Świat

Zapomniane cudzysłowy

Afera plagiatowa w Niemczech

Karl zu Guttenberg wizytuje niemieckie jednostki w Afganistanie. Świetnie wygląda wsród żołnierzy, jest szybki i dziarski – mówiono o ministrze. Karl zu Guttenberg wizytuje niemieckie jednostki w Afganistanie. Świetnie wygląda wsród żołnierzy, jest szybki i dziarski – mówiono o ministrze. Michael Kappeler/Reuters / Forum
Afera plagiatowa ministra Karla Theodora zu Guttenberga może wstrząsnąć niemiecką polityką znacznie silniej niż wiele poważniejszych zdawałoby się skandali.
W ciągu dwóch tygodni afera plagiatowa zaburzyła rytualne już fronty partyjne i medialne. Na fot. Guttenberg z żoną Stephanie.JOHN MACDOUGALL/AFP W ciągu dwóch tygodni afera plagiatowa zaburzyła rytualne już fronty partyjne i medialne. Na fot. Guttenberg z żoną Stephanie.
Baron nie zostanie kanclerzem.Tobias Schwarz/Reuters/Forum Baron nie zostanie kanclerzem.

Karl Theodor Maria Nikolaus Johann Jacob Philipp Franz Joseph Sylvester baron zu Guttenberg był dla kolorowej prasy niemieckiej darem niebios. Wygląda jak książę z bajki. Młody, energiczny, nieskazitelne maniery. Z nieprzyzwoicie bogatej rodziny. Wychowany w pałacu, który do jego rodziny należy od 700 lat. No i ta żona! Piękna Bismarckówna zaangażowana społecznie, jak na dobrą panią przystało, w walkę z pedofilią.

Baron spoza układu

Gdy trzy lata temu, w wieku 36 lat, nieoczekiwanie został sekretarzem generalnym bawarskiej CSU, szybko stał się nadzieją niemieckich konserwatystów. W partii, która w Bawarii przyrosła do władzy od 60 lat, baron był człowiekiem spoza układów. Nareszcie znalazł się ktoś – mówiono – kto pokaże skłóconemu i bezbarwnemu establishmentowi wszystkich partii, czym są zapomniane w demokracji wartości honoru, uczciwości i dobrego stylu.

Na początku 2009 r. został ministrem gospodarki w rządzie Angeli Merkel, głosząc niezwykłe dla polityka CSU hasła rynkowego liberalizmu. W czasie kryzysu Opla zagroził dymisją, jeśli rząd federalny zechce podtrzymywać padający koncern. Ten gest zrobił na mediach piorunujące wrażenie. Nareszcie mamy ministra, który pokazał, że nie klei się do stołka. Ma charakter! Gest okazał się cokolwiek pusty, bo Opla podparto, a Guttenberg ze stanowiska ministra nie ustąpił. Ale wrażenie zostało.

I utrzymywało się nadal, gdy baron jesienią 2009 r. został ministrem obrony. Wybaczono mu, że − podobnie jak jego poprzednik − początkowo bronił ataku na uprowadzone w Afganistanie cysterny Bundeswehry, w którym zginęło kilkudziesięciu cywilów. Mógł jeszcze nie mieć rozeznania – mówiono. A poza tym świetnie wygląda wśród żołnierzy. Jest szybki, dziarski. Umie rozmawiać z podwładnymi. I nie boi się trudnych decyzji.

Gdy w wyniku mobbingu na pokładzie żaglowca marynarki wojennej zginęła jedna z kadetek, natychmiast usunął dowódcę ze stanowiska. Może nazbyt szybko, pisano, ale zdecydowanie. I wreszcie niczym Herakles energiczny minister zabrał się do dzieła stulecia – przejścia Bundeswehry na armię zawodową. Co z tego, że początkowo był przeciwny, ale potem był za, i opracował cały program. Co z tego, że będzie kosztował więcej, niż zapowiadał. Przed nim nikt nie miał takiej odwagi!

Grom z Internetu

Media i opinia publiczna wybaczały najmłodszemu ministrowi obrony w dziejach Republiki Federalnej wszystko. Bił rekordy popularności, zostawiając za sobą nawet Angelę Merkel. Najpoważniejsze media poważnie roztrząsały szanse barona na kanclerstwo. Jeśli nie za rok, to za pięć lub dziesięć lat. Konserwatywne Niemcy zdawały się mieć swego Kennedy’ego.

Grom na tę piękną karierę spadł z Internetu. Choć zaczęło się tradycyjnie. Jeden z prawników przeglądając wydaną w 2009 r. ambitnie zarysowaną pracę doktorską ministra „Konstytucja i traktat konstytucyjny”, porównującą ustrój wewnętrzny USA i UE, zauważył fragmenty swoich tekstów niezaznaczone jako cytaty. Zaczął googlować i znalazł więcej fragmentów. Sprawa się rozniosła. 16 lutego podchwyciła ją poważna „Süddeutsche Zeitung”, publikując fragmenty niezaznaczone jako cytaty lub przepisane bez podania źródła.

Minister najpierw uznał zarzuty za dziwaczne, potem tłumaczył się, że będąc ojcem małych dzieci i mając obowiązki zawodowe pisał pracę przez siedem lat po nocach i pogubił się w dokumentacji. Po tygodniu jednak przyznał się do ciężkich błędów i zrezygnował z tytułu doktorskiego. 23 lutego uniwersytet w Beyreuth ten tytuł odebrał oficjalnie. Mimo wszystko wydawało się, że sprawa przyschnie, ponieważ baron miał wyraźne poparcie partii koalicyjnych i Angeli Merkel.

Szlachectwo nie zobowiązuje

I to był początek nie tylko końca pięknej kariery, ale i gwałtowanej debaty na temat kondycji niemieckiej demokracji. Po pracy doktorskiej bliżej przyjrzano się drodze zawodowej młodego barona, nie znajdując w niej teraz niczego, co by go predestynowało do takiego stanowiska. Praktyki zawodowe w kancelariach adwokackich nienadzwyczajne. W redakcji „Die Welt” – jedynie hospitacja i kilka krótkich tekstów. Doświadczenie w firmach należących do Guttenbergów także nie największe. Mało tego − okazało się, że miał niskie oceny z egzaminów magisterskich i tylko na specjalną interwencję promotora otwarto mu przewód doktorski.

A więc jedynie dobra prezencja i styl? Takich ludzi nazywa się w Niemczech – ein Blender, w Polsce bardziej dosadnie – pozer. W debacie plagiatowej w Bundestagu baron z kamienną miną wysłuchiwał obelg ze strony opozycji, które brzmiały jak policzek: hochsztapler! oszust!

W demokracji szlachectwo nie zobowiązuje. Tytuł szlachecki jest jedynie częścią nazwiska i historii. Tylko w Anglii jest także wyróżnieniem za aktualne zasługi. Za rzeczywistą nobilitację w demokratycznym społeczeństwie mieszczańskim uważa się tytuł naukowy – nie jest odziedziczony, lecz wypracowany. Kto go sobie nieuczciwie przywłaszcza, ten trafia do Liber chamorum.

Ale spora część opinii publicznej, mediów i klasy politycznej nie godziła się z utratą baśni. Jakby lud chciał nie tylko chleba i igrzysk, ale i tęsknił do królewskiego dworu. Karl Theodor był dla wielu nie tylko baronem i ministrem, ale także pierwszym celebrytą, a piękna Stephanie kandydatką na niemiecką Lady Di.

„Nie wykańczajcie fajnego faceta. Srajcie na doktorat!” nawoływała bulwarowa „Bild-Zeitung”. I miała poparcie pani kanclerz, która tytuł doktora nauk przyrodniczych, fizyki uzyskała co prawda jeszcze w NRD, ale według wszelkich reguł sztuki. Do historii przejdą słowa Angeli Merkel, że do rządu nie brała sobie asystenta naukowego, lecz ministra.

I tą podwójną miarą wywołała orkan. Nawet czytelnicy „Bild” wypowiedzieli posłuszeństwo swej gazecie, która wmawiała im, że zdecydowana większość Niemców chce, by Guttenberg został na stanowisku. W ankiecie online 57 proc. z 640 tys. uczestników uznało, że baron postąpił niehonorowo, składając deklarację, iż swą pracę doktorską napisał samodzielnie, więc powinien odejść.

 

Policzek dla polityka

Sama Angela Merkel też znalazła się na cenzurowanym. Rozszczepienie osobowości na godnego zaufania ministra, który nie ma nic wspólnego z oszustem doktorantem, środowisko akademickie odebrało jako policzek. I w końcu ono swym solidarnym oburzeniem złamało szpadę nad głową ministra. Wywiad telewizyjny profesora uniwersytetu w Beyreuth, który eksdoktora nazwał oszustem, w ciągu kilku godzin uzyskał w Internecie dziesięć tysięcy wejść. Tego połączonego buntu szlachty akademickiej i bulwarowego plebsu nie dało się zatrzymać.

Jak widać nawet w krajach, w których archaiczna kultura honoru zdaje się zepchnięta już tylko do rytualnych uroczystości państwowych i sportowych z ich trybunami i rundami honorowymi, kwestie przyzwoitości wysuwają się jednak na ważne miejsce. A wymierzony politykowi policzek może być zapowiedzią niewyczuwalnych jeszcze przesunięć tektonicznych w społeczeństwie.

W listopadzie 1968 r. francusko-niemiecka Żydówka publicznie spoliczkowała kanclerza Niemiec Kurta Georga Kiesingera za jego nazistowską przeszłość. Ta zniewaga na trwałe odebrała twarz chadekowi i jego partii. Kilka miesięcy później zasadniczą zmianę tendencji w Republice Federalnej potwierdziły twarde fakty: wiosną 1969 r. na prezydenta państwa po raz pierwszy wybrany został socjaldemokrata, a po jesiennych wyborach do Bundestagu Willy Brandt został kanclerzem – mimo że chadecja nadal pozostała najsilniejszą partią.

Podobnie było w 2004 r., gdy niezrównoważony związkowiec spoliczkował socjaldemokratycznego kanclerza − Gerharda Schrödera − za reformę gospodarczą, która wprawdzie wzmocniła gospodarkę niemiecką, ale drastycznie ścięła państwowe świadczenia socjalne. Rok później SPD wprawdzie została w koalicji, ale kanclerzem została Angela Merkel.

Również obecnie kwestia honoru bawarskiego barona może być istotniejszą zapowiedzią zmiany nastrojów w Republice Federalnej niż niedawny tryumf SPD w Hamburgu. W ciągu dwóch tygodni afera plagiatowa zaburzyła rytualne już fronty partyjne i medialne. Po rokoszu środowisk akademickich zaczęło się kruszyć wsparcie dla barona we własnej partii. Przewodniczący Bundestagu zachowanie Guttenberga nazwał nawet gwoździem do trumny demokracji.

Media się podzieliły według nowych frontów. Konserwatywna „Frankfurter Allgemeine” plagiat z miejsca i wyraźnie uznała za złamanie kodeksu honorowego i zdystansowała się od ministra. Ciekawe, że o wiele bardziej pokrętnie zachowała się liberalna „Die Zeit”, której komentatorzy – podobnie jak „Bild” – zadowalali się zerwaniem kapelusza doktorskiego, ale apelowali o zachowanie głowy popularnego ministra. Toż to nieodpowiedzialne moralizatorstwo – pisał Bernd Ulrich. 10 lat temu Joschka Fischer nie ustąpił ze stanowiska, gdy wyszło na jaw, że w młodości rzucał kamieniami w policję. Czyżby bicie się lewicy z policjantami było mniejszym obciążeniem niż plagiat na prawicy? Cóż, to nie o lewicę i prawicę chodzi, lecz o utratę wiarygodności przez polityka, którzy złamał zasady i złożył fałszywą deklarację.

Koniec bajki

Rozwiała się bajka o pięknym rycerzu z zamku Guttenberg, który wie, co to uczciwość, wiarygodność, rzetelność i wierność tradycyjnym cnotom. Baron nie zostanie kanclerzem. Rozwiało się też wyobrażenie, że polityka może być lekka, łatwa i przyjemna. Przegraną afery plagiatowej jest także Angela Merkel, która się zaangażowała w obronę ministra. Swą moralną pozycję w CDU zdobyła 10 lat temu dzięki aferze czarnych kont, która zdyskredytowała nie tylko Helmuta Kohla, ale i wszystkich jego ewentualnych następców tronu z dawnej „bońskiej republiki”.

Jako „dziewczynka Kohla” z byłej NRD miała odwagę jako pierwsza odciąć się od swego politycznego protektora. Potem zręcznie manewrując zmarginalizowała swych wszystkich konkurentów. Do niedawna była najpopularniejszym politykiem w kraju, respektowanym jako żelazna kanclerzyca także w Europie. Afera Guttenberga przypadła w fatalnym dla chadecji momencie: po tryumfie SPD w Hamburgu i przed trudnymi wyborami w Badenii-Wirtembergii, gdzie po ubiegłorocznym rokoszu obywateli przeciwko lokalnym władzom CDU po raz pierwszy w historii może stracić władzę.

Afera plagiatowa odebrała Niemcom trochę marzeń, ale w ostatnim momencie uratowała jakość niemieckiej demokracji. Wprawdzie znów na jakiś czas aparaty partyjne zatryumfują nad ludźmi, którzy do polityki dochodzą z boku, ale bardziej chłodny stosunek do atrakcyjnie medialnych rycerzy wyjdzie politycznej higienie na dobre.

Jest jeszcze jedna strona całej sprawy. Wprawdzie akademicy, masowo sięgając po antyplagiatowe programy internetowe, uratowali swój honor, ale nie ma wątpliwości, że tysiące doktorów drży, że internetowe przeszukiwarki znajdą i w ich dysertacjach zapomniane cudzysłowy. Dzisiejszy tryumf może dużo kosztować niemieckich wykształciuchów.

Polityka 11.2011 (2798) z dnia 11.03.2011; Świat; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Zapomniane cudzysłowy"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną