Rozmowa z Hansem Bliksem

Nie na moim podwórku
Hans Blix, były dyrektor generalny Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w rozmowie o tym, czy czeka nas nowy Czarnobyl, i o naukach z katastrof atomowych
Medyczne centrum kryzysowe w Hitachi: badanie mieszkanców licznikiem Geigera.
Asahi Shimbun/Reuters/Forum

Medyczne centrum kryzysowe w Hitachi: badanie mieszkanców licznikiem Geigera.

Hans Blix w latach 1981–97 był dyrektorem generalnym Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Wcześniej ministrem spraw zagranicznych Szwecji.
Mike Segar/Reuters/Forum

Hans Blix w latach 1981–97 był dyrektorem generalnym Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Wcześniej ministrem spraw zagranicznych Szwecji.

Wawrzyniec Smoczyński: – W 1986 r. był pan pierwszym obcokrajowcem, który widział miejsce katastrofy w Czarnobylu. Jak pan się tam znalazł?
Hans Blix: – Wypadek w reaktorze nastąpił w nocy z piątku na sobotę, w poniedziałek w Szwecji odnotowaliśmy wzrost promieniowania. Skontaktowaliśmy się z szeregiem sąsiednich krajów, w tym z Polską, pytając, czy mieli awarię atomową. Rosjanie powiedzieli nam dopiero w poniedziałek wieczór, czyli cztery dni po wypadku. Świat był wściekły z powodu tego opóźnienia, bo emisja substancji promieniotwórczych cały czas trwała, a chmura radioaktywna przeleciała nad Finlandię, Szwecję i Europę Środkową.

Byłem wtedy dyrektorem generalnym Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), powiedzieliśmy Rosjanom, że jesteśmy gotowi im pomóc, jeżeli cokolwiek możemy zrobić. Zaprosili mnie i dwóch ekspertów MAEA do Moskwy, potem pojechaliśmy do Kijowa, gdzie otrzymaliśmy obszerne sprawozdanie. Wsiedliśmy do helikoptera, by obejrzeć miejsce katastrofy. Do dziś pamiętam czarny dym nad reaktorem, grafit w rdzeniu wciąż się palił, z innych helikopterów zrzucano piasek, by zatrzymać dalsze reakcje i pożar.

Potem wróciliśmy do Moskwy i zrobiliśmy dużą konferencję prasową, która wzbudziła spore zainteresowanie międzynarodowe. Wtedy myśleliśmy, że mówimy głównie do świata poza ZSRR, ale paradoksalnie nasze wystąpienia największy efekt miały w samym Związku Radzieckim – w sprawie Czarnobyla Rosjanie wierzyli własnym władzom jeszcze mniej niż ludzie na Zachodzie.

Nie przechodzą panu ciarki po plecach, gdy widzi pan dziś helikoptery zrzucające wodę na reaktory w Fukuszimie?
Każdy wypadek jądrowy tego typu budzi moje wielkie obawy. Pierwszy, w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island, nie spowodował wycieku do środowiska. Najważniejsza osłona, czyli pierwotna obudowa zabezpieczająca wokół reaktora, wytrzymała ciśnienie spowodowane stopieniem się rdzenia. O Fukuszimie mamy sprzeczne doniesienia: jedne mówią o naruszeniu obudowy zabezpieczającej, inne temu zaprzeczają, tak czy owak mamy do czynienia z przynajmniej częściowym stopieniem rdzenia. Bezpośrednią przyczyną wypadku nie było nawet samo trzęsienie ziemi, tylko tsunami, które odcięło zasilanie systemów chłodzenia. To spowodowało, że rozgrzane pręty uranowe – zarówno w samym reaktorze, jak i basenach na zużyte paliwo jądrowe – zostały odsłonięte i zaczęły wydzielać promieniowanie.

Dlaczego Japończycy postawili w jednym miejscu aż sześć reaktorów?
To mała wyspa, która potrzebuje dużo energii, a znalezienie miejsca na elektrownię nie jest łatwe. W wielu miejscach mieszkańcy zgłaszali sprzeciw – chcieli prądu z atomu, ale nie chcieli samych elektrowni. To przejaw postawy NIMBY, skrót od not in my backyard, nie na moim podwórku. Odnosi się ona do elektrowni atomowych, ale też np. lotnisk czy więzień.

Czy to mądrze, że Japonia w ogóle budowała elektrownie jądrowe, zważywszy na swoje warunki sejsmiczne?
To zagrożenie jest nieistotne. Po pierwsze, Japończycy gruntownie badają miejsca inwestycji pod kątem aktywności sejsmicznej. Po drugie, mają technologie, dzięki którym nawet ogromne, ciężkie elektrownie pozostają stabilne w razie trzęsienia ziemi. W wielu miejscach całe siłownie stoją na potężnych płytach betonowych, które w czasie wstrząsów pływają po ziemi. Po ostatnim trzęsieniu pokazywano zdjęcia miast, które zostały zrównane z ziemią, a pobliskie elektrownie atomowe jak stały, tak stoją. W Fukuszimie Japończycy nie docenili ryzyka tsunami – to ono spowodowało wypadek. Powinni byli zbudować elektrownię dalej od brzegu lub postawić wyższy wał.

Czy obawy przed drugim Czarnobylem są uzasadnione, czy też mamy do czynienia z paniką?
W Europie mamy ten luksus, że siedzimy bardzo daleko od miejsca katastrofy. Trzeba poczekać na fakty – w informacjach z Japonii jest sporo sprzeczności, co można zrozumieć, zważywszy na chaos samej katastrofy. Zanim rzucimy się do podejmowania decyzji, trzeba odbyć spokojną dyskusję.

Jak wyglądała ta dyskusja po Czarnobylu?
Stworzono dwie nowe konwencje atomowe: jedna zobowiązuje państwa do natychmiastowego informowania o wszystkich wypadkach, druga do udzielania pomocy w razie katastrofy jądrowej. Te konwencje zostały wynegocjowane i przyjęte w zaledwie trzy miesiące i obowiązują do dzisiaj. Po drugie, świat chciał wiedzieć, co dokładnie spowodowało wypadek. Ludzie byli zaskoczeni, że MAEA zdołała dwa miesiące po katastrofie zorganizować dużą konferencję z udziałem Rosjan. Przyjechał na nią prof. Walerij Legasow. Zapytałem go, ile czasu potrzebuje, by przedstawić sytuację, on na to, że około trzech godzin. Powiedziałem mu, że to nie zjazd partii. Ostatecznie mówił z notatek – dopiero na podstawie tych informacji można było dokładnie analizować sam wypadek. Rosjanie zrzucali większość winy na obsługę, dopiero później uznano, że wadliwa była konstrukcja. Dodajmy, że takich reaktorów jak tamten nigdzie się już nie buduje, ten na Litwie został wyłączony, choć kilka działa jeszcze w samej Rosji.

W Fukuszimie mamy do czynienia z amerykańskimi reaktorami Mark-1. Już w latach 70. podnoszono obawy, że ich systemy chłodzenia są niewydolne, a obudowa zabezpieczająca może pęknąć w razie stopienia rdzenia. Czy jako szef MAEA był pan informowany o tych problemach?
Po wypadku w Three Mile Island, gdzie po raz pierwszy doszło do stopienia rdzenia, w wielu reaktorach zamontowano zawory wentylacyjne. Pozwalają one upuszczać nadmiar pary powstałej wskutek przegrzania rdzenia. Ta para przed wypuszczeniem do atmosfery jest filtrowana, by obniżyć poziom jej radioaktywności. W Fukuszimie były zawory, ale filtry były albo niewystarczające, albo uszkodzone, bo w trakcie wypuszczania pary do atmosfery przedostały się również izotopy.

Po Three Mile Island położono ogromny nacisk na stworzenie kultury bezpieczeństwa atomowego. Powstała organizacja zrzeszająca firmy energetyki jądrowej, zaczęła się wymiana doświadczeń. Bezpieczeństwo jest stale poprawiane. Między Three Mile Island a Czarnobylem minęło siedem lat, od Czarnobyla do Fukuszimy prawie 25, a elektrowni jest dziś bez porównania więcej. Reaktory były w tym czasie stale poprawiane. Dla przykładu, zwalczanie obecnej katastrofy polega na przywróceniu systemu czynnego chłodzenia reaktora, tymczasem w czterech elektrowniach, które buduje się właśnie w Chinach, będzie już chłodzenie bierne, które nie wymaga zasilania.

Są też postępy w pracach nad paliwem jądrowym – rozważa się budowę reaktorów zasilanych nie uranem, tylko torem, po którym zostaje znacznie mniej odpadów radioaktywnych, na dodatek trudnych do przerobienia na broń jądrową. Moja ogólna filozofia to wiara w postęp naukowy. Brytyjczycy zbudowali w latach 50. samolot pasażerski o nazwie Comet, który miał tendencję do spadania. Odkryli, że powodem jest zmęczenie materiału, więc temu zaradzili. Dziś ludzie mówią, że technologia jądrowa jest zbyt niebezpieczna, że człowiek nie potrafi nad nią zapanować, więc musimy przestać jej używać. To tak, jakbyśmy powiedzieli, że silniki odrzutowe są za szybkie dla ludzkości i musimy zaniechać ich dalszego rozwoju.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną