UE mianuje swoich ambasadorów

Nasi w korpusie
Catherine Ashton, szefowa unijnej dyplomacji ogłosiła długą listę nowych ambasadorów Unii Europejskiej. Cieszą nominacje dla dwójki dyplomatów z Polski.

Polacy staną na czele placówek może nie pierwszoplanowych, ale dla Unii ważnych. Joanna Woronecka, z doświadczeniem ambasadorskim w Egipcie i Maroku, będzie reprezentować Unię w Jordanii, kraju zaangażowanym w izraelsko-palestyńskie rozmowy pokojowe. Musiał być to wybór przemyślany. Co prawda Unia na Bliskim Wschodzie nie ogrywa znaczącej roli i zdana jest tam na Amerykanów, ale Catherine Ashton próbuje Europę w regionie usamodzielnić. Właśnie na Bliski Wschód Brytyjka wybrała się w swoją pierwszą podróż zagraniczną. Od zeszłej jesieni, kiedy przywódcy Unii postawili ją na czele unijnej dyplomacji, gościła tam już kilkukrotnie, słusznie dowodząc, że Unia prędzej skoordynuje wspólną politykę bliskowschodnią niż na przykład w Rosji czy w Chinach, gdzie kraje członkowskie mają często sprzeczne interesy. Samej Catherine Ashton te starania przyniosły już pierwsze uznanie, tak potrzebne po chłodnym przyjęciu towarzyszącemu jej debiutowi w roli zwierzchnika Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych.

Na orientalistę Tomasza Kozłowskiego poważniejsze zadania czekają w Seulu. Bruksela sfinalizowała dziś umowę o wolnym handlu z Koreą Płd., największe porozumienie wynegocjowane dotąd przez Unię z krajem trzecim. A że unijna dyplomacja będzie zajmowała się stosunkami handlowymi, koreańskie sukcesy europejskich firm będą zależały od dokonań unijnego ambasadora. Tym bardziej, że Korea wyrasta na jednego z najważniejszych partnerów Unii w Azji i prognozy wskazują, że europejski eksport do Korei powinien rosnąć.

Istotniejsza od nominacji ambasadorskich może okazać się jednak obsada brukselskiej centrali. Najbliższym współpracownikiem lady Ashton będzie Pierre Vimont, dziś francuski ambasador w USA. Jego zastępcami będzie Helga Schmid, wysoka urzędniczka w sekretariacie generalnym Rady UE  i któryś z dwóch polskich kandydatów – Mikołaj Dowieglewicz, przygotowujący polski MSZ do przyszłorocznej prezydencji w UE oraz Maciej Popowski, szef gabinetu przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. Tyle że jeśli wybór padnie na ministra Dowigielewicza w kraju powstanie wakat na szczególnie newralgicznym stanowisku.

O ile polski MSZ może mieć powody do zadowolenia, to mało przejrzysty sposób wyłaniania wysokich urzędników unijnej dyplomacji budzi wśród krajów członkowskich mieszane uczucia. Idzie nie tyle o kompetencje wybranych osób, bo tych nikt nie podważa, ile o geograficzny klucz dobru. Najważniejsze placówki obsadziły kraje duże i ze „starej Unii”, z nowoprzyjętych sukces odniosły tylko Polska, Litwa i Bułgaria. Swoje ubolewania nie kryje Słowenia, która nie dostała żadnego stanowiska, choć zabiegała m.in. o Albanię i Macedonię. Żal do Catherine Ashton mają także feministki, bo wśród nominowanych 29 ambasadorów znalazło się tylko 7 kobiet. Niemiecka eurodeputowana Franziska Brantner wyraziła nawet przesadzoną obawę, że ESDZ jest na dobrej drodze, by zamienić się w klub gentelmanów palących cygara.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj