Świat

Koniec tolerancji

RAPORT: Czy potrzebujemy imigrantów?

Paryż. Muzułmanscy imigranci modlą się na chodniku przed meczetem. Paryż. Muzułmanscy imigranci modlą się na chodniku przed meczetem. Corbis
W Holandii islamiści, we Francji przestępcy, w Niemczech darmozjady – imigranci stają się kozłami ofiarnymi Europy. Czy potrzebujemy więcej przyjezdnych? I czy potrafimy ich zintegrować? Te dylematy z całym dramatyzmem staną również przed Polską.
Thilo Sarrazin trafił w antyimigranckie nastroje w Niemczech - jego książka rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy.DPA/Forum Thilo Sarrazin trafił w antyimigranckie nastroje w Niemczech - jego książka rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy.
Eric Besson chce, by jego resort ds. imigracji był „maszyną do robienia dobrych Francuzów”. Na żonę wybrał Tunezyjkę Yasmine Tordjman.Philippe Wojazer/Reuters/Forum Eric Besson chce, by jego resort ds. imigracji był „maszyną do robienia dobrych Francuzów”. Na żonę wybrał Tunezyjkę Yasmine Tordjman.
Geert Wilders żąda ograniczenia wpływów islamu w Europie. Tu na wiecu w Nowym Jorku, 11 września 2010 r. protestując przeciwko budowie Islamskiego Centrum Kultury w pobliżu Strefy Zero.Bryan Smith/ZUMApress/BEW Geert Wilders żąda ograniczenia wpływów islamu w Europie. Tu na wiecu w Nowym Jorku, 11 września 2010 r. protestując przeciwko budowie Islamskiego Centrum Kultury w pobliżu Strefy Zero.

Artykuł w wersji audio

Imigranci są twarzą Europy. Wystarczy wyjść na ulicę dowolnej zachodniej stolicy, by zobaczyć wszystkie rasy świata, usłyszeć kilkaset języków, zasmakować kilkudziesięciu kuchni i kultur. Ale wystarczy też zajrzeć na zaplecze restauracji, przypatrzeć się śmieciarzom i robotnikom na budowie, by zobaczyć, że imigranci wykonują najbrudniejsze i najgorzej płatne prace. Wystarczy wreszcie otworzyć dowolną europejską gazetę, by dojść do wniosku, że są też jedynym naprawdę wspólnym problemem całego kontynentu: w Grecji szturmują wyspy, w Niemczech drenują państwo socjalne, we Francji napadają na policjantów, w Holandii grożą śmiercią krytykom islamu.

– Debata o imigracji rozmija się z rzeczywistością liczb – mówi Cris Beauchemin z Państwowego Instytutu Badań Demograficznych w Paryżu. Francja nie jest już krajem masowej imigracji – według ostatniego raportu OECD w 2008 r. wjechało do niej 167 tys. osób. W Niemczech, gdzie trwa właśnie burzliwa debata o imigrantach, saldo migracji jest od dwóch lat ujemne – więcej osób opuszcza Republikę Federalną, niż do niej przyjeżdża. Do Hiszpanii, która jeszcze trzy lata temu przyjęła 682 tys. imigrantów, rok później wjechało ich już tylko 391 tys. – spadek o 43 proc. Nawet w Grecji, najbardziej narażonej dziś na nielegalną imigrację z Afryki, liczba zatrzymanych podczas przeprawy przez Morze Śródziemne spadła od ubiegłego roku o 26 proc.

Europejczycy skarżą się na imigrację, ale źródłem niezadowolenia jest tak naprawdę integracja, czyli proces włączania przyjezdnych do europejskich społeczeństw, a bohaterami są ci, którzy przez lata włączyć się nie dali. W Paryżu imigrantem może być Francuz algierskiego pochodzenia, który kradnie samochody; w Berlinie nastoletnia Turczynka urodzona w Niemczech, której ojciec nie pozwala chodzić na basen z chłopcami; w Rotterdamie stary imam z Jemenu, wzywający do walki z niewiernymi. Poza wyobcowaniem łączy ich najczęściej bieda i brak perspektyw awansu. – Ta debata powinna dotyczyć nie tylko imigrantów, ale ludzi o słabym pochodzeniu socjoekonomicznym w ogóle – mówi Christal Morehouse, ekspert ds. migracji w Fundacji Bertelsmanna.

Na dyskusję o wydajności państw socjalnych jest już jednak za późno. Prezydent Francji urządza pokazowe wydalenia Romów, w Niemczech koalicjant żąda zamknięcia granic dla Arabów i Turków, a lider partii wspierającej rząd Holandii wnosi o delegalizację Koranu. Po dekadach tolerowania imigracji rozpoczyna się otwarty spór z przyjezdnymi. – Przy wszystkich wielkich migracjach powtarza się ten sam cykl unikania, segregacji, konfliktu i wreszcie akomodacji – mówi prof. Paul Scheffer, socjolog z Uniwersytetu Amsterdamskiego. Pierwsze dwa etapy Europa ma już za sobą, ostatnie dwa właśnie się zaczynają. Czy wielokulturowość poniosła porażkę? Czy da się zasymilować obcą nację? I czy Europę można pogodzić z islamem?

Ani multi, ani kulti

W rogowych oprawkach i tweedowej marynarce Thilo Sarrazin nie wygląda na wroga publicznego numer jeden. Na początku września 65-letni ekonomista wydał największy niemiecki bestseller polityczny od 1945 r. „Niemcy się likwidują” opowiada o tym, jak przybysze z krajów muzułmańskich kolonizują naszych sąsiadów wyższą stopą urodzeń, a ich niższa inteligencja i niechęć do edukacji skazują kraj na upadek. „Chcę, by moje wnuki i prawnuki za 100 lat mogły jeszcze żyć w Niemczech. Nie chcę, by ich kraj był w dużej części muzułmański, by na sporych obszarach mówiono po turecku i arabsku, by kobiety chodziły w chustach, a rytm dnia wyznaczał śpiew muezinów. By to przeżyć, mogę sobie kupić wycieczkę na Bliski Wschód” – napisał Sarrazin.

360-stronicową książkę można by przemilczeć, gdyby jej autor nie zasiadał w zarządzie niemieckiego banku centralnego. Czołowi politycy chórem potępili Sarrazina. Angela Merkel ogłosiła, że nie zamierza jej czytać, ale i tak myśli o niej jak najgorzej, szef SPD zapowiedział wyrzucenie prowokatora z partii. Ale prawdziwy szok przyszedł dopiero później: Niemcy z lewa i prawa powitali tezy Sarrazina oklaskami, jego książka rozeszła się w ponadmilionowym nakładzie, bilety na wieczory autorskie sprzedały się na pniu. Nawet Sarrazin przyznał, że niepokoi go ta nagła popularność.

20 proc. Niemców jest gotowych głosować na jego partię, gdyby powstała. Według badań fundacji Friedricha Eberta z początku roku, w Niemczech rośnie ksenofobia i wrogość wobec islamu: jedna trzecia Niemców czuje, że ich kraj jest najeżdżany przez imigrantów, ponad połowa popiera ograniczenie praw religijnych muzułmanów. Sarrazin zerwał jedynie tamę poprawności wokół imigracji: ledwo ustąpił z posady w Bundesbanku, chadecy wciągnęli jego hasła na własne sztandary. Na fali popłynął zwłaszcza Horst Seehofer, lider arcykonserwatywnej CSU z Bawarii. „Niemcy nie są krajem imigracyjnym” – ogłosił, dodając, że „nie potrzebujemy więcej przybyszów z innych kręgów kulturowych”. Na myśli miał Turków i Arabów.

Przez 20 lat elity polityczne kładły Niemcom do głów coś przeciwnego: kraj potrzebuje imigracji, a radosna symbioza nacji, religii i obyczajów zamieni Niemcy w wielokulturowy raj. Sen się jednak nie spełnił. W polityce wielokulturowość stała się wymówką, by nie prowadzić aktywnej integracji, w życiu prywatnym – by unikać kontaktu z przyjezdnymi. Niemcy pozwolili im założyć „społeczeństwa równoległe”, bo sami woleli żyć dalej we własnym, pielęgnując niemiecką „kulturę przewodnią”. W październiku głos w debacie rozpętanej przez Sarrazina zabrała Angela Merkel: „Pomysł, że zrobimy tu sobie multi-kulti, będziemy żyć obok siebie i nawzajem się sobą cieszyć, okazał się porażką. Całkowitą porażką!”.

W kraju wieprzojadów

Gdy Niemiec skarży się na imigrantów, na myśli ma Turków. Są nie tylko najliczniejszą grupą imigrancką (3 mln osób w 82-milionowym państwie), ale także najbardziej odporną na asymilację. Żyją w tureckich dzielnicach, pielęgnują tureckie obyczaje i wzorce społeczne, pracują w firmach prowadzonych przez Turków, wielu mówi wyłącznie po turecku. Małżeństwa też zawierają w obrębie własnej nacji, coraz częściej z kobietami przyjeżdżającymi w tym celu z Turcji. Ponad połowa niemieckich Turków urodziła się w Niemczech, ale dwie trzecie ma turecki paszport. Dopiero od 2000 r. Republika Federalna oferuje obywatelstwo wszystkim dzieciom urodzonym w jej granicach.

Turcy nie mieli szansy się zintegrować, bo Niemcy przez dziesięciolecia wypierali fakt, że mają w ogóle imigrację. Przybyszów z zagranicy nazywano gastarbeiterami, pracownikami gościnnymi, którzy z założenia nie mieli osiedlać się w Niemczech na stałe. Państwo przez 50 lat karmiło nimi gospodarkę, jednocześnie podtrzymując iluzję, że goście niebawem wyjadą. Masowy nabór skończył się wraz z pierwszym powojennym kryzysem w 1973 r., stworzono nawet zachęty do powrotu, ale Turcy, już wtedy najliczniejsza nacja wśród gastarbeiterów, nie chcieli wracać. Zamiast tego zaczęli masowo sprowadzać do Niemiec żony i dzieci. Przyjazdy za pracą ustąpiły łączeniu rodzin, a utratę kontroli nad imigracją przykryto retoryką multi-kulti.

Jej fiasko Merkel mogła ogłosić już cztery lata temu, gdy wybuchł skandal wokół berlińskiej szkoły Rütli. W liście do władz miasta nauczyciele zażądali interwencji, bo nie byli w stanie poradzić sobie z przemocą wśród uczniów. Bijatyki były na porządku dziennym, podobnie jak groźby pod adresem nauczycieli. Szkołę, położoną w środku imigranckiej dzielnicy Neukölln, ogarnął konflikt między młodymi Arabami (35 proc. uczniów) a Turkami (25 proc.). Doszło do tego, że Niemcy (17 proc.), przezywani przez muzułmańską większość „wieprzojadami”, dla niepoznaki mówili łamaną niemczyzną. Szkołę zamknięto, ale podłoże problemów nie znikło: 60 proc. imigrantów z Neukölln żyje z zasiłków, 36 proc. nie ma pracy.

Takich dzielnic będzie w niemieckich miastach więcej. Jak dowodzą ubiegłoroczne badania Berlińskiego Instytutu ds. Ludności i Rozwoju, Turcy mają nie tylko najniższy wskaźnik asymilacji spośród imigrantów, ale także najgorsze wykształcenie i najwyższe bezrobocie młodych. Z takim przygotowaniem nie będą atutem dla gospodarki, tylko kolejnym obciążeniem dla systemów socjalnych. Niemcy powoli zdają sobie sprawę, że 50 lat unikania imigrantów i zaniedbywania integracji zaowocowało nie tylko wyobcowaniem po obu stronach, ale też powstaniem skupisk biedy i wykluczenia. Teraz boją się, że na tym gruncie wyrośnie radykalizm religijny – jak w Mönchengladbach, gdzie salafici urządzają uliczne modły i próbują otworzyć islamistyczną szkołę.

Fabryka dobrych Francuzów

Eric Besson urodził się w Maroku. Jego matka była z pochodzenia Libanką, ojciec, francuski pilot wojskowy, zginął w wypadku przed jego narodzinami. Matka Erica wyszła za przedsiębiorcę z Egiptu, syn zrobił maturę w Casablance, w wieku 17 lat przyjechał do Francji. Poszedł do dobrych szkół, rozpoczął karierę polityczną, trzy lata temu był wschodzącą gwiazdą francuskiej Partii Socjalistycznej, napisał nawet zgryźliwy pamflet na Nicolasa Sarkozy’ego. Tuż przed wyborami skłócił się jednak z kandydatką lewicy, a przed drugą turą nieoczekiwanie poparł Sarkozy’ego. Rok temu został ministrem ds. imigracji, integracji i tożsamości narodowej w prawicowym rządzie.

Już utworzenie ministerstwa w 2007 r. wzbudziło protesty – łączenie imigracji z tożsamością wyglądało na jawną grę na francuskiej ksenofobii. Pierwszy szef resortu Brice Hortefeux na dobry początek wydalił 20 tys. nielegalnych imigrantów, rozważał też wprowadzenie testów na ojcostwo dla legalnie przybyłych, którzy chcą sprowadzić dzieci do Francji. Jego następca Besson wprowadził coś lepszego: możliwość odbierania obywatelstwa imigrantom, którzy w ciągu 10 lat od naturalizacji dopuszczą się napaści na policjanta. Były socjalista wyznał niedawno, że byłby szczęśliwy, gdyby jego resort stał się „maszyną do robienia dobrych Francuzów”. Sam minister przystąpił do dzieła – w wieku 52 lat ożenił się z 24-letnią Tunezyjką.

Tzw. prawo Bessona to już piąta ustawa dotycząca imigrantów, jaką uchwalono, od kiedy Sarkozy został w 2002 r. szefem MSW. Dziś mało kto o tym pamięta, ale jednym z jego pierwszych posunięć była likwidacja obozu w Sangatte, z którego nielegalni imigranci uciekali do tunelu pod kanałem La Manche, a tamtędy do Wielkiej Brytanii. Sarkozy nie bez powodu uczynił walkę z imigracją swoim priorytetem – pół roku wcześniej lider skrajnej prawicy Jean-Marie Le Pen wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich, zdobywając w niej 17 proc. poparcia. Szybko zrozumiał, że głosy antyimigranckie to dla centroprawicy nie tylko zagrożenie, ale i szansa na poszerzenie bazy wyborczej. By ją zdobyć, systematycznie zaostrzał prawo imigracyjne.

Inaczej niż w Niemczech, we Francji wygrażanie obcokrajowcom ma długą tradycję. Zaczął Le Pen jeszcze w latach 70., ale od antyimigranckiej retoryki nie stronili nawet socjaliści – François Mitterrand zasłynął stwierdzeniem, że „tolerancja ma swoje granice”. W 1993 r. szef MSW Charles Pasqua zarządził politykę „zera imigracji” – tak zaczęła się walka z sans-papiers, nielegalnymi, podchwycona dekadę później przez Sarkozy’ego i rozciągnięta na młodocianych przestępców z imigranckich przedmieść. To on w 2005 r. ogłosił, że trzeba je „wyczyścić Kärcherem”, co podgrzało atmosferę przed wybuchem późniejszych zamieszek. Rozprawa z „hołotą” utorowała mu drogę do Pałacu Elizejskiego.

 

 

Wolność bez równości

Francuzi sprowadzali robotników z zagranicy już od połowy XIX w. – najpierw z biedniejszych krajów Europy, po wojnie również z dawnych kolonii w Afryce. Republikański model integracji do dziś nakazuje, by każdy przyjezdny został Francuzem – jeszcze w 1889 r. wprowadzono droit du sol, obywatelstwo dla wszystkich dzieci urodzonych we Francji, niezależnie od pochodzenia rodziców. Wolność nie szła w parze z równością, ale w kolonialnej Francji imigranci wiedzieli, gdzie ich miejsce, a w postkolonialnej umieli docenić gest, na jaki nie było stać większości państw europejskich. Wraz z Sarkozym czasy się jednak zmieniły: republika przestała zachowywać pozory równego traktowania, a samych imigrantów zaczęła dzielić na lepszych i gorszych.

Z jednej strony francuski system edukacji ułatwił wielu przyjezdnym awans społeczny – wśród imigrantów z Maghrebu znajomość francuskiego jest powszechna, a poziom wykształcenia dość zbliżony do przeciętnego we Francji i stale rośnie. Z drugiej strony polityka osiedlania przyjezdnych w blokowiskach skazała tych mniej zaradnych na zamknięcie w gettach – ci lepiej zasymilowani zaczęli wynosić się z przedmieść, a na ich miejsce weszli sans-papiers, legalizowani w masowych naturalizacjach od początku lat 80. W rezultacie duża część imigrantów dołączyła do społeczeństwa, ale przedmieścia stały się siedliskami przestępczości i beznadziei, którymi zarządza się dzisiaj przy pomocy zmasowanych sił policji.

Gdy Besson mówi o „dobrych” Francuzach, sugeruje, że ci z przedmieść są niegodni obywatelstwa. Daje też do zrozumienia, że ciężką pracą każdy może we Francji osiągnąć wszystko. A tak nie jest. Francuz pochodzący z Algierii ponosi prawie trzykrotnie wyższe ryzyko bezrobocia niż urodzony we Francji o tych samych kwalifikacjach, wieku i płci. Dyskryminacja utrzymuje się również w drugim pokoleniu: dzieci Algierczyków mają o połowę mniejsze szanse na znalezienie pracy. I największa plama na honorze Republiki: 58 proc. imigrantów i 37 proc. ich potomków ma poczucie, że inni nie uznają ich za Francuzów. – Ludzie, którzy są obywatelami Francji, urodzili się w niej i dorastali, czują się wykluczeni – mówi demograf Cris Beauchemin.

Retoryka antyimigrancka ostatnich lat usankcjonowała rasizm. Pracodawcy rutynowo odrzucają podania o zatrudnienie od osób z arabskimi nazwiskami, zdarza się, że każą pracownikom używać innego imienia. Ostra rozprawa z Romami miała wyraźny podtekst rasistowski – urządzając deportacje, władze potraktowały ich tak samo jak nielegalnych imigrantów z czarnej Afryki, choć Romowie są obywatelami Unii i jako tacy mają pełne prawo przyjeżdżać do Francji. Przez trzy lata rządów Sarkozy kazał zlikwidować kilkaset romskich obozowisk i kilka miasteczek sans-papiers, ale obiecany w 2007 r. „plan Marshalla dla przedmieść” skończył się na budowie wielkiego komisariatu w Clichy-sous-Bois.

Precz z islamem

Geert Wilders żyje pod stałą ochroną policji, mieszka w pilnie strzeżonym kompleksie rządowym, z żoną widuje się raz na tydzień. 47-letni przywódca Partii Wolności jest najostrzejszym krytykiem islamu w Europie: porównuje go do faszyzmu, stawia Koran na równi z „Mein Kampf”. W 2007 r. pokazał film „Fitna”, w którym zestawił sury świętej księgi z obrazami rzezi po zamachach w USA i Europie. Oskarżono go o podżeganie do nienawiści religijnej, ale pod koniec października proces rozsypał się w atmosferze skandalu sądowego. Tymczasem Wilders podarował Holandii nowy rząd: to dzięki jego poparciu przeszło wotum zaufania do gabinetu Marka Ruttego. W czerwcowych wyborach Partia Wolności zebrała 15,5 proc. głosów, dziś jest trzecią siłą w parlamencie.

Tleniony blondyn nie zasiada w rządzie, ale i tak jest bardziej znany od premiera. To z powodu Wildersa Merkel i Sarkozy zaostrzają kurs wobec imigrantów – boją się jego naśladowców we własnych krajach, antyislamskich populistów, gotowych wzniecić otwarty konflikt między przyjezdnymi a miejscowymi, a przy okazji odebrać głosy tradycyjnym partiom konserwatywnym. W innych krajach to się już stało: we Włoszech Umberto Bossi od lat zasiada w rządzie, w Danii Pia Kjćrsgaard wspiera koalicję na podobnej zasadzie jak Wilders, nie mówiąc już o krajach z długą tradycją skrajnej prawicy. W połowie września dołączyła Szwecja: na hasłach antyislamskich do parlamentu weszła tam partia Szwedzkich Demokratów z Jimmiem Ĺkessonem na czele.

Wilders i spółka nie chcą być kojarzeni ze skrajną prawicą. W walce z islamem nie powołują się na naród i chrześcijaństwo, tylko na republikę i oświecenie. Nie zwalczają muzułmanów (co byłoby karalne), tylko sam islam, i nie jako religię (co również byłoby karalne), tylko ideologię gwałcącą zachodnie wartości i sposób życia. Nowi populiści rozsadzają też prawicowy amalgamat łączący ksenofobię z tradycjonalizmem i antysemityzmem: z jednej strony Wilders żąda opodatkowania muzułmanek noszących chusty, z drugiej żarliwie popiera małżeństwa homoseksualne. Podczas gdy Le Pen wciąż uważa Holocaust za detal historii, on głosi bezgraniczny podziw i poparcie dla Izraela.

Ale dlaczego antyislamski polityk robi największą karierę akurat w tolerancyjnej Holandii? Może dlatego, że Holendrzy jako jedyni na kontynencie zrealizowali ideał wielokulturowości i nie żyją już mrzonką integracji. Holandia od lat 80. z rozmysłem łożyła na emancypację mniejszości etnicznych, zapewniła im ochronę prawną przed dyskryminacją, dostęp do mediów publicznych i prawo zakładania szkół, w tym także muzułmańskich. Płaciła nawet za naukę języków ojczystych w szkołach. Ale pod koniec lat 90., gdy cała Europa chciała być już wielokulturowa, sami Holendrzy zaczęli podważać swój model. W 2000 r. Paul Scheffer napisał esej „Dramat wielokulturowości”, w którym pytał o sens holenderskiej integracji w obliczu ubóstwa i wykluczenia imigrantów.

Spór nieobojętnych

Pokój społeczny skończył się w 2004 r., gdy Holender marokańskiego pochodzenia zastrzelił reżysera Theo van Gogha, otwarcie krytykującego islam za gnębienie kobiet. Van Gogh pracował akurat nad filmem o prawicowym populiście Pimie Fortuynie, zabitym dwa lata wcześniej przez rodowitego Holendera – jak sam powiedział – „w obronie słabszych grup społecznych” i „przeciwko wykorzystywaniu imigrantów jako kozłów ofiarnych”. Skutek obu zabójstw był dokładnie odwrotny: nową gwiazdą polityki została współpracowniczka van Gogha Ayaan Hirsi Ali, piętnująca tolerancję jako wyraz tchórzostwa Zachodu w obejściu z islamem. W 2007 r. schedę po Fortuynie i van Goghu przejął Geert Wilders.

Upudrowaną wielokulturowość zastąpił żywy konflikt o miejsce islamu w postępowym społeczeństwie. Scheffer nie widzi jednak dramatu: – Nie wyobrażam sobie ważnej zmiany społecznej, która odbywałaby się bez konfliktu. On nam uświadamia różnice. Dzięki tej debacie w życie polityczne włączyli się sami imigranci, o czym świadczy choćby wybór urodzonego w Maroku Ahmeda Aboutaleba na mera Rotterdamu. – Odeszliśmy od tolerancji rozumianej jako obojętność i zaczęliśmy szczerą rozmowę o problemach, jakie przyniosła imigracja – mówi Scheffer. Rosnąca popularność Wildersa skłania też muzułmanów do szukania kompromisu z partiami głównego nurtu.

We Francji i Niemczech czołowe partie wciąż boją się wojny religijnej. Prezydent Niemiec, chcąc odciąć się od tez Sarrazina, w przemówieniu na 20-lecie zjednoczenia ogłosił, że „islam też jest częścią Niemiec”, a on sam „prezydentem także niemieckich muzułmanów”. Dwie trzecie Niemców nie zgodziło się z jego zdaniem, a Merkel wyjaśniała dzień później, że najwyższym prawem Republiki Federalnej pozostaje konstytucja, nie szariat. Laicka Francja poszła w drugą stronę: zakaz noszenia chust w urzędach państwowych rozciągnięto niedawno na całą przestrzeń publiczną. Szwajcarzy rok temu zakazali budowy minaretów. Próby udomowiania i rugowania islamu kończą się tym samym: narastaniem złych emocji, tyle że po różnych stronach.

Holendrzy już wiedzą, że do integracji imigrantów nie prowadzi ani wielokulturowość, ani asymilacja – nie wystarczy uszanować czyjejś odrębności ani zażądać przyjęcia innej tożsamości, by uczynić obcego jednym ze swoich. Nawet jeśli przyjmie miejscową kulturę i styl życia, jego wartości i normy pozostaną odrębne. Gdy ich nośnikiem jest religia, w tym wypadku islam, Niemiec i Francuz zasłania się republiką, choć tak naprawdę powołuje się na chrześcijańskie korzenie i narodowy charakter swojego państwa. Holendrzy, których państwo zrodziło się z kompromisu między religiami i narodami, poszli dalej – szukają dziś gruntu pod tzw. dzielone obywatelstwo, które odpowiadałoby zarówno rodowitym, jak i przyjezdnym Holendrom.

Nowi Europejczycy

Ludność Unii przekroczyła w tym roku pół miliarda osób. Europejscy przywódcy wyjątkowo nie chwalili się tym osiągnięciem, bo musieliby przyznać, że jest ono zasługą imigrantów. Już prawie od dekady imigracja zapewnia 80 proc. corocznego wzrostu populacji Unii, przyrost naturalny tylko 20 proc., a i on jest w coraz większej mierze zasługą imigrantów. W Niemczech jedna trzecia dzieci rodzi się dziś w rodzinach pochodzenia migracyjnego, co piąty Francuz ma co najmniej jednego dziadka imigranta. A to oznacza, że postulat zatrzymywania imigracji w celu obrony rzekomej jednorodności Europy jest bezprzedmiotowy: nawet gdyby jutro zamknąć granice, populacja pochodzenia migracyjnego i tak będzie rosła. Ale tego antyislamscy politycy już nie mówią.

Nie mówią też o tym, że większość przyjezdnych próbuje się integrować, nie łamie prawa, płaci podatki, a przede wszystkim wykonuje prace, których Francuzi, Niemcy i Holendrzy wykonywać już nie chcą. Owszem, żyją tu lepiej niż w swoich krajach, ale dzięki temu, że zajęli najniższy szczebel hierarchii społeczno-ekonomicznej, rodowici Europejczycy mogli wspiąć się wyżej. Choćby z tego powodu są już częścią europejskich społeczeństw, a odmawianie im prawa do awansu pod pretekstem innej religii jest niesprawiedliwe. Niemcy i Francuzi już przeczuwają, że imigrantów nie da się dłużej ignorować ani segregować, ale strach przed zmianą układu sił jest zbyt silny, by nową formułę współistnienia dało się wypracować w dialogu.

Jeśli Holendrzy są prekursorami w dziedzinie integracji, to Europę czeka najpierw konflikt o islam. Nie nowe krucjaty, nie pełzająca islamizacja, tylko otwarty spór o miejsce drugiej religii świata w Europie. Odraczanie tej dyskusji utrwala wykluczenie dużej grupy ludzi, poza tym grozi uznaniem tej religii na znacznie szerszych prawach, gdy stosunki demograficzne w Europie się odwrócą. Czy integrując islam, stary kontynent straci swoją tożsamość? Wręcz przeciwnie: – Istotą Europy jest rozdział Kościoła od państwa. Jeśli osiągniemy stan, w którym wyznawcy chrześcijaństwa, judaizmu i islamu będą żyć w pokoju ze sobą i obok niewierzących, znajdziemy się bliżej ideału Europy niż dzisiaj – uważa Paul Scheffer. – Integracja dopiero się zaczyna.

Od jej powodzenia zależy nie tylko pokój społeczny, ale i dobrobyt, Europa jest bowiem skazana na przyjmowanie kolejnych pokoleń imigrantów. Dzieci z tych poprzednich są wprawdzie liczne, ale nie dość wykształcone, by zapełnić lukę na rynku pracy po spadku dzietności rodowitych Europejczyków. Dziś ci lepiej wykształceni i bardziej przedsiębiorczy migranci wybierają Stany Zjednoczone, w najlepszym razie Wielką Brytanię, bo tam mają otwarte ścieżki awansu. Europa kontynentalna, ze swoimi rozbudowanymi państwami opiekuńczymi i protekcjonalnym stosunkiem do imigrantów, przyciąga siłą rzeczy tych biedniejszych i mniej zaradnych. Niemcy, Francja i Holandia usiłują dziś przestroić swoją politykę imigracyjną, by odwrócić te proporcje.

Polska nie uniknie tych samych wyzwań. Dziś sami jesteśmy jeszcze migrantami (Polacy są po Chińczykach drugą najliczniej migrującą nacją do państw OECD), ale jako kraj graniczny Unii będziemy zmagać się z rosnącą imigracją nielegalną, a dobrobyt przyciągnie znacznie więcej legalnych imigrantów. Pokazuje to przykład Czech, które przyjmują już tyle samo przyjezdnych co Szwecja (74 tys. w 2008 r.). Nasza jednorodność etniczna i kulturowa naraża nas na powtórzenie błędów Niemiec, z kolei silna tożsamość narodowa może zaowocować podobnymi problemami co we Francji. Tym ważniejsze, by imigracją od początku świadomie kierować, w integracji zaś stawiać na długofalową skuteczność, a nie doraźne doktrynerstwo.

Polityka 47.2010 (2783) z dnia 20.11.2010; Raport; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Koniec tolerancji"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Kraj

Marian Turski: Auschwitz nie spadło z nieba

Nie bądźcie obojętni – apelował Marian Turski. Były więzień Auschwitz, nasz redakcyjny kolega, wziął udział w uroczystościach z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau.

Marian Turski
27.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną