RAPORT: Czy potrzebujemy imigrantów?

Koniec tolerancji
W Holandii islamiści, we Francji przestępcy, w Niemczech darmozjady – imigranci stają się kozłami ofiarnymi Europy. Czy potrzebujemy więcej przyjezdnych? I czy potrafimy ich zintegrować? Te dylematy z całym dramatyzmem staną również przed Polską.
Paryż. Muzułmanscy imigranci modlą się na chodniku przed meczetem.
Corbis

Paryż. Muzułmanscy imigranci modlą się na chodniku przed meczetem.

Thilo Sarrazin trafił w antyimigranckie nastroje w Niemczech - jego książka rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy.
DPA/Forum

Thilo Sarrazin trafił w antyimigranckie nastroje w Niemczech - jego książka rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy.

Eric Besson chce, by jego resort ds. imigracji był „maszyną do robienia dobrych Francuzów”. Na żonę wybrał Tunezyjkę Yasmine Tordjman.
Philippe Wojazer/Reuters/Forum

Eric Besson chce, by jego resort ds. imigracji był „maszyną do robienia dobrych Francuzów”. Na żonę wybrał Tunezyjkę Yasmine Tordjman.

Geert Wilders żąda ograniczenia wpływów islamu w Europie. Tu na wiecu w Nowym Jorku, 11 września 2010 r. protestując przeciwko budowie Islamskiego Centrum Kultury w pobliżu Strefy Zero.
Bryan Smith/ZUMApress/BEW

Geert Wilders żąda ograniczenia wpływów islamu w Europie. Tu na wiecu w Nowym Jorku, 11 września 2010 r. protestując przeciwko budowie Islamskiego Centrum Kultury w pobliżu Strefy Zero.

Imigranci są twarzą Europy. Wystarczy wyjść na ulicę dowolnej zachodniej stolicy, by zobaczyć wszystkie rasy świata, usłyszeć kilkaset języków, zasmakować kilkudziesięciu kuchni i kultur. Ale wystarczy też zajrzeć na zaplecze restauracji, przypatrzeć się śmieciarzom i robotnikom na budowie, by zobaczyć, że imigranci wykonują najbrudniejsze i najgorzej płatne prace. Wystarczy wreszcie otworzyć dowolną europejską gazetę, by dojść do wniosku, że są też jedynym naprawdę wspólnym problemem całego kontynentu: w Grecji szturmują wyspy, w Niemczech drenują państwo socjalne, we Francji napadają na policjantów, w Holandii grożą śmiercią krytykom islamu.

– Debata o imigracji rozmija się z rzeczywistością liczb – mówi Cris Beauchemin z Państwowego Instytutu Badań Demograficznych w Paryżu. Francja nie jest już krajem masowej imigracji – według ostatniego raportu OECD w 2008 r. wjechało do niej 167 tys. osób. W Niemczech, gdzie trwa właśnie burzliwa debata o imigrantach, saldo migracji jest od dwóch lat ujemne – więcej osób opuszcza Republikę Federalną, niż do niej przyjeżdża. Do Hiszpanii, która jeszcze trzy lata temu przyjęła 682 tys. imigrantów, rok później wjechało ich już tylko 391 tys. – spadek o 43 proc. Nawet w Grecji, najbardziej narażonej dziś na nielegalną imigrację z Afryki, liczba zatrzymanych podczas przeprawy przez Morze Śródziemne spadła od ubiegłego roku o 26 proc.

Europejczycy skarżą się na imigrację, ale źródłem niezadowolenia jest tak naprawdę integracja, czyli proces włączania przyjezdnych do europejskich społeczeństw, a bohaterami są ci, którzy przez lata włączyć się nie dali. W Paryżu imigrantem może być Francuz algierskiego pochodzenia, który kradnie samochody; w Berlinie nastoletnia Turczynka urodzona w Niemczech, której ojciec nie pozwala chodzić na basen z chłopcami; w Rotterdamie stary imam z Jemenu, wzywający do walki z niewiernymi. Poza wyobcowaniem łączy ich najczęściej bieda i brak perspektyw awansu. – Ta debata powinna dotyczyć nie tylko imigrantów, ale ludzi o słabym pochodzeniu socjoekonomicznym w ogóle – mówi Christal Morehouse, ekspert ds. migracji w Fundacji Bertelsmanna.

Na dyskusję o wydajności państw socjalnych jest już jednak za późno. Prezydent Francji urządza pokazowe wydalenia Romów, w Niemczech koalicjant żąda zamknięcia granic dla Arabów i Turków, a lider partii wspierającej rząd Holandii wnosi o delegalizację Koranu. Po dekadach tolerowania imigracji rozpoczyna się otwarty spór z przyjezdnymi. – Przy wszystkich wielkich migracjach powtarza się ten sam cykl unikania, segregacji, konfliktu i wreszcie akomodacji – mówi prof. Paul Scheffer, socjolog z Uniwersytetu Amsterdamskiego. Pierwsze dwa etapy Europa ma już za sobą, ostatnie dwa właśnie się zaczynają. Czy wielokulturowość poniosła porażkę? Czy da się zasymilować obcą nację? I czy Europę można pogodzić z islamem?

Ani multi, ani kulti

W rogowych oprawkach i tweedowej marynarce Thilo Sarrazin nie wygląda na wroga publicznego numer jeden. Na początku września 65-letni ekonomista wydał największy niemiecki bestseller polityczny od 1945 r. „Niemcy się likwidują” opowiada o tym, jak przybysze z krajów muzułmańskich kolonizują naszych sąsiadów wyższą stopą urodzeń, a ich niższa inteligencja i niechęć do edukacji skazują kraj na upadek. „Chcę, by moje wnuki i prawnuki za 100 lat mogły jeszcze żyć w Niemczech. Nie chcę, by ich kraj był w dużej części muzułmański, by na sporych obszarach mówiono po turecku i arabsku, by kobiety chodziły w chustach, a rytm dnia wyznaczał śpiew muezinów. By to przeżyć, mogę sobie kupić wycieczkę na Bliski Wschód” – napisał Sarrazin.

360-stronicową książkę można by przemilczeć, gdyby jej autor nie zasiadał w zarządzie niemieckiego banku centralnego. Czołowi politycy chórem potępili Sarrazina. Angela Merkel ogłosiła, że nie zamierza jej czytać, ale i tak myśli o niej jak najgorzej, szef SPD zapowiedział wyrzucenie prowokatora z partii. Ale prawdziwy szok przyszedł dopiero później: Niemcy z lewa i prawa powitali tezy Sarrazina oklaskami, jego książka rozeszła się w ponadmilionowym nakładzie, bilety na wieczory autorskie sprzedały się na pniu. Nawet Sarrazin przyznał, że niepokoi go ta nagła popularność.

20 proc. Niemców jest gotowych głosować na jego partię, gdyby powstała. Według badań fundacji Friedricha Eberta z początku roku, w Niemczech rośnie ksenofobia i wrogość wobec islamu: jedna trzecia Niemców czuje, że ich kraj jest najeżdżany przez imigrantów, ponad połowa popiera ograniczenie praw religijnych muzułmanów. Sarrazin zerwał jedynie tamę poprawności wokół imigracji: ledwo ustąpił z posady w Bundesbanku, chadecy wciągnęli jego hasła na własne sztandary. Na fali popłynął zwłaszcza Horst Seehofer, lider arcykonserwatywnej CSU z Bawarii. „Niemcy nie są krajem imigracyjnym” – ogłosił, dodając, że „nie potrzebujemy więcej przybyszów z innych kręgów kulturowych”. Na myśli miał Turków i Arabów.

Przez 20 lat elity polityczne kładły Niemcom do głów coś przeciwnego: kraj potrzebuje imigracji, a radosna symbioza nacji, religii i obyczajów zamieni Niemcy w wielokulturowy raj. Sen się jednak nie spełnił. W polityce wielokulturowość stała się wymówką, by nie prowadzić aktywnej integracji, w życiu prywatnym – by unikać kontaktu z przyjezdnymi. Niemcy pozwolili im założyć „społeczeństwa równoległe”, bo sami woleli żyć dalej we własnym, pielęgnując niemiecką „kulturę przewodnią”. W październiku głos w debacie rozpętanej przez Sarrazina zabrała Angela Merkel: „Pomysł, że zrobimy tu sobie multi-kulti, będziemy żyć obok siebie i nawzajem się sobą cieszyć, okazał się porażką. Całkowitą porażką!”.

W kraju wieprzojadów

Gdy Niemiec skarży się na imigrantów, na myśli ma Turków. Są nie tylko najliczniejszą grupą imigrancką (3 mln osób w 82-milionowym państwie), ale także najbardziej odporną na asymilację. Żyją w tureckich dzielnicach, pielęgnują tureckie obyczaje i wzorce społeczne, pracują w firmach prowadzonych przez Turków, wielu mówi wyłącznie po turecku. Małżeństwa też zawierają w obrębie własnej nacji, coraz częściej z kobietami przyjeżdżającymi w tym celu z Turcji. Ponad połowa niemieckich Turków urodziła się w Niemczech, ale dwie trzecie ma turecki paszport. Dopiero od 2000 r. Republika Federalna oferuje obywatelstwo wszystkim dzieciom urodzonym w jej granicach.

Turcy nie mieli szansy się zintegrować, bo Niemcy przez dziesięciolecia wypierali fakt, że mają w ogóle imigrację. Przybyszów z zagranicy nazywano gastarbeiterami, pracownikami gościnnymi, którzy z założenia nie mieli osiedlać się w Niemczech na stałe. Państwo przez 50 lat karmiło nimi gospodarkę, jednocześnie podtrzymując iluzję, że goście niebawem wyjadą. Masowy nabór skończył się wraz z pierwszym powojennym kryzysem w 1973 r., stworzono nawet zachęty do powrotu, ale Turcy, już wtedy najliczniejsza nacja wśród gastarbeiterów, nie chcieli wracać. Zamiast tego zaczęli masowo sprowadzać do Niemiec żony i dzieci. Przyjazdy za pracą ustąpiły łączeniu rodzin, a utratę kontroli nad imigracją przykryto retoryką multi-kulti.

Jej fiasko Merkel mogła ogłosić już cztery lata temu, gdy wybuchł skandal wokół berlińskiej szkoły Rütli. W liście do władz miasta nauczyciele zażądali interwencji, bo nie byli w stanie poradzić sobie z przemocą wśród uczniów. Bijatyki były na porządku dziennym, podobnie jak groźby pod adresem nauczycieli. Szkołę, położoną w środku imigranckiej dzielnicy Neukölln, ogarnął konflikt między młodymi Arabami (35 proc. uczniów) a Turkami (25 proc.). Doszło do tego, że Niemcy (17 proc.), przezywani przez muzułmańską większość „wieprzojadami”, dla niepoznaki mówili łamaną niemczyzną. Szkołę zamknięto, ale podłoże problemów nie znikło: 60 proc. imigrantów z Neukölln żyje z zasiłków, 36 proc. nie ma pracy.

Takich dzielnic będzie w niemieckich miastach więcej. Jak dowodzą ubiegłoroczne badania Berlińskiego Instytutu ds. Ludności i Rozwoju, Turcy mają nie tylko najniższy wskaźnik asymilacji spośród imigrantów, ale także najgorsze wykształcenie i najwyższe bezrobocie młodych. Z takim przygotowaniem nie będą atutem dla gospodarki, tylko kolejnym obciążeniem dla systemów socjalnych. Niemcy powoli zdają sobie sprawę, że 50 lat unikania imigrantów i zaniedbywania integracji zaowocowało nie tylko wyobcowaniem po obu stronach, ale też powstaniem skupisk biedy i wykluczenia. Teraz boją się, że na tym gruncie wyrośnie radykalizm religijny – jak w Mönchengladbach, gdzie salafici urządzają uliczne modły i próbują otworzyć islamistyczną szkołę.

Fabryka dobrych Francuzów

Eric Besson urodził się w Maroku. Jego matka była z pochodzenia Libanką, ojciec, francuski pilot wojskowy, zginął w wypadku przed jego narodzinami. Matka Erica wyszła za przedsiębiorcę z Egiptu, syn zrobił maturę w Casablance, w wieku 17 lat przyjechał do Francji. Poszedł do dobrych szkół, rozpoczął karierę polityczną, trzy lata temu był wschodzącą gwiazdą francuskiej Partii Socjalistycznej, napisał nawet zgryźliwy pamflet na Nicolasa Sarkozy’ego. Tuż przed wyborami skłócił się jednak z kandydatką lewicy, a przed drugą turą nieoczekiwanie poparł Sarkozy’ego. Rok temu został ministrem ds. imigracji, integracji i tożsamości narodowej w prawicowym rządzie.

Już utworzenie ministerstwa w 2007 r. wzbudziło protesty – łączenie imigracji z tożsamością wyglądało na jawną grę na francuskiej ksenofobii. Pierwszy szef resortu Brice Hortefeux na dobry początek wydalił 20 tys. nielegalnych imigrantów, rozważał też wprowadzenie testów na ojcostwo dla legalnie przybyłych, którzy chcą sprowadzić dzieci do Francji. Jego następca Besson wprowadził coś lepszego: możliwość odbierania obywatelstwa imigrantom, którzy w ciągu 10 lat od naturalizacji dopuszczą się napaści na policjanta. Były socjalista wyznał niedawno, że byłby szczęśliwy, gdyby jego resort stał się „maszyną do robienia dobrych Francuzów”. Sam minister przystąpił do dzieła – w wieku 52 lat ożenił się z 24-letnią Tunezyjką.

Tzw. prawo Bessona to już piąta ustawa dotycząca imigrantów, jaką uchwalono, od kiedy Sarkozy został w 2002 r. szefem MSW. Dziś mało kto o tym pamięta, ale jednym z jego pierwszych posunięć była likwidacja obozu w Sangatte, z którego nielegalni imigranci uciekali do tunelu pod kanałem La Manche, a tamtędy do Wielkiej Brytanii. Sarkozy nie bez powodu uczynił walkę z imigracją swoim priorytetem – pół roku wcześniej lider skrajnej prawicy Jean-Marie Le Pen wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich, zdobywając w niej 17 proc. poparcia. Szybko zrozumiał, że głosy antyimigranckie to dla centroprawicy nie tylko zagrożenie, ale i szansa na poszerzenie bazy wyborczej. By ją zdobyć, systematycznie zaostrzał prawo imigracyjne.

Inaczej niż w Niemczech, we Francji wygrażanie obcokrajowcom ma długą tradycję. Zaczął Le Pen jeszcze w latach 70., ale od antyimigranckiej retoryki nie stronili nawet socjaliści – François Mitterrand zasłynął stwierdzeniem, że „tolerancja ma swoje granice”. W 1993 r. szef MSW Charles Pasqua zarządził politykę „zera imigracji” – tak zaczęła się walka z sans-papiers, nielegalnymi, podchwycona dekadę później przez Sarkozy’ego i rozciągnięta na młodocianych przestępców z imigranckich przedmieść. To on w 2005 r. ogłosił, że trzeba je „wyczyścić Kärcherem”, co podgrzało atmosferę przed wybuchem późniejszych zamieszek. Rozprawa z „hołotą” utorowała mu drogę do Pałacu Elizejskiego.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną