Pora na Kadafiego
Rewolucja dotarła do Trypolisu. Po kilkudniowych demonstracjach antyrządowych w portowym mieście Bengazi, które do poniedziałku kosztowały życie co najmniej 233 osób, zamieszki wybuchły w stolicy Libii.
Jeśli Kadafi upadnie, Libię czeka zapewne rozbiórka dżamahiriji, osobliwego systemu będącego trzecią drogą między socjalizmem i kapitalizmem.
SALVATORE DI NOLFI/EPA/PAP

Jeśli Kadafi upadnie, Libię czeka zapewne rozbiórka dżamahiriji, osobliwego systemu będącego trzecią drogą między socjalizmem i kapitalizmem.

W poniedziałek demonstranci podpalili budynek parlamentu i splądrowali kilka komisariatów policji, siedziby radia i telewizji. Jeszcze w niedzielę wieczorem ze studia nadawał syn dyktatora Saif al-Islam Kadafi, zapewniając, że armia stoi po stronie ojca i zrobi wszystko, by uchronić kraj przed wojną domową. „Libia to nie Egipt ani Tunezja. Będziemy walczyć do ostatniego naboju” – ostrzegał.

Żaden przywódca arabski nie rozpędzał obecnych protestów z taką bezwzględnością jak Muammar Kadafi. Libijskie siły bezpieczeństwa używają przeciw demonstrantom ostrej amunicji i ciężkiej broni, z karabinami maszynowymi i rakietami przeciwlotniczymi włącznie. Celują, by zabić. Nauczony upadkiem Hosniego Mubaraka libijski dyktator kazał też zagłuszać telefony i stacje telewizyjne, wyłączył Internet i zakazał wjazdu zagranicznym dziennikarzom.

O jego przetrwaniu zdecyduje przychylność armii, a tej Kadafi nie może być pewien. Dalsze topienie rozruchów we krwi doprowadzi do ponownej izolacji Libii, stąd z protestującymi zaczynają solidaryzować się kolejni ludzie reżimu – na razie z dyktatorem zrywają przede wszystkim dyplomaci, dołączył do nich były rzecznik rządu. A jeśli Kadafi upadnie, Libię czeka zapewne rozbiórka dżamahiriji, osobliwego systemu będącego trzecią drogą między socjalizmem i kapitalizmem, który w teorii zakłada przedstawicielstwo ludu, a w praktyce pozwala kamaryli Kadafiego czerpać dochody z ogromnych złóż ropy.

W tym samym czasie protestowała też szyicka większość w maleńkim i zamożnym Bahrajnie nad Zatoką Perską. Tam jednak panującej dynastii sunnickiej udało się uspokoić demonstrantów – król przelał na konto każdej rodziny w emiracie równowartość 8 tys. zł. Przewrót nie dopełnił się w Jemenie – prezydent Ali Abdullah Saleh obiecał, że zrezygnuje, ale dopiero w przyszłym roku. W Tunezji od początku podejrzewano, że jaśminowe protesty nie wygasną wraz z ucieczką prezydenta. I rzeczywiście, Zin al-Abidin Ben Ali zbiegł do Arabii Saudyjskiej, tam przeszedł ciężki udar mózgu i pozostaje w śpiączce, ale w samym kraju niewiele się zmieniło.

Ulica w Tunisie pisze kolejny akt rewolucji, domaga się wydania Ben Alego i postawienia go przed sądem, wzywa także do ustąpienia szefa rządu tymczasowego, bo manifestantom nie podoba się, że wolne wybory przygotowuje p.o. prezydenta, długoletni premier i poplecznik Ben Alego, teraz zdecydowanie dystansujący się od błędów reżimu, który współtworzył. W Egipcie nie mija euforia po ustąpieniu Mubaraka, Egipcjanie mają nadzieję, że turyści niebawem wrócą pod piramidy i na plaże Morza Czerwonego. Wątpliwości budzi jednak fakt, że ideałów setek tysięcy młodzieży z placu Wyzwolenia broni teraz armia, a w jej sztabie zasiadają leciwi generałowie.

Dokąd może zaprowadzić niedokończona rewolucja, pokazuje przykład Kirgistanu, który na zrzucenie autorytaryzmu potrzebował dwóch krwawych zrywów – w 2005 i 2010 r. Dopiero po zeszłorocznej próbie Kirgistan rozpoczął eksperyment ze społeczeństwem obywatelskim i demokracją parlamentarną. Wydarzenia z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu mniej przypominają upadek komunizmu z przełomu lat 80. i 90., a coraz bardziej Wiosnę Ludów 1848 r., która nie od razu zmieniła oblicze Europy, ale stała się zapalnikiem zmian ważnych, tyle że powolnych i ewolucyjnych. Te wymagają cierpliwości.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną