Zamieszki w Libii

Kadafi pod ochroną najemników
W drugim co do wielkości mieście Libii, Benghazi, które bywa okazjonalnie stolicą, bo pomieszkuje tam w namiocie pułkownik Muamar Kadafi, wojsko przeszło na stronę zbuntowanej ulicy, natomiast synowie dyktatora – na stronę ojca.

Liczba zabitych w miastach libijskich może wynosić nawet pięćset osób. Danych nie podobna zweryfikować, ponieważ narzucono surową blokadę informacji i wszelkiej komunikacji elektronicznej, ale mimo wszystko kontrola jest nieszczelna. Nie można telefonować z Libii zagranicę, natomiast władze nie umieją sobie poradzić z zablokowaniem sygnałów komórkowych nadchodzących z zagranicy do Libii. Dzięki temu wiemy, że do demonstrantów strzelali w Bengazi nie żołnierze, a najemnicy. Mówi się, że pochodzą z Mali, co byłoby dziwne, bo Mali to jedyny kraj afrykański, w którym media są tak samo otwarte i niezależne, jak w Europie czy USA. Ale najemników można rekrutować wszędzie, także w krajach demokratycznych jak Mali, gdzie prezydentem był do niedawna absolwent Wydziału Historii Uniwerystetu Warszawskiego.

O tym, że Kadafi otacza się najemnikami, wiadomo od dawna. Grupa gwardii przybocznej, gotowa do wszelkich akcji w obronie mocodawcy pochodzi z… Korei Północnej. Jest to rozwiązanie wygodne obopólnie, bo Koreańczycy nie rozumieją w ząb arabskiego i nie wiedzą, co się dzieje, chyba że z rozkazów. A rozkazy mówią: „ognia!”. Inną grupę gwardii przybocznej dyktatora stanowią „gazele”, czyli ochroniarki po wszechstronnym treningu ze sportów walki. Są wyszkolone tak, jak komandosi. Przed naciśnięciem spustu nie mają chwili na błysk wątpliwości. Kiedy Kadafi pojawia się publicznie, otoczony jest pięknymi, wysokimi dziewczynami w mundurach lub po cywilnemu, których wzrok mówi, że są gotowe na wszystko. Mają go bronić przed arabskimi terrorystami, ponieważ wiadomo (a przynajmniej Kadafiemu wiadomo), że Arab nie strzeli do kobiety, która osłania mężczyznę.

W niedzielę Benghazi było – miejscowi mówią – „bombardowane”, co znaczy, że znalazło się pod ostrzałem ciężkiego sprzętu. W wielu punktach miasta wybuchły pożary. W  poniedziałek jest spokojnie. Żołnierze bratają się z demonstrantami, fotografują się z cywilami. Wygląda na to, że wojsko przeszło na stronę cywilów. Ale w innych miastach jeszcze tak nie jest. Jeden z synów Kadafiego, architekt z wykształcenia, wygłosił przemówienie w kanale oficjalnym telewizji, którego nikt nie słucha. Mówił spokojnie i cały czas groził palcem. Jego zdaniem zamieszki wywołali pijacy i narkomani. Ale Libia to nie Tunezja ani Egipt i władza nie ustąpi. Pułkownik Kadafi – oświadczył Kadafi junior – będzie walczył do końca. To brzmi groźnie, bo ktoś w tej walce musi paść. Jeśli armia, która ma już swojego dowódcę w Benghazi, co prawda jeszcze nieznanego szerszej publiczności, będąc po stronie cywilów, odwróci broń przeciwko dyktatorowi, wtedy stanie się to, co ponad 40 lat temu zrobił Kadafi obalając króla Idrisa. Nie musi to oznaczać przejścia do demokracji.

Rozwój wypadków w Egipcie pokazuje, że armia jest ostatnią formacją, która wie cokolwiek o mechanizmach demokracji. Sa one nie do pogodzenia z hierarchiczną strukturą sił zbrojnych. Armia Egiptu otwarła już przejście do Strefy Gazy i zezwoliła okrętom irańskim na przejście przez Kanał Sueski na Morze Śródziemne. Płyną do Syrii, chyba po to, żeby komandosi izraelscy wysadzili je w powietrze atakując torpedami pod wodą. Egipt nie ma interesu w zaognianiu sytuacji regionalnej, ale armia może mieć swoje własne kalkulkacje. W Libii może być podobnie, choć jak mówi Kadafi Junior” Libia to nie Egipt”. Choćby z tej przyczyny, że dochód per capita jest ponad dwukrotnie wyższy niż w Egipcie i Tunezji. Ale jak widać po Bahrajnie – nawet bajecznie bogate kraje chcą swobody i demokracji, aby móc cieszyć się dobrostanem.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj