Świat

Gaz daje i zabiera

Kanada złupiona przez gaz łupkowy

Piaski roponośne w Albercie - krajobraz po wydobyciu. Gaz z łupków takich szkód nie przynosi. Piaski roponośne w Albercie - krajobraz po wydobyciu. Gaz z łupków takich szkód nie przynosi. VISIUM / Forum
Zanim zaczniemy korzystać z naszego gazu, spójrzmy na Kanadę – ma gaz łupkowy i doświadczenia. Nie wszystkie są pozytywne.

Podczas niedawnej kampanii prezydenckiej Bronisław Komorowski stał się obiektem kpin, gdy odnosząc się do ewentualnego pozyskiwania gazu z łupków w Polsce, powiedział, że metoda odkrywkowa może dewastować krajobraz. Być może pomylił łupki z innym niekonwencjonalnym źródłem energii, a mianowicie piaskami roponośnymi, których odkrywkowa eksploatacja w Kanadzie rzeczywiście prowadzi do sporych zniszczeń w krajobrazie. Ale i eksploatacja łupków przysparza wielu ekoutrapień.

Zabójcze stawy

Prasa kanadyjska rozpisywała się w tym roku o postępowaniu przeciwko firmie Syncrude, czołowemu koncernowi eksploatującemu piaski roponośne, największe niekonwencjonalne złoże Kanady. Sprawa dotyczy wielkich stawów wypełnionych ściekami, w których przechowywane są ciekłe odpady poprodukcyjne – uboczny skutek wydobycia i oczyszczania piasków bitumicznych.

W stawach tych od lat osadzają się toksyczne substancje. Teren odgrodzono płotem od okolicznych lasów, gdyż trucizna stanowi zagrożenie dla zwierząt. Stawy są ogromne: jeden z nich, należący do firmy Syncrude, zajmuje powierzchnię 640 boisk do piłki nożnej. Przed dwoma laty stado dzikich kaczek wędrownych wodowało na toksycznym akwenie. Wszystkie zginęły. Dochodzenie wykazało, że pierwotnym powodem wypadku było wyczerpanie się 9-woltowych baterii w mających odstraszać ptactwo armatkach akustycznych (straszakach) ustawionych na brzegu stawów. Sąd uznał Syncrude winnym rażącego zaniedbania i nie jest wykluczone, że w sierpniu tego roku wymierzy korporacji karę w wysokości 300 tys. dol. kanadyjskich za każdą z 1606 zdechłych kaczek, co daje w sumie prawie pół miliarda dolarów grzywny (1 dol. kanadyjski = 0,9 dol. USA).

Takie wiadomości z czołówek gazet znane są niemal każdemu obywatelowi Kanady i bez wątpienia kształtują opinię publiczną. Kanadyjczycy byli już świadkami ekoterroryzmu (wysadzanie gazociągów, sprawców nie ujęto), a kwestia kosztów środowiskowych związanych z wydobyciem roponośnych piasków jest od kilku lat sprawą żywej publicznej dyskusji. Tak mocne akcenty siłą rzeczy powodują, że wydarzenia o mniejszym kalibrze, czyli lokalne protesty mieszkańców czy też mniej spektakularne zagrożenia dla środowiska, nie przedzierają się do świadomości opinii publicznej. W tej kategorii plasują się mniej widoczne i szkodliwe skutki wydobycia gazu łupkowego.

Mam poczucie, że nad tym, co robi przemysł w naszym sąsiedztwie, my jako obywatele nie mamy żadnej kontroli – mówi jeden z farmerów z okolic Dawson Creek o swoim poczuciu bezradności wobec przemian, jakie zachodzą w jego otoczeniu w związku z sąsiedztwem przemysłu wydobywczego. Rolnicy nierzadko skarżą się, że władze nie stają po ich stronie. Rząd woli wspierać potężne przedsiębiorstwa, które wnoszą do budżetu pieniądze i dają pracę. Przemysł wydobywczy rzeczywiście może liczyć na poparcie władz, szczególnie gdy sprawa dotyczy wyjęcia działalności przemysłu wydobywczego spod konkretnych przepisów o ochronie środowiska.

Prawo nienaturalne

Przykładem jest firma Vale Inco, która w czerwcu 2009 r. otrzymała zezwolenie na wypuszczanie ścieków z kopalni miedzi do jeziora w Nowej Fundlandii, więc nie musiała budować oddzielnego zbiornika, co pozwoliło jej ograniczyć koszty obsługi ścieków z 490 mln do 62 mln dol. Organem rządowym, który wydaje opinie w sprawie skażeń i blokuje ewentualne zezwolenia, jest agencja Canadian Environmental Assessment Agency. Jak pokazują badania przeprowadzone przez kanadyjskiego autora Davida Boyda i opublikowane w książce „Unnatural Law” (Prawo nienaturalne), agencja korzysta z prawa weta nadzwyczaj rzadko: w latach 1995–2000 przyklepywała decyzję o wydaniu zwolnień w 99,9 proc. przypadków.

Przy wydobyciu gazu łupkowego główna kontrowersja dotyczy zużycia wody w czasie hydraulicznego szczelinowania: w procesie, który trwa blisko cztery miesiące, do każdej studni wpompowywane jest pod ciśnieniem (600 atmosfer) średnio 11 mln litrów wody (!) i 100 ton piasku (lub ceramicznego granulatu). Woda ma za zadanie rozsadzić skały, a piasek zapobiec ponownemu zaciśnięciu się szczelin. Około 2 proc. tej mieszanki stanowią chemikalia. Ich zestaw dobierany jest do struktury skały metodą prób i błędów, i stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa. Ekolodzy postulują wprowadzenie nowych uregulowań prawnych, które zmusiłyby firmy do ujawniania składu tego chemicznego koktajlu.

Czy substancje te mogą zagrozić wodzie pitnej? Łupki, o których mowa, znajdują się na głębokości 2000–4500 m. Prawdopodobieństwo, że chemikalia powędrują stamtąd setki metrów w górę do poziomu relatywnie płytkich wód gruntowych i zatrują je, jest bardzo małe. Czy da się zagwarantować z całą pewnością, że tak się nie stanie? – Stuprocentowej pewności nigdy nie ma, ale ryzyko jest niewielkie, bo tunel nie dość, że długi, to jeszcze dodatkowo uszczelniany jest cementem – mówi Peter Howard, urzędujący prezes Canadian Energy Research Institute w Calgary. – Jeśli chemikalia dostałyby się do środowiska, to spowodowałyby szkody, jednak firmy odpowiedzialne są za to, aby do tego nie doszło – przekonuje Travis Davies z Kanadyjskiego Stowarzyszenia Producentów Ropy Naftowej.

Problem jednak w tym, że 30 proc. cieczy zawierającej te chemikalia jest wypompowywana na powierzchnię wraz z gazem w postaci toksycznego płynu wymieszanego z solami mineralnymi wypłukanymi ze skał, tworząc miliony litrów ścieków poprodukcyjnych. Ciecz ta nie nadaje się do ponownego wykorzystania, gdyż ma silne działanie korodujące, które mogłoby uszkodzić pompy. Transportuje się ją w cysternach i znów wpompowuje głęboko pod ziemię (np. do szybów opuszczonych kopalni) bądź poddaje kosztownemu procesowi utylizacji. Nierzadko ścieki lądują w prymitywnych basenach z dnem ledwie uszczelnionym folią (aby nie zanieczyścić wód gruntowych).Takie baseny mogą przez całe miesiące stanowić potencjalne zagrożenie dla środowiska, choć ich wielkość ma się nijak do potężnych akwenów powstających przy eksploatacji piasków roponośnych.

 

 

Środowisko wliczone w cenę

Andrew Nikiforuk, znany w Kanadzie dziennikarz o radykalnych poglądach proekologicznych, przestrzega, że niekorzystne zjawiska związane z wydobyciem gazu z łupków rzeczywiście staną się dużym problemem w miarę rozwoju tego przemysłu. Według niego w atrakcyjnych pod względem wydobycia gazu z łupków okolicach Montney może powstać nawet 10 tys. studni. Peter Howard, prezes Canadian Energy Research Institute, uważa jednak, że tak intensywny rozwój nie nastąpi wcześniej niż za 20 lat. Wtedy rzeczywiście skala zjawiska będzie stanowić wyzwanie dla środowiska i lokalnych społeczności.

Do obsługi rozrzuconych na wielu akrach kilku czy kilkunastu studni potrzeba kilkuset samochodów ciężarowych, co znacznie obciąża system lokalnych dróg. Potwierdza to James Ewart, rolnik z okolic Dawson Creek, mieszkający jakieś półtora kilometra od miejsca, w którym kilka lat temu przez ponad miesiąc 24 godziny na dobę odbywało się szczelinowanie studni. – Było niewiarygodnie głośno, w nocy przeszkadzały światła, a przez cały dzień przez plac przewijało się co najmniej sto ciężarówek – opisuje Ewart.

Jednak w Kanadzie, jednym z najrzadziej zaludnionych krajów świata (4 osoby na km kw., w Polsce 122 osoby na km kw.), przedsiębiorstwa wydobywcze rzadko muszą prowadzić działalność w okolicach zurbanizowanych, a tylko tam uciążliwość procesów związanych z wydobyciem może wywoływać większe protesty lokalnych społeczności. Ważnie jest także zakorzenienie przemysłu wydobywczego w tradycji tego kraju. W historii jednej tylko prowincji Alberta – najbogatszej w Kanadzie – zbudowano już ponad 300 tys. rozmaitych studni wiertniczych. Tutaj nikogo nie dziwi widok kiwona pompującego ropę pośrodku pola kukurydzy, to po prostu element krajobrazu. Dobrobyt kontynentu amerykańskiego zbudowano na wydobyciu złóż (głównie ropy) i społeczeństwo skłonne jest uznawać, że obciążenie środowiska naturalnego to konieczny koszt wkalkulowany w zasadniczo korzystny proces.

– Nie jest przypadkiem, że w Kanadzie polska emigracja to bez mała milion ludzi – mówi polski inżynier od przeszło 20 lat mieszkający w Kanadzie. – Emigranci szukali tu i nadal szukają wysokiego poziomu życia, który Kanada oferuje. Poziom ten wymaga jednak dużego zużycia energii. Jasne jest, że koszty środowiskowe są nieodłącznym składnikiem tego równania.

Oczywiście rachunek musi zamykać się zyskiem dla koncernów eksploatujących złoża, inaczej biznes nie ruszy. Obniżenie kosztów ma fundamentalne znaczenie, rząd przyznaje zatem zwolnienia podatkowe w początkowych okresach wydobycia, zwłaszcza jeśli eksploatacja odbywa się w trudnych warunkach.

Nim popłynie polski gaz

Od czego zależy przyszłość gazu łupkowego w Kanadzie (i także w Polsce)? – Od ceny – bez wahania odpowiada Travis Davies. Żaden czynnik tak bardzo nie wpłynie na rozwój całego przemysłu wydobywczego jak to, ile się będzie w przyszłości płacić za gaz. A według niego, obecne 5,5 dol. wystarczy, aby przemysł się rozwijał. Czyli dopóki koszty wydobycia nie przekraczają tej ceny rynkowej gazu, wszystko jest w porządku. Davies mówi o cenie za milion Brytyjskich Jednostek Termicznych (Btu), co odpowiada cenie około 200 dol. za 1000 m sześc. gazu. Btu określa ilość energii potrzebnej do podgrzania pół litra wody o nieco ponad pół stopnia Celsjusza.

Dwa na cztery główne obszary możliwej eksploatacji łupków w Kanadzie spełniają wyżej wymieniony warunek. Są to rejon Montney (z kosztem wydobycia około 4–5 dol. kanadyjskich) i Horn River (5–6,5 dol.). Koszt wydobycia waha się w zależności od jakości poszczególnych studni i cech pokładu. Istotnym czynnikiem jest ciśnienie gazu w łupkach, naturalna porowatość skał oraz ich skład. Jeśli w łupkach jest dużo gliny, mogą one być stosunkowo elastyczne i odporne na proces hydraulicznego szczelinowania. W efekcie wydobycie gazu nie jest duże, a więc mało opłacalne. Prowincja Alberta ma olbrzymie pokłady gazu łupkowego, ale warunki są tu słabe, koszt wydobycia wynosi już 7–9 dol. i tym gazem z oczywistych względów nikt na razie się nie interesuje.

Kanadyjski przemysł łupkowy rozwija się szybko. Pierwszą studnię zbudowano pięć lat temu w rejonie Montney w Kolumbii Brytyjskiej. Dziś Kanada ma co najmniej trzysta studni gazu łupkowego i produkuje 2,5–3,1 mld m sześc. gazu rocznie (dla porównania całe polskie zużycie gazu wynosi ok. 14 mld m sześc. rocznie). Nadal mówi się jednak, że to jedynie pierwsze przymiarki, bo Kanada ma dysponować nawet 30 bln m sześc. W odniesieniu do Polski, według niepotwierdzonych szacunków, mówi się o 1,5–3 bln m sześc.

Przy obecnej technologii wydobywanie gazu łupkowego przypomina zbieranie chochlą cukru z podłogi. Coś zebrać się uda, ale wiadomo, że niewiele. Dziś w Kanadzie według ekspertów można wydobyć od 10 do 20 proc. złoża, a więc jakieś 3–6 bln m sześc. Reszta to pieśń przyszłości i czekanie na skok cen oraz zysków (co pozwoli na bardziej żmudne i kosztowne ruchy chochlą) lub kolejną rewolucję technologiczną, która proces usprawni.

Ile lat potrzebowała Kanada na rozwinięcie biznesu do dotychczasowych rozmiarów? – Przede wszystkim złoża badaliśmy już wcześniej przy różnych okazjach – tłumaczy Peter Howard. – O łupkach mieliśmy całkiem dobre pojęcie już 20 lat temu, ale nie byliśmy nimi zainteresowani, bo wówczas eksploatacja tego gazu się nie opłacała. Dopiero wykorzystanie studni poziomych i szczelinowania otworzyło nowe możliwości.

Kanadyjskie doświadczenie pokazuje bez wątpienia, że łupki mogą być dobrym biznesem, co nie znaczy, że można ignorować ciemniejsze strony eksploatacji tych złóż. Czy w imię wspierania przedsiębiorczości przymknąć oko na skutki środowiskowe? Czy dawać firmom wydobywczym uprawnienia tak duże, jakimi cieszą się za oceanem? Zanim staniemy się gazową potęgą, przyjdzie nam odpowiedzieć na wiele znacznie trudniejszych pytań.

Polityka 30.2010 (2766) z dnia 24.07.2010; Świat; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Gaz daje i zabiera"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną