Gesty prezydenta Łukaszenki

Mińsk obiecuje
Na Białorusi nic nie dzieje się bez wiedzy, zgody i akceptacji prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

Póki prezydent nie dał sygnału, że możliwe jest zarejestrowanie więcej niż jednej organizacji polskiej mniejszości, bialoruskie Ministerstwo Sprawiedliwości w ogóle takiej ewentualności nie przewidywało. Istniał jeden Związek Polaków uznawany przez władzę, a wszystko i wszyscy, co poza nim byli nielegalni i prześladowani. Przez lata nic się nie zmieniało, tylko represje raz się wzmagały, to znów nieco folgowano związkowi, który uznawały z kolei polskie władze.

Ten drugi związek, którym od początku kierowała Andżelika Borys, a od lata br. przewodniczy mu Andżelika Orechwo właśnie usłyszał, że może wystąpić o rejestrację, pod warunkiem, że zmieni nazwę, nie będzie się zajmował polityką, poprawnie złoży wniosek i spełni warunki prawne. Co więcej, Łukaszenko powiedział, że związków może być więcej, właściwie dowolna ich liczba. Czy to jedynie przedwyborczy manewr, skierowany nie tyle do wyborców, także Polaków, ale przede wszystkim do zachodnich obserwatorów politycznej sytuacji na Białorusi, zwłaszcza Brukseli i Warszawy to się okaże niebawem. Prezydent swoją decyzję może zawsze cofnąć pod byle pretekstem, kiedy tylko wygra wybory. Pretekst może być polityczny lub finansowy, jak to się działo dotychczas. Ale gest jest gestem, warto go zauważyć i sprawdzać.

Inna rzecz, czy członkowie nieuznawanego przez władzę Związku Polaków podejmą próbę rejestracji. Wszak dobitnie podkreślali, że to oni są jedyną i właściwą organizacją Polaków. Czyli sprawa jest ambicjonalna. I pewnie będzie dużo sporów, jak węzeł rozwiązać. Prezydent Łukaszenka szansę dał, zawsze może użyć tego argumentu.

Druga zapowiedź Łukaszenki, że poleci szefom Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego sprawdzenie mińskich archiwów, czy nie zachowały się tam dokumenty nazywane katyńską listą białoruską, czyli spis nazwisk osób aresztowanych i zamordowanych przez NKWD po 17 września 1939 r. na kresach zajętych przez Armię Czerwoną, kobiet i mężczyzn, po których ślad zaginął. Na białoruskiej liście powinno się znajdować ok. 3870 nazwisk. Śladu tych osób przez lata szukały rodziny i osobiście Andrzej Przewoźnik, sekretarz ROPWiM, aż do swej śmierci 10 kwietnia w katastrofie Tu 154.

Katyń to sprawa Rosjan i Łukaszence całkiem jest na rękę złożyć dziś takie zobowiązanie. Białoruś, zwłaszcza teraz nie jest zainteresowana w ukrywaniu sowieckich dokumentów, jeśli zostały w mińskich archiwach KGB i nie zabrano ich w swoim czasie do Moskwy. Ale doświadczenie wskazuje, że wiele dokumentów zostało w terenie, i pewnie są tam do dziś, wystarczy jedynie chcieć dobrze poszukać.

Może przy tym Mińsk zyskać wiele, zwłaszcza w Polsce, a i w Brukseli przy okazji. Może również dotkliwie uszczypnąć Kreml, co jest nie lada rozkoszą. Z rachunku politycznego wynika, że tę obietnicę można traktować poważnie i że Łukaszenko postara się z niej wywiązać, jeśli nie prze wyborami to po reelekcji. Cokolwiek myślimy o białoruskiej demokracji, te dokumenty stanowią dla nas wartość nieocenioną.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną