MUNDIAL 2010: Finał

Hiszpanie wzięli wszystko
Mały Iniesta jeszcze raz okazał się bohaterem ostatniej akcji. Hiszpanie wygrali, choć ostatni mecz Mundialu nie był widowiskiem zasługującym na piłkarskiego Oscara.

Zamiast mistrzowskich zagrań najlepszych zawodników świata, oglądaliśmy dużo chaotycznej kopaniny oraz brutalnych fauli, z którymi nie wiedział co robić zagubiony sędzia. Gdyby był konsekwentny, mógłby ukarać kartkami wszystkich zawodników, może z wyjątkiem bramkarzy. Doskonale znający się rywale niemal przez cały mecz nie tyle chcieli wygrać, co nie przegrać. W wielkim futbolu nikt nie pociesza się bowiem szlachetnie brzmiącymi banałami typu – nie liczy się zwycięstwo, tylko sam udział w rywalizacji. Zwycięzca bierze wszystko, o przegranym już nazajutrz nikt nie pamięta. Wie o tym doskonale trener Holendrów Bert van Marwijk, który odebrał srebrny medal, by po chwili – co pokazały kamery – ściągnąć go z szyi i schować do kieszeni.

Lepszy był mecz o trzecie miejsce, w którym Niemcy pokonali Urugwaj, który - jak mówili mający skłonność do patosu komentatorzy - bronił honoru Ameryki Południowej. Odpadła bowiem Brazylia, skompromitowała się Argentyna, a piłkarze z małego kraju (niespełna 3,5 mln mieszkańców) bronili się dzielnie, zyskując sympatię kibiców na całym świecie. Bo kiedy słaby nie daje się silnemu, zawsze jesteśmy po jego stronie. Tym bardziej, że zdarza się – tylko w futbolu, dlatego tak kochamy tę grę! – iż Dawid pokonuje Goliata. Ostatecznie wygrał jednak faworyt, zaś trzy pierwsze miejsca zajęły drużyny europejskie. Po raz kolejny Stary Kontynent udowodnił, że rządzi na boiskach. Zawiodła nie tylko Ameryka, lecz także reprezentacje afrykańskie, z którymi jeszcze parę lat temu wiązano wielkie futbolowe nadzieje.

Zakończone wczoraj mistrzostwa udowodniły, iż wprawdzie zawsze z przyjemnością patrzy się na popisy piłkarzy wirtuozów, genialnych solistów, to jednak futbol z całą pewnością nie jest teatrem jednego aktora. Liczy się gra zespołowa i żelazna taktyka ustalana przez trenera – stratega. Na „solówki” po prostu nie ma na boisku miejsca. Piłka nożna, co pokazał nie tylko finał, jest dzisiaj twardą, męską, chwilami brutalną grą, przypominającą momentami hokej. Zawodnik, który dostaje piłkę, jest natychmiast ostro atakowany, często na granicy faulu. Jak pewnie wszyscy kibice zauważyli, umiejętność dyskretnego faulowania – a z drugiej strony aktorskie symulowanie bycia sfaulowanym – należą dzisiaj do podstawowych umiejętności klasowego piłkarza. Nie wspominając o przygotowaniu fizycznym i kondycji, pozwalającej biegać od bramki do bramki przez 90 minut.

Może więc dobrze się stało, iż na turnieju w RPA zabrakło naszych „mięczaków”. Jakie są ich umiejętności, pokazał przedmundialowy sparring z Hiszpanią. I nie pocieszajmy się teraz, że ulegliśmy przyszłemu mistrzowi świata „tylko” 0:6, bo gdyby rywale naprawdę potraktowali nas serio, mogliby spokojnie wygrać 12:0! Niestety, za dwa lata, na Mistrzostwach Europy, które współorganizujemy, już musimy się pokazać. Porażki na własnym boisku są podwójnie przykre. Niechaj więc trener Franciszek Smuda przestanie opowiadać dykteryjki i od zabiera się do roboty!

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj