Z Piotrem Ibrahimem Kalwasem, Polakiem z Egiptu

Kocham Egipt
Piotr Ibrahim Kalwas o swoim życiu muzułmanina w Egipcie, buncie biedoty i młodych bez perspektyw oraz nowym modelu islamskiej demokracji
„Jestem muzułmaninem i mój syn jest muzułmaninem. Chciałem żyć wśród muzułmanów i chciałem, żeby mój syn dorastał wśród takich muzułmanów jak my” - mówi Piotr Ibrahim Kalwas.
Piotr Zieliński/AN

„Jestem muzułmaninem i mój syn jest muzułmaninem. Chciałem żyć wśród muzułmanów i chciałem, żeby mój syn dorastał wśród takich muzułmanów jak my” - mówi Piotr Ibrahim Kalwas.

Protest w Aleksandrii, 4 lutego 2011 r.
Dylan Martinez/Reuters/Forum

Protest w Aleksandrii, 4 lutego 2011 r.

Piotr Ibrahim Kalwas: „Wiadomo było, że w Kairze, Suezie, Aleksandrii ludzie zwołują się na demonstracje po modlitwie piątkowej w meczecie”.
Floris Van Cauwelaert/Flickr CC by SA

Piotr Ibrahim Kalwas: „Wiadomo było, że w Kairze, Suezie, Aleksandrii ludzie zwołują się na demonstracje po modlitwie piątkowej w meczecie”.

Jacek Żakowski: – Wybrał pan Egipt, żeby żyć „spokojniej i bezpieczniej” niż w Polsce, a tu ledwie dwa lata minęły i znalazł się pan w ogniu rewolucji.
Piotr Ibrahim Kalwas: – Bez przesady z tym ogniem. Egipt jest niezwykle bezpiecznym i przyjaznym krajem. Teraz mamy chwilowe przesilenie. Ale wciąż – jak na rewolucję – jest to niebywale spokojne i przyjazne miejsce.

Widzimy walki na ulicach i ewakuację turystów.
Niech pan przypomni sobie, co niedawno działo się w Atenach, a nawet w Londynie.

Ale pan wyniósł się z Polski, szukając bezpieczeństwa. Nie myśli pan o powrocie?
Wyniosłem się, bo jestem muzułmaninem i mój syn jest muzułmaninem. Chciałem żyć wśród muzułmanów i chciałem, żeby mój syn dorastał wśród takich muzułmanów jak my. W Polsce byłby inny. Tu nikt go nie pokazuje palcami. A ja nie czułem się bezpiecznie z powodu dużej przestępczości, wszechobecnych narkotyków, pornografii, chamstwa. Tu tego prawie nie ma. Pod tym względem rewolucja niczego nie zmienia.

Rabowanie sklepów, banków, muzeów pana nie przeraziło?
To trwało dobę. W Aleksandrii głównie przez jedną noc z piątku na sobotę.

Ale już którąś noc stoi pan z sąsiadami na warcie pod waszym blokiem.
Jednak tysiące więźniów uciekło, kradnąc broń strażnikom. To tworzy zagrożenie. Ale gdyby pan widział, jak Egipcjanie się organizują w obliczu takiego zagrożenia, toby pan zrozumiał, dlaczego nie myślę o powrocie.

Coś takiego, co przeżyliśmy podczas strajków sierpniowych 1980 r.?
Może. Ale tu ludzie bardzo blisko żyją ze sobą na co dzień. Wszyscy wszystkich znają. W mojej okolicy wszyscy zgodnie z egipskim zwyczajem pozdrawiają mnie po imieniu – Abu-Hasan, czyli ojciec Hasana. Wiedzą, że Hasan jest moim synem. Nawet kilka ulic dalej. Odpowiadam „salamalejkum”. Ale ich nie rozpoznaję, a oni mnie tak. I to nie dlatego, że jestem obcokrajowcem. Oni znają ogromną liczbę ludzi. Na każdego zwracają uwagę. Setki, może tysiące dalekich sąsiadów pozdrawiają imionami ich najstarszych synów. Tego nie ma w Polsce. Mówimy najbliższym sąsiadom „dzień dobry” i tyle. A oni znają się naprawdę i w chwili zagrożenia sobie pomagają.

Czuł pan, jak narastało niezadowolenie?
Tak. Ale przez 30 lat autorytarnej władzy Mubaraka prawie nic się w Egipcie nie działo. Więc wybuch był zaskoczeniem. Gdyby w Tunisie nie podpalił się człowiek, któremu policja zabrała wózek z owocami, pewnie i w Egipcie nic by się nie stało.

Z punktu widzenia pana bloku w Aleksandrii, jak to się zaczęło?
Wiadomo było, że w Kairze, Suezie, Aleksandrii ludzie zwołują się na demonstracje po modlitwie piątkowej w meczecie.

Pan był na tej modlitwie?
Byłem. Ale tam się o demonstracjach nie mówiło.

To skąd ludzie wiedzieli?
Wszyscy o tym mówili od wtorku. Bo we wtorek też był dzień wolny – egipskie Święto Policji. A policja była powszechnie znienawidzona. I już wtedy zaczęły się małe demonstracje przeciwko policji. Ale w piątek ludzie policję roznieśli. Cała nagromadzona przez lata wściekłość z powodu policyjnej opresji eksplodowała agresją. Komisariaty i radiowozy spalono. Policjanci bali się wyjść na ulicę umundurowani. Na widok policyjnych mundurów ludzie dostawali szału. I nagle policja znikła z ulic. Wtedy – z piątku na sobotę, która też jest dniem wolnym, i z soboty na niedzielę, która jest normalnym dniem pracy – przeszła fala wandalizmu, kradzieży, rabunków. Kilka dni później, kiedy policjanci znów się pojawili – częściowo po cywilnemu, a częściowo już w nowych, eleganckich mundurach – większość ludzi przyjęła ich z radością.

Wróćmy jeszcze do piątku. Jak się pan dowiedział o demonstracji?
Nie pamiętam. Od wtorku w Aleksandrii to był główny temat. Sąsiedzi mi powtarzali: „lepiej siedźcie w domu, jesteście cudzoziemcami”.

I zostaliście w domu?
Tak, jak większość ludzi. W Aleksandrii jest 5 mln mieszkańców, a demonstrowało paręset tysięcy. W Kairze mieszka 20 mln, a demonstrowało od miliona do dwóch.

Sąsiedzi poszli?
Nie słyszałem. To jest dom klasy średniej. Kiedy Mubarak obiecał w telewizji, że nie będzie więcej kandydował, wszyscy się ucieszyli. Są zmęczeni chaosem. Chcą, żeby wrócił spokój.

Już?!
Po 30 latach kompletnego spokoju to jest szok. Nagle zamknęli banki. Przez pięć dni nie ma skąd wziąć gotówki. Potem zaczęli napełniać bankomaty. Sklepy i restauracje działają w miarę normalnie. Natomiast firmy ogłosiły urlopy. Ale większość ludzi już chce, żeby wrócił spokój i normalność. Krytykowali dyktaturę, ale przyzwyczaili się do spokoju, który ona gwarantowała. Nie tylko klasa wyższa, która wciąż jest prorządowa. Duża część zwykłych ludzi też. Klasie średniej obietnica Mubaraka wystarcza.

Antyautorytarna rewolta zamienia się w bunt klasowy?
Od początku ma taki charakter. To jest przede wszystkim bunt nędzy. Przy średnich dochodach na poziomie 100 dol. miesięcznie drożejąca żywność jest nie do zaakceptowania. Część klasy średniej chce też nieco więcej wolności. Ale to jest drugoplanowy motyw.

Różnica klasowa polega z grubsza na tym, że głodnym się spieszy, a pańscy sąsiedzi, którym chodzi o wolność, gotowi są poczekać. Co to za ludzie?
Lekarze, inżynierowie, drobni przedsiębiorcy, menedżerowie, jakiś mały bankier. Ale nie tylko oni są za tym, żeby Mubarak został na stanowisku do września. Taksówkarze też. Wielu sklepikarzy. Właściciele kawiarni, do której chodzę na herbatę i sziszę. Piekarze i właściciele małych restauracji również. Oni wszyscy chcą szybkiej normalizacji. Inaczej trzeba będzie pozamykać biznesy. Mubarak jest bardzo niepopularny. Ale ludzie chcą, żeby przekazanie władzy odbyło się w spokoju, stopniowo.

Od śmierci Sadata, poza kilkoma atakami fundamentalistów islamskich, Egipt był niespotykanie spokojnym krajem. Na przekór tabelkom, z których wynikało, że już dawno powinna wybuchnąć rewolucja. Eksplozja demograficzna sprawiła, że ponad połowa społeczeństwa ma mniej niż 25 lat. Stabilny wzrost gospodarczy nie był w stanie stworzyć dość miejsc pracy. Na ulicach przybywało wyrostków bez zajęcia.
Bezrobocie wynosi 25 proc. Ale wśród ludzi poniżej 25 roku życia sięga nawet 80. A poza tym jest problem z edukacją i ogromnym przeludnieniem. Bo rząd nie nadąża z budowaniem szkół. Ci, którzy nie skończyli szkoły, oczywiście mają jeszcze mniejsze szanse na znalezienie pracy. Nie umiejąc czytać i pisać, nie mają żadnych perspektyw.

Sądząc po tabelkach, ta bomba i tak długo tykała.
Czarna Afryka ma jeszcze więcej nędzy i słabszy wzrost gospodarczy. W tabelkach Egipt wypada stosunkowo dobrze. Według tabelek, to powinno wcześniej wybuchnąć w Nigerii czy Senegalu.

W Czarnej Afryce młode pokolenie, które się najczęściej buntuje, zostało zdziesiątkowane przez AIDS.
W Egipcie to jest marginalny problem. Bo tu bardzo sztywna jest etyka seksualna.

Gdybyśmy mieli sięgnąć do polskiego doświadczenia, z czym by pan porównał to, co się dzieje w Egipcie: z 1956 r.? Z 1968 r.? Z 1970, 1976, 1980, 1989 r.?
Nie da się porównać. Polacy nie głodowali. Dzieci chodziły do szkół. Każdy miał jakąś pracę. W Polsce potrzeby ekonomiczne miały zawsze znaczenie, ale dużo ważniejsza niż tu była kwestia wolności. Tu 90 proc. motywacji do buntu to micha. Chociaż w Indiach bieda jest dużo gorsza, a takich buntów nie ma. W Czarnej Afryce podobnie. W Egipcie jest masa biedaków żyjących za dolara dziennie, ale nie ma plagi bezdomnych śpiących na ulicach jak w Gambii czy Senegalu. I nigdy nie słyszałem, żeby ktoś umarł z głodu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną