Jimmy Carter wciąż w pracy

Uczciwy jak Carter
Gdy wchodzi, pokój rozjaśnia ten jego uśmiech – jak z reklamy pasty do zębów. W 1976 r. zaczarował nim Amerykanów na tyle, że byłego plantatora orzeszków ziemnych i gubernatora stanu Georgia wybrali na 39 prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Miasteczko Plains – żywe muzeum byłego prezydenta.
Kevin Fleming/Corbis

Miasteczko Plains – żywe muzeum byłego prezydenta.

Jimmy i Rosalynn Carter podczas budowy domu dla najuboższych w ramach organizacji Habitat for Humanity, Baltimore, 2010 r.
MICHAEL REYNOLDS/EPA/PAP

Jimmy i Rosalynn Carter podczas budowy domu dla najuboższych w ramach organizacji Habitat for Humanity, Baltimore, 2010 r.

Rosalynn rozmawia z mieszkankami Sudanu Południowego przed referendum w sprawie podziału kraju, Juba, 2011 r.
MOHAMED MESSARA/EPA/PAP

Rosalynn rozmawia z mieszkankami Sudanu Południowego przed referendum w sprawie podziału kraju, Juba, 2011 r.

Jimmy ratuje zółwia morskiego, Floryda, 2010 r.
ANDY NEWMAN/EPA/PAP

Jimmy ratuje zółwia morskiego, Floryda, 2010 r.

Jimmy Carter ma dziś 86 lat i nie zamierza odchodzić na emeryturę. Wciąż w drodze. – To prawda, właściwie cały czas jestem zajęty – przyznaje, gdy siada do rozmowy o swym byłym doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prof. Zbigniewie Brzezińskim. Wywiad jest ustalony z czteromiesięcznym wyprzedzeniem, a asystentka Cartera Nancy Konigsmark mówi, że i tak cudem znalazła nań pół godziny w kalendarzu prezydenta. Dziś ustala już spotkania na 2012 r. To bardzo szczegółowy i bardzo precyzyjny kalendarz. Co do minuty.

Polska nie była w centrum zainteresowania prezydentury Cartera. Miał ważniejsze sprawy: Kanał Panamski, Salt II, porozumienie z Camp David, Afganistan, nawiązanie stosunków z Chinami, szalejąca inflacja, wielokilometrowe kolejki po benzynę i na koniec kryzys irański. Jednak to Polskę wybrał na cel swojej pierwszej zagranicznej podróży w grudniu 1977 r. Nietrudno tu się doszukać inspiracji Zbigniewa Brzezińskiego, ale Carter przekonuje, że sam chciał wesprzeć Polaków w ich dążeniach do wolności i demokracji i tym samym dać sygnał, że Ameryka radykalnie zmienia swoją politykę względem Europy Wschodniej, będącej wówczas pod dominacją sowiecką. – Chciałem, żeby Polacy uwierzyli, że Ameryka jest ich przyjacielem i że nie zostawi ich samych, że popieram ich aspiracje – przekonuje dzisiaj.

Brzeziński wymyślił wizytę u kardynała Stefana Wyszyńskiego, do którego pojechał wraz z Rosalynn, żoną prezydenta (była jedną z najbardziej wpływowych Pierwszych Dam, tak wtedy jak i dziś jest jego najbliższym doradcą), nie zważając na wściekłość Departamentu Stanu i amerykańskiego ambasadora w Warszawie, którzy bali się pogorszenia stosunków dyplomatycznych z władzami PRL. To miał być jednak sygnał, że Ameryka nie rozmawia wyłącznie z reżimem, ale również ze społeczeństwem. – Popierałem pomysł Zbiga. On być może nie był najlepszym dyplomatą, ale za to był mistrzem negocjacji. Do spotkania żony z kardynałem nawiązałem w rozmowie z Edwardem Gierkiem – wspomina Jimmy Carter. – Zapytałem go, czy wierzy w Boga, odpowiedział, że jest komunistą, ale jego matka jest gorliwą katoliczką. W długiej rozmowie zachęcałem go, by raczej zaczął słuchać własnej matki!

Religijność Cartera jest legendarna. On sam wspomina, że przez cztery lata w Białym Domu codziennie z żoną czytali na głos Biblię. Po hiszpańsku, ćwicząc język. Dziś, w każdą niedzielę, uczy Biblii w szkole niedzielnej w kościele baptystów w Plains. – Nigdy tych lekcji nie opuszcza, gdy jest w mieście. Mówi prosto, z wielką pokorą – opowiada Jane Williams, członkini First Baptist Church w Plains.

Zbigniew Brzeziński ocenia, że religijność Cartera nigdy nie była na pokaz, a wynikała z głębokiej wiary. To z niej Carter czerpał przekonanie o konieczności wprowadzania zasad moralnych do polityki, co wyznaczyło kierunek jego prezydentury i zdeterminowało aktywność po odejściu z Białego Domu. Miał być też żywym przykładem, że idee, które głosi, nie są pustymi sloganami.

I faktycznie, jest pod tym względem wyjątkowy. Świadczy o tym jego solidne małżeństwo z koleżanką ze szkolnej ławy, niezakłócone żadnym skandalem. Jego przywiązanie do rodziny: ma trzech synów i jedną córkę, 12 wnucząt i 6 prawnuków. Jego przywiązanie do korzeni: wyrastał w domu, w którym ważne było poszanowanie dla drugiego człowieka, tolerancja i uczciwość. Zasady, których nauczył się w Plains, próbował wprowadzić do międzynarodowej polityki.

Mr. President

Z Atlanty jedzie się tutaj trzy godziny. Najpierw autostradą w kierunku Florydy, potem lokalnymi drogami. Nowoczesność, blichtr, bogactwo Atlanty są już tylko wspomnieniem, zamiast Starbucksów przy drogach królują lokalne knajpki jak z filmu „Bagdad Cafe”. Kilkanaście mil przed miasteczkiem reklamuje się doroczny Festiwal Orzeszków Ziemnych. Plains ma niewiele ponad 600 mieszkańców, centrum miasta to zaledwie 6 domów przytulonych do siebie. Z jednej strony hotel, który kilkanaście lat temu Rosalynn i Jimmy sami urządzili, a wystrój każdego pokoju reprezentuje inne dziesięciolecie ubiegłego wieku. Lata 70. to oczywiście presidential suite, z wielkim łożem z baldachimem. Noc w prezydenckim apartamencie kosztuje 80 dol. i można liczyć na zniżkę.

W ciągu starych budynków są sklepiki oferujące, jakże by inaczej, gadżety i pamiątki sygnowane nazwiskiem Jimmy’ego Cartera oraz – co w tym miejscu również oczywiste – orzeszki ziemne w każdej postaci, nawet lodów. Sprzedawczyni nakłada po wielkiej porcji i opowiada, że z mężem kupili ten sklep właśnie od byłego prezydenta. W małej knajpce tuż obok menu tradycyjne: smażone kurczaki, burgery, frytki. Nic wyszukanego, podobnie jak w najmodniejszej – choć to słowo tutaj śmieszy – Mom’s Kitchen, lokalnej restauracji. – Pan prezydent często jada tu obiady i kolacje – opowiada Steve Thuess, pracujący w Jimmy Carter National Historic Site.

Mieszkańcy, choć Jimmy’ego znają od zawsze, nie mówią o nim inaczej jak Mr. President. I nie jest przesadą stwierdzenie, że Plains to żywe muzeum byłego prezydenta. Niemal na każdym rogu ulicy jest plakat z jego nazwiskiem. Tu chodził do szkoły, tu był jego sklep, tu sprzedawał fistaszki, mieszkał, prowadził kampanię. W dawnym sztabie wyborczym bezcenne plakaty wyborcze, wycinki z gazet. I te najsłynniejsze: „Jimmy Who? Running for what?”.

Tak Ameryka witała wiadomość o kandydowaniu w wyborach wówczas nikomu nieznanego plantatora orzeszków. Potem już nikt nie pytał: Jimmy who? Bo Jimmy szedł jak burza, deklasując konkurentów w kolejnych prawyborach. Ameryka, poraniona wojną w Wietnamie i aferą Watergate, uwierzyła w uczciwość, prostolinijność i normalność kandydata z Plains, który choć był gubernatorem Georgii, nie miał nic wspólnego z waszyngtońskim establishmentem. Mówił o prostych, ale ważnych sprawach; o dumie, potędze, poszanowaniu praw i godności każdego człowieka, ciężkiej pracy i uczciwości. Powtarza to zresztą do dziś. Z takim samym zaangażowaniem.

W Plains można zapomnieć, że Ameryka ma innego prezydenta. A te pamiątki, plakaty, wszechobecne fistaszki to także dobry biznes. Steve Theus (przewodnik, rocznie oprowadza po Plains co najmniej 80 tys. turystów) wie, że wielu liczy na osobiste spotkanie z prezydentem. – I wielu go spotyka. Pan prezydent często spaceruje po mieście, jeżdżą z żoną na rowerach (trzykołowych, wymagających dużej wprawy i sporej sprawności fizycznej), wpadają na kurczaki do Mom’s Kitchen. Każdy może podejść, porozmawiać. W kościele co niedzielę są tłumy, które mieszają się z oficerami Secret Service. Byłemu prezydentowi ochrona przysługuje do końca życia.

Ale myliłby się ten, kto sądzi, że Jimmy Carter prowadzi sielankowe życie na amerykańskiej prowincji w otoczeniu rodziny i życzliwych sąsiadów. Po pierwsze, pisze. Codziennie. Wydał już 26 książek, w tym jedną powieść o historii wojny secesyjnej. Pozostałe to wspomnienia z Białego Domu i polityczne analizy, za sprawą których nierzadko wkłada kij w mrowisko politycznej poprawności. Jak choćby ta oskarżająca Izrael o apartheid w stosunku do Palestyńczyków. Pisze wiersze. Robi meble. Ostatnio zaczął malować obrazy. Buduje też domy dla najuboższych w ramach organizacji Habitat for Humanity. W Tajlandii, w zdewastowanym po Katrinie Nowym Orleanie, w Kongu i na Haiti. Przynajmniej raz w roku on i jego żona jadą nosić deski i wbijać gwoździe. Wygłasza odczyty, od 30 lat jest profesorem na Emory University w Atlancie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną