego konfliktu, co Obama. Rosyjski MSZ nazwał zarzuty „bezpodstawnymi”, ale przyznał, że chodzi o obywateli rosyjskich i zapowiedział, że otrzymają oni pomoc prawna. W Ameryce tymczasem dominuje nastrój kpin z nieudolnych szpiegów. A w mediach nie dyskutuje się o tym, jakie szkody mogli oni wyrządzić Stanom Zjednoczonym, tylko o tym, co się stanie z dziećmi zatrzymanych. No i oczywiście o walorach fizycznych Anny Chapman.

Setki tysięcy obejrzały już Annę w jej wideo na YouTube. Mówi ona tam „Ameryka jest wolnym krajem. Łatwo tu spotkać ludzi, którym się powiodło – nie to, co w Moskwie. Tam trzeba najpierw być jednym z nich”. Żaden amerykański patriota nie mógłby lepiej zachwalać swego kraju.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj