USA: wybory do Kongresu

Obama w opałach
Co przyszłość przyniesie?
Charles Dharapak/AP/Agencja Gazeta

Co przyszłość przyniesie?

„B.O. smierdzi” – głosi napis na transparencie. Najwiekszym kłopotem Obamy może być to, że nikt się go nie boi. A każdy prezydent powinien pokazać, że budzi strach.
TANNEN MAURY/PAP

„B.O. smierdzi” – głosi napis na transparencie. Najwiekszym kłopotem Obamy może być to, że nikt się go nie boi. A każdy prezydent powinien pokazać, że budzi strach.

William Schneider
AN

William Schneider

 

Zatrzymać antychrysta

Na fali niezaspokojonego populizmu i podejrzliwości wobec elit narodziła się Partia Herbaciana. Podobnie jak fundamentaliści religijni, zwolennicy tego ruchu chcą wykorzenić „heretyków” i nie tolerują ludzi o zmiennych poglądach. Wierzą w całkowitą nieomylność pisma – w tym wypadku konstytucji Stanów Zjednoczonych spisanej w 1787 r. Partia Herbaciana ma też swojego antychrysta – prezydenta Obamę – a jej kandydaci zostaną wybrani do Kongresu z misją zatrzymania jego polityki i cofnięcia jej tam, gdzie to tylko możliwe.

Prawicowy fundamentalizm polityczny nie jest w Ameryce niczym nowym, ale dotychczas jego erupcje towarzyszyły zawsze pojawieniu się nowych, charyzmatycznych postaci: Barry’ego Goldwatera i George’a Wallace’a w latach 60., Ronalda Reagana w latach 70., Rossa Perota i Pata Buchanana w latach 90. Tymczasem ludzie, którzy dziś usiłują stanąć na czele Partii Herbacianej – była gubernator Alaski Sarah Palin czy prawicowy komentator Glenn Beck – tak naprawdę nie kierują tym ruchem, tylko próbują go dogonić.

Konserwatywni fundamentaliści wypływają zawsze wtedy, gdy Partia Republikańska zawodzi swoich wyborców. Ruch Goldwatera zrodził się z rozczarowania rządami Dwighta Eisenhowera po 20-letniej dominacji demokratów. Ruch Reagana w latach 70. był pokłosiem nieudanych prezydentur Richarda Nixona i Geralda Forda. Podobnie Partia Herbaciana nie jest tylko reakcją na „grzechy” Obamy – to przede wszystkim owoc porażki rządów George’a Busha i rozrostu państwa za jego kadencji. Zapalnikiem było uchwalenie pakietów ratowania banków.

Dziś republikanie, radykałowie z Partii Herbacianej i większość wyborców łączą siły, by powiedzieć Obamie: „To nie działa”. Takie przesłania są częste w wyborach na półmetku kadencji. W 2006 r., gdy demokraci odbili Izbę Reprezentantów, wiadomość dla Busha brzmiała: „Wycofaj się z Iraku”. W 2002 r., gdy republikanie zdobyli przewagę po zamachu na WTC, wyborcy powiedzieli: „Silni i mylni biją słabych i słusznych”. W 1998 r., gdy sam Clinton stał wobec groźby impeachmentu, a demokraci mimo to zdobyli dodatkowe mandaty, hasło dla republikanów brzmiało: „Zostawcie Clintona w spokoju”.

Kto się boi Obamy

Listopadowe głosowanie zapowiada się na Wielkie Negatywne Wybory. W tym roku Amerykanie nie będą głosować na nic ani na nikogo – z pewnością nie na Partię Republikańską, która ma dziś gorszy wizerunek niż demokraci, a już na pewno nie na Partię Herbacianą, o której dobre zdanie ma tylko 20 proc. Amerykanów. Będą głosować przeciwko Kongresowi i przeciwko demokratom, bo ci w opinii wyborców nie wywiązują się z zadań partii rządzącej, w tym z najważniejszego, czyli odbudowy miejsc pracy utraconych w kryzysie.

Drugi powód prawdopodobnego zwycięstwa republikanów to wrodzona niechęć Amerykanów do rządów jednej partii. Nie podobało im się, gdy demokraci kontrolowali jednocześnie Biały Dom i Kongres na początku pierwszej kadencji Clintona. Nie podobała im się także druga kadencja Busha, gdy republikanie mieli z kolei pełnię władzy. Głosując na podzielone państwo – z demokratycznym prezydentem i przypuszczalnie republikańskim Kongresem – stawiają na umiar i kompromis. Zamiast tego czeka ich jednak paraliż.

Dla działaczy Partii Herbacianej współpraca z Obamą byłaby zdradą, dlatego będą naciskać przywództwo republikanów, by odcięło się od „niewiernych” i odrzuciło targi z antychrystem. Ale w Kongresie rządzą zawodowi politycy, a ci dopinają targów i uzgadniają kompromisy. Gdy fundamentaliści mówią, że chcą „zmienić Waszyngton”, chcą tak naprawdę pozbyć się polityki. Uważają, że jest z gruntu zepsuta, a zgoda na układy i kompromisy to dla nich poddanie ideałów. Republikanie są przeciwni państwu, ale nie polityce jako takiej.

Gdy republikanie przejęli Kongres w 1992 r., przez rok próbowali obstrukcji, aż odcięli finansowanie urzędom federalnym, co pomogło Clintonowi wygrać reelekcję. Potem nauczyli się z nim współpracować – popierali wiele reform, a nienawidzili za wartości, nazywając go „kochającym Elvisa, niezaciągającym się trawką, unikającym poboru, promującym gejów, broniącym aborcji kobieciarzem”. W przypadku Obamy sprzeciw dotyczy jego polityki – „rozdawniczych, antyrynkowych, przeciwprzedsiębiorczych, socjalistycznych reform”. Konserwatyści nie będą ich popierać.

Ale największym kłopotem Obamy może być to, że nikt się go nie boi. Każdy prezydent musi pokazać, że budzi strach – wedle zasady: „jeśli mi się przeciwstawisz, zapłacisz wysoką cenę”. Harry Truman wyrzucił gen. Douglasa MacArthura za niesubordynację podczas wojny koreańskiej. John Kennedy złamał lobby stalownicze, gdy to zagroziło podwyżką cen. Ronald Reagan zwolnił hurtem kontrolerów ruchu lotniczego, gdy ich strajk zagroził bezpieczeństwu. Bill Clinton zniszczył Newta Gingricha po odcięciu finansowania dla rządu federalnego.

Barack Obama nie miał jeszcze takiego momentu. Zwolnienie gen. Stanleya McChrystala dowiodło jego słabości, a nie siły – powodem nie był opór głównodowodzącego w Afganistanie, tylko naśmiewanie się z prezydenta przez asystentów generała. Obama nie wzbudza strachu i dlatego jego polityczni wrogowie z Partią Herbacianą na czele uważają, że mogą bezkarnie grać mu na nosie.

 

William Schneider jest starszym analitykiem politycznym CNN i autorytetem w dziedzinie amerykańskich kampanii wyborczych. Regularnie komentuje politykę partyjną, uczestniczy też w wieczorach wyborczych CNN. Oprócz dziennikarstwa zajmuje się działalnością naukową – jest badaczem waszyngtońskiego think tanku The Third Way i profesorem polityki na George Mason University. Wykładał także na Stanfordzie i Harvardzie, gdzie otrzymał doktorat. Publikował w „National Journal”, „Washington Post”, „Los Angeles Times” i „Atlantic Monthly”. Tekst powstał na zamówienie POLITYKI.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną