Żywność będzie drożeć

Za jedzenie jak za zboże
Miliony na ulicach w Kairze są także rewoltą głodnych. Na świecie dzieje się coś złego: żywność jest dziś najdroższa od 21 lat. ONZ ostrzega, że może być jeszcze drożej. Oto dlaczego.
Sojowe żniwa na polach Mato Grosso w Brazylii.
Paulo Whitaker/Reuters/Forum

Sojowe żniwa na polach Mato Grosso w Brazylii.

Indeks FAO – cen żywności w latach 2000–2011. Średnia wartość koszyka podstawowych produktów spożywczych (zbóz, oleju, nabiału, mięsa i cukru) w wybranych krajach.
Romeo Ranoco/Reuters/Forum

Indeks FAO – cen żywności w latach 2000–2011. Średnia wartość koszyka podstawowych produktów spożywczych (zbóz, oleju, nabiału, mięsa i cukru) w wybranych krajach.

Ostatnie żniwa były katastrofalnie złe. We wrześniu Półwysep Koreański nawiedziły uporczywe deszcze, kapusta zmarniała na polach i za główkę żądano niebotycznych 15 tys. wonów (40 zł).
sherrattsam/Flickr CC by SA

Ostatnie żniwa były katastrofalnie złe. We wrześniu Półwysep Koreański nawiedziły uporczywe deszcze, kapusta zmarniała na polach i za główkę żądano niebotycznych 15 tys. wonów (40 zł).

Drastyczne podwyżki omijają ryż.
Neil Palmer (CIAT - International Center for Tropical Agricultu)/Flickr CC by SA

Drastyczne podwyżki omijają ryż.

Zlekceważyć kapustę? Nie można. Sprawa mogłaby się wydać błaha, ale nie w Korei Południowej, gdzie na talerzach w ciągu roku lądują 2 mln ton kapusty pekińskiej, która po ukiszeniu staje się podstawą kimczi, narodowego dania przyrządzanego na przynajmniej kilkaset sposobów. Kimczi jest obowiązkową przystawką, składnikiem zup i bardziej wyrafinowanych potraw, ma swój instytut naukowy, poleciało w kosmos, a sklepy z artykułami gospodarstwa domowego oferują lodówki, w których w specjalnie zaprojektowanych szufladkach kimczi nie traci właściwości do następnych jesiennych zbiorów. Ostatnie żniwa były katastrofalnie złe, we wrześniu Półwysep Koreański nawiedziły uporczywe deszcze, kapusta zmarniała na polach i za główkę żądano niebotycznych 15 tys. wonów (40 zł).

Koreańska prasa ogłosiła ogólnonarodową tragedię, musiał interweniować rząd, który sprowadził kapustę z Chin, uważaną przez smakoszy za gorszą od krajowej. Z państwowych magazynów rzucono na rynek także rzodkiew, też dodawaną do kimczi, zapasy mrożonych ryb i mięsa, wszystko po to, by zbić inflację, napędzaną między innymi cenami artykułów spożywczych. Do grudnia kapusta wprawdzie mocno staniała, kosztowała 3,5 tys. wonów, ale od początku roku znów drożeje. Kryzys kapuściany może wybuchnąć z nową siłą.

Papryczki? Żadna tam ciekawostka, lecz temat ogólnonarodowej debaty w Indonezji. Ceny chili, decydującego o charakterze indonezyjskiej kuchni, idą ostro w górę, a bez chili większość mieszkańców czwartego najludniejszego państwa świata nie potrafi wyobrazić sobie śniadań, obiadów ani kolacji. Problem musi być poważny, skoro sam prezydent Susilo Bambang Yudhoyono – bezradny wobec efektów anomalii pogodowej El Niño, winowajcy papryczkowej drożyzny – wzywa, by Indonezyjczycy uprawiali chili na własną rękę. Doradza nawet, które odmiany najlepiej sprawdzają się w przydomowych ogródkach i w czasach zawirowań klimatycznych.

W Indiach, gdzie miliony rodzin wydają na jedzenie najwyżej pół dolara dziennie, roczna inflacja cen produktów żywnościowych sięga 18 proc. Przy czym już 10-proc. podwyżka oznacza, że 60 proc. mieszkańców Indii codziennie rezygnuje z jednego posiłku. Tu także winę ponoszą deszcze nękające uprawy – tym razem cebuli, nieodzownego składnika curry. Cena cebuli bywała już przyczyną politycznych przewrotów i premier Manmohan Singh profilaktycznie zniósł na warzywo cła importowe, zakazał jego eksportu i zwrócił się o pomoc do skonfliktowanego z Indiami Pakistanu.

Zadyszka przed szczytem

Dopiero po wydarzeniach w Afryce Północnej widać, jak łatwo zapomniano o przestrogach ONZ z 2008 r., która ostrzegała, że w niektórych krajach gwałtownie rosnące ceny żywności lub jej niedobory doprowadzą do rewolty głodnych. Z góry było wiadomo, że zmiany cen najdotkliwiej odczują importerzy, na czele z największym kupcem pszenicy, Egiptem. W pierwszej dziesiątce importerów tego zboża jest również Algieria, niedaleko za nią Jemen, Libia, Maroko i Tunezja. Wszystkie tej zimy zmagają się z wybuchami społecznego niezadowolenia.

Powód był prozaiczny, ich władze zagapiły się lub nie potrafiły zapobiec podwyżkom. Złamały tym samym niepisaną umowę: zapewniamy tani chleb, ale wy, obywatele, siedzicie cicho. W Egipcie w 2010 r. ceny artykułów spożywczych wzrosły o jedną piątą, mimo że Kair pompuje w dotowanie żywności i paliwa równowartość 7 proc. swego PKB. A „byłoby głupotą sądzić, że dotarliśmy do szczytu cen”, dodaje Abdorleza Abbassian, główny ekonomista FAO, oenzetowskiej organizacji ds. wyżywienia i rolnictwa, która śledzi średnią wartość koszyka podstawowych produktów spożywczych z całego świata: zbóż, oleju, cukru, mięsa i mleka.

Od grudnia comiesięczne prezentacje Abbassiana mają cierpki lejtmotyw: koszyk jest najdroższy od 21 lat, odkąd FAO notuje ceny.

Żywność była i jest na półkach, tyle że mniej osób może sobie na nią pozwolić. A w takich przypadkach miejska biedota upomina się o wyższe płace i na ulicach bije z policją. Dlatego w 2008 r. dochodziło do zamieszek na niedotkniętym jeszcze trzęsieniem ziemi Haiti, w Bangladeszu, Meksyku, Egipcie, Senegalu, Mali, Burkina Faso, Mozambiku i Kamerunie, tyle że starcia traktowano raczej jako zwiastuny poważniejszych rebelii. Zresztą bogaci pospieszyli wtedy z pomocą. W Europie do pilnych działań wzywali premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, prezydent USA George W. Bush, choć zajęty ratowaniem kondycji banków, rynku nieruchomości i przemysłu motoryzacyjnego, otworzył amerykańskie rezerwy żywnościowe, skąd pomoc popłynęła do najbardziej potrzebujących. Uspokajająco podziałały też dobre zbiory w 2009 r. oraz obniżki, które nadeszły równie nagle jak poprzedzające je wzrosty.

Skąd idzie fala drożyzny? Nakręcającą się spiralę dobrze ilustrują perturbacje wokół pszenicy. Fala upałów zeszłego lata w Europie Wschodniej, od Ukrainy, przez Rosję, po Kazachstan, oraz powodzie w Pakistanie o kilka procent obniżyły światowe zbiory. Ceny drgnęły, dodatkowo podsyciły je decyzje Kijowa i Moskwy o zahamowaniu eksportu. Jednocześnie Rosja, zamiast myśleć o budowaniu rolniczej potęgi, by w dziedzinie rolnictwa mieć do powiedzenia choć w części tyle, ile w ropie naftowej i gazie ziemnym, pierwszy raz od rozpadu ZSRR została zmuszona do poszukiwań dużych ilości ziarna za granicą.

Niepewna pogoda i słabe zbiory zwróciły uwagę kapitału spekulacyjnego, na giełdach panicznie zawierano kontrakty terminowe, obstawiając rychłe podwyżki. Przewidywania okazały się słuszne, podwyżki nadchodziły tym żwawiej, że od jesieni z pól płyną same kiepskie wiadomości. Upały pozbawiły rosyjskich rolników funduszy na nawozy i ziarno siewne, rosyjskie ministerstwo rolnictwa przewiduje, że obsieją pszenicą kilka milionów hektarów mniej niż w ubiegłym roku. Obrazu dopełniają zalane farmy w Kanadzie i w Australii oraz chińskie narzekania na przeciągającą się suszę, która szczególnie dotyka prowincje obfitujące w pszenicę (Chiny to jej główny producent). Tak powstała modelowa kombinacja na cenowy rekord, który lada tydzień padnie.

Bitwa o akry

Wielu polityków z Afryki Północnej wyciąga lekcję z upadku tunezyjskiego prezydenta Ben Alego i mobilizacji na kairskim placu Wyzwolenia – zachłannie kupują i nie oglądają się na koszty. Kogo stać, bo na przykład dysponuje nadwyżkami ze sprzedaży ropy i gazu, i jest zapobiegliwy o aprowizację troszczy się w inny sposób. Agronomowie znad Zatoki Perskiej krążą po Afryce i Azji w poszukiwaniu ziemi uprawnej – skazani na import nawet 90 proc. żywności Arabowie wydzierżawili już lub kupili połacie Etiopii, Kenii i Sudanu. O ziemię ścigają się także cierpiące na brak pól uprawnych Chiny, Indie i Korea Południowa. FAO szacuje, że w ten sposób do 2030 r. zagraniczni gospodarze przejmą nawet 400 mln ha.

W styczniowym orędziu o stanie państwa prezydent Barack Obama ponownie zapowiedział, że USA zwracają się ku energii jutra; w 2035 r. już 80 proc. elektryczności ma pochodzić z zielonych źródeł. Gospodarka ma zerwać także z uzależnieniem od ropy naftowej, z roku na rok bardziej kosztowym, niszczycielskim dla środowiska i newralgicznym ze względów politycznych. Ameryka zdana jest tu między innymi na kaprysy przywódcy Wenezueli Hugo Chaveza. Po zeszłorocznej awarii platformy wiertniczej w Zatoce Meksykańskiej nie przybywa entuzjastów wierceń u amerykańskich wybrzeży, poszerza się natomiast grono ekspertów, którzy podejrzewają, że większość łatwo dostępnej ropy ludzkość już zużyła. Ratunek w biopaliwach – ogłaszał w Kongresie Obama. Na opracowanie technologii produkcji nowocześniejszych biopaliw budżet federalny ma przeznaczyć 1,5 mld dol.

Farmerzy uprawiający zboże zacierają ręce, spłynie do nich spora część subsydiów. Miniony sezon zaliczą do bardzo udanych, już dawno nie zarabiali tak dobrze – zbiory nie były najlepsze, więc cena jest znakomita, na kukurydzę lepsza niż w rekordowym 2008 r., i nadal przychodzą klienci: browary po jęczmień, piekarze po pszenicę, po kukurydzę hodowcy bydła i biznes biopaliwowy. Ten kupuje już 40 proc. kolb i wiadomo, że będzie potrzebował więcej, cel nakreśliły ustawy przyjęte za prezydentury Busha: od 2022 r. USA obowiązkowo muszą produkować 36 mld galonów biopaliw, czyli o 23 mld więcej niż obecnie, a także gromadzić rezerwy.

Ekonomiści zwracają uwagę, że w najbliższym czasie ceny żywności będą zależeć od toczącej się właśnie tak zwanej bitwy o akry. Rolnicy na półkuli północnej zastanawiają się, co siać wiosną, próbują trafić w uprawy, które jesienią przyniosą największe zyski. Niby dzieje się tak co roku, ale tym razem wynik nie jest łatwy do przewidzenia, nie brakuje obaw, że na przykład w Rosji nie będzie to pszenica. Cóż z tego, że jej brakuje, skoro państwo dusi ceny, jednocześnie eksport jest silnie ograniczony, więc rolnicy mogą wykalkulować, że bardziej opłaci się rzepak albo kukurydza.

Ryże w ryzach

Oprócz kapryśnej pogody, słabego dolara, drożejącej ropy, chciwości spekulantów i zapomóg zamożnych państw chroniących swoich rolników ceny windują także kurczące się zapasy i niezaspokojony apetyt mieszkańców Indii i Chin. Wreszcie stać ich na mięso, statystyczny Chińczyk zjada go już dwa razy więcej niż na początku reform, tyle że od czasów Deng Xiaopinga Państwu Środka przybył aż miliard statystycznych obywateli.

Dietetycy mówią wręcz o proteinowej rewolucji. Ratunkiem nie będą wegetarianie, bo oni z kolei jedzą więcej soi. Już 60 proc. soi chińskiej trzeba sprowadzać, jednocześnie do modernizujących się społeczeństw Dalekiego Wschodu dotarła moda na mleko, jogurty i masło. W Chinach w ciągu roku żywność podrożała o 8 proc.

Paradoksalnie drastyczne podwyżki omijają ryż. Jak w przypadku ropy i gazu, wyższe ceny jednego ze zbóż wpływają na inne, lecz ryżową stabilizację zapewniają zbiory w Kambodży, Birmie i w wietnamskiej delcie Mekongu, na tyle dobre, że powodzie w Tajlandii nie odbiły się na cenie. Jednak specjaliści uczulają, że ten stan jest bardzo kruchy. Niewiele potrzeba, by doszło do zamieszania takiego jak w 2008 r., gdy niepogoda i majstrowanie przy cłach w Indiach i Wietnamie wywindowały cenę tony ryżu do tysiąca dolarów, zamiast zwyczajowych 500.

Paradoksów ciąg dalszy: przynajmniej na razie skutków drożyzny jakoś dramatycznie nie odczuła zazwyczaj wrażliwa na nią Afryka Subsaharyjska. Tam też zbiory nie były zdecydowanie gorsze, jednak opóźnienie wynika z oddalenia od międzynarodowych rynków. Kraje jak Niger czy Mali jako ostatnie odczują obecny kryzys i jako ostatnie go przezwyciężą.

Jeśli czeka nas nieunikniony kryzys żywnościowy, spodziewać się można powtórki tragedii z 2008 r. Ceny pszenicy i ryżu, od których zależy życie 5 mld ludzi w Azji i Afryce, szły w górę, a rzesza głodujących była większa niż kiedykolwiek wcześniej. Z danych ONZ wynika, że dziś głoduje nieco ponad 900 mln ludzi, co sześć sekund z niedożywienia umiera dziecko. Z pewnością liczba głodnych się powiększy, zwiększy się także strefa ukrytego głodu – niedoboru witamin i mikroelementów. Żyje w niej prawie jedna trzecia ludzkości.

W 2050 r. na świecie będzie już 9 mld ludzi, biorąc pod uwagę powszechną zmianę diety, by ich wyżywić, potrzeba będzie 70 proc. żywności więcej niż dziś. Kto zarobi? Inwestorzy obstawiają, że oznacza to zwiększone wpływy dla producentów nawozów, środków ochrony roślin, traktorów i innych maszyn rolniczych. Są i tacy, którzy twierdzą, że dzięki wysokim cenom otwiera się także szansa dla rolników z ubogich regionów. Ale czy mają dziś warunki rozwoju produkcji, skoro na ogół przegrywają w rywalizacji z kolegami z Ameryki i Europy, hojnie wspieranymi z budżetu?

Warto trzymać za nich kciuki, bo bez rolników z Afryki i Azji możemy powoli myśleć o odkurzaniu teorii Malthusa: będzie nas za dużo, a żywności za mało.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną