Świat

Zaszywanie ran

Rwanda przeżyła rzeź. Teraz wychodzi na prostą

Centrum Pamięci Ludobójstwa na stoku wzgórza Gisozu. Budowa muzeum miała być pierwszym krokiem w stronę pojednania. Centrum Pamięci Ludobójstwa na stoku wzgórza Gisozu. Budowa muzeum miała być pierwszym krokiem w stronę pojednania. Wolfgang Kumm/DPA / PAP
Interwencja międzynarodowa była zbyt późna i słaba. Wymordowano tu prawie milion ludzi. Dziś Rwanda przezwycięża nienawiść.
Dzisiejsza Rwanda już rządzona jest twardą ręką. Na fot. Kigali.Kathrina Szymborski/Polityka Dzisiejsza Rwanda już rządzona jest twardą ręką. Na fot. Kigali.
Rwanda to dziś kraina zielonych wzgórz, pokrytych licznymi polami.Corbis Rwanda to dziś kraina zielonych wzgórz, pokrytych licznymi polami.
Obóz dla uchodźców z Rwandy w Kibumba, Kongo.Julien Harneis/Polityka Obóz dla uchodźców z Rwandy w Kibumba, Kongo.

Szanowni Państwo, lądujemy na Międzynarodowym Lotnisku w Kigali. Prawo Rwandy zabrania importu i używania plastikowych toreb. Jeśli posiadają Państwo takie w bagażu podręcznym – proszę pozostawić je w samolocie”. Taki komunikat wita przylatujących do Rwandy. Początkowo nie zwróciłem na niego uwagi, ale z upływem dni zalecenie nabierało symbolicznego znaczenia.

Rwanda, o której istnieniu jeszcze przed 20 laty mało kto poza afrykanistami wiedział, zyskała międzynarodową sławę – tę najbardziej złowrogiego rodzaju – w 1994 r. Wtedy rząd kraju podjął próbę ostatecznego rozwiązania problemu etnicznej mniejszości Tutsi; zastępy wspieranych przez rząd zabójców z Interahamwe (stworzona przez ekstremistycznych nacjonalistów Hutu paramilitarna organizacja przywodząca na myśl bojówki hitlerowskie SA) zamordowały w ciągu trzech miesięcy 800 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci (rząd mówi o ponad milionie zabitych, ale liczba ta może być zawyżona). Niektóre rzeki naprawdę były czerwone od krwi ofiar, a gdy zwycięskie oddziały dowodzonej przez Paula Kagame armii partyzanckiej wkraczały do stolicy, Kigali, miasto było opustoszałe, ulice i kościoły zasłane stosami rozkładających się ciał, które szarpały sfory bezpańskich psów. Była to Rwanda opisana przez Ryszarda Kapuścińskiego, śmiertelnie ranny kraj pozbawiony nadziei odrodzenia.

Sprawcy ludobójstwa w obawie przed zasłużoną karą masowo – w liczbie szacowanej na około 3 mln – uciekli z kraju do sąsiedniego Konga, tworząc gigantyczny humanitarny i polityczny problem, który rozwiązać musiał nowy rząd Rwandy. Jeśli dziś, kilkanaście lat po akcie ludobójstwa i nieco ponad 10 lat od końca krwawej i brutalnej wojny domowej, problemem najwyższej wagi jest ochrona środowiska naturalnego przed zanieczyszczeniem plastikowymi wyrobami nowoczesnego przemysłu, to trudno o bardziej wymowny symbol powrotu do normalności.

Ten radykalny zakaz ma też inny symboliczny sens – dzisiejsza Rwanda już jako republika, z demokratycznie wybranym prezydentem, rządzona jest twardą ręką. Nie jest to demokracja w liberalnym, europejskim stylu. Raczej demokracja kontrolowana lub – jak twierdzą krytycy prezydenta Kagame – oświecony absolutyzm. A może powrót do tradycyjnych rwandańskich form społecznej organizacji?

Urzekająco piękny kraj

Nie bez powodu Rwanda zwana jest krajem tysiąca wzgórz lub Szwajcarią Afryki. Przeważająca część jej terytorium, 12-krotnie mniejszego od Polski, to zielone wzgórza przechodzące na zachodnim skraju, przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga, w sięgające 4500 m nad poziom morza pasmo wulkanicznych Gór Wirunga, ostatnie siedlisko zagrożonych wyginięciem górskich goryli. Nieco na południe, aż po granicę z Burundi, rozciąga się jedno z najpiękniejszych afrykańskich wielkich jezior – Kiwu. Średnie wzniesienie 1500 m n.p.m. zapewnia Rwandzie łagodny klimat, a także mniejsze niż na nizinnych terenach zagrożenie malarią. Choć kraj ma największą w Afryce gęstość zaludnienia (400 mieszkańców na km kw. przy około 10 mln mieszkańców), zdołały się w nim zachować trzy parki narodowe – Park Goryli w Górach Wirunga, górski las tropikalny Nyangwe na południowym zachodzie i Park Narodowy Akagera na granicy z Tanzanią, będący miniaturą słynnego tanzańskiego ekosystemu Serengeti (którego rozmiary przekraczają całą powierzchnię Rwandy!). Intensywna uprawa ziemi sprawia, że z każdego niemal miejsca roztaczają się rozległe widoki na ciągnące się po horyzont wzgórza, których stoki pokrywają gęsto poletka ziemniaków, pszenicy czy fasoli, zaś w dolinach zachodniej części kraju plantacje herbaty i kawy.

Jest to widok sielankowy, niemal kojący. W tym łagodnym krajobrazie co chwilę natrafia się na masowe groby.

Ciemna strona człowieka

Od grobów też zaczyna się nasza wizyta. Otwarte w 2004 r. Centrum Pamięci Ludobójstwa jest miejscem, które każdy przyjezdny powinien odwiedzić. Muzeum zagłady wzniesiono na stoku wzgórza Gisozu, w miejscu masowego grobu, w którym pochowano ponad 250 tys. ofiar masakry. Naszym przewodnikiem jest Damasen, kierowca z MSZ, który jako 8-letni chłopiec był świadkiem śmierci całej swojej rodziny. Ich szczątki też spoczywają w masowym grobie. – Fakt, że żyję – wyznaje nieco później Damasen – zawdzięczam żołnierzowi Hutu, który ocalił mnie w akcie miłosierdzia.

Na dolnym piętrze muzeum rzędy ustawionych w szklanych gablotach białych bezimiennych czaszek, krótki opis kolejności tragicznych zdarzeń, prymitywne narzędzia zbrodni, zdjęcia uśmiechniętych dzieci z podpisami: „Nazywam się Joseph. Miałem dwa lata. Wydłubano mi oczy i rozbito głowę o ścianę”. W nagranych na taśmach wideo relacjach świadków zbrodni, którym udało się ujść z życiem, słychać beznamiętną relację: „nie wszyscy Hutu brali udział w pogromach. Jakieś 5 proc. starało się nam pomóc, a 5 proc. zachowało obojętność. W morderstwach uczestniczyło tylko pozostałe 90 proc.”.

Budowa muzeum nie miała jednak służyć utrwaleniu zapiekłej nienawiści, lecz stanowić pierwszy krok w kierunku pojednania. Ekspozycja na górnym piętrze Centrum Pamięci ma przesłanie uniwersalne: „Rwanda nie jest jakimś wyjątkowym krajem moralnych potworów. Ludzie w pewnych warunkach zdolni są do skrajnego okrucieństwa i fakt ten udowodniono już wcześniej w Turcji, w czasie rzezi Ormian, w Auschwitz, w Srebrenicy czy w opanowanej przez Czerwonych Khmerów Kambodży. Musimy dołożyć wszelkich starań, by warunki takie nigdy więcej się nie powtórzyły”. Jakie okoliczności doprowadziły do rzezi 1994 r.?

 

 

Kronika śmierci przepowiedzianej

Historia rzezi – a także późniejszego odrodzenia – sięga czasów przedkolonialnych. Przed przybyciem w te strony (pod koniec XIX w.) pierwszego Europejczyka Rwanda była sprawnie funkcjonującym królestwem, którego wódz wywodził się z arystokratycznej grupy Tutsich, zaś blisko 85 proc. społeczeństwa stanowili Hutu. Czy były to odrębne rasy, czy raczej coś na kształt hinduskiego systemu kastowego, pozostaje kwestią sporną. Nie wiadomo także, kiedy Tutsi i Hutu, mówiący tym samym językiem i często mieszający się ze sobą, osiedlili się w tej górzystej krainie – w XII, a może XV w. – i czy dotarli tu razem, czy osobno. Dość, że pierwotni mieszkańcy Rwandy, Pigmeje Batwa, zepchnięci zostali na margines społeczeństwa i dziś stanowią jedynie 1 proc. ludności Rwandy.

Po pierwszej wojnie światowej protektorat nad terytorium zwanym wtedy Ruanda-Urundi przejęli, po wypędzeniu nielicznych Niemców, Belgowie. W Europie panowała wówczas moda na klasyfikowanie ludzi według rasowej przynależności i nowi protektorzy, na których wielkie wrażenie zrobiła inteligencja, poczucie godności (i uroda) miejscowej arystokracji, uznali, że Tutsi nie mogą być negroidami, lecz są przybyłymi onegdaj z północy nilotami. W 1933 r., w którym Hitler doszedł do władzy, Belgowie postanowili wpisać rasową przynależność mieszkańców Rwandy do ich dowodów tożsamości. Kto miał więcej niż 10 krów, automatycznie stawał się Tutsi, a kto uprawiał rolę – Hutu. Przyszłym bojówkom Interahamwe oddali nieocenioną przysługę. Wpisana do dowodu tożsamości rasa decydowała w 1994 r. o życiu lub śmierci – choć wśród ofiar nie zabrakło także tzw. umiarkowanych Hutu.

Belgowie dokonali jednak czegoś więcej, przygotowując grunt pod przyszłe pogromy. „Opiekując” się Rwandą początkowo oparli się całkowicie na tradycyjnych strukturach społecznych, czyniąc z elity Tutsi narzędzie kolonializmu. Kiedy jednak w Europie pojawiły się nowe, lewicowe trendy i rasizm zastąpiły idee sprawiedliwości społecznej, nowe pokolenie belgijskich zarządców uznało, że feudalizm Rwandy to system klasowej opresji.

Wbrew protestom Tutsi, którzy obawiali się, że nagłe wprowadzenie w kraju demokracji w stylu europejskim może zagrozić ich bezpieczeństwu – wezwany w 1959 r. na konsultacje z Belgami król Mutara III Rudahigwa powrócił do kraju w trumnie, prawdopodobnie otruty – dwa lata później w Rwandzie dokonana została „antyfeudalna rewolucja”, monarchię i władzę przejęła większość, czyli Hutu.

Zgodnie z ideologią nowych władz Tutsi byli obcymi najeźdźcami, których należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. O tym, że byli oni biologicznymi wrogami Hutu pragnącymi jedynie ich zagłady, uczono przez 30 lat w szkołach, pisano w ściśle kontrolowanej przez totalitarną władzę prasie i głoszono w radiu.

Pierwsze rzezie zaczęły się już w 1959 r. i dwuletni wówczas Paul Kagame, cudem uniknąwszy śmierci, opuścił z rodziną kraj i wychował się w obozie dla uchodźców w sąsiedniej Ugandzie. W 1990 r. stanął na czele znakomicie wyszkolonej i zdyscyplinowanej armii partyzanckiej, której bazą były góry Wirunga. Kagame domagał się prawa Tutsi do powrotu do kraju oraz gwarancji bezpieczeństwa dla wszystkich obywateli. W kwietniu 1994 r. kompromis wydawał się bliski, lecz prezydent Juvenal Habyarimana zginął w zamachu, co stało się sygnałem do rozpoczęcia rzezi Tutsi. Kagame wydał swej armii rozkaz ataku i 4 lipca jego oddziały zdobyły Kigali.

Jednego pytania nie wolno zadawać

Kigali jest teraz wielkim placem budowy i zamienia się w pulsującą, pełną życia metropolię. Pod rządami prezydenta Kagame (rok temu wybranego na drugą 7-letnią kadencję) Rwanda stała się „największym afrykańskim sukcesem”. Kraj rozwija się w tempie 6 proc. rocznie i rząd realizuje ambitny program „Rwanda 2020”, którego celem jest awans do grupy średnio zamożnych państw. Choć hasłem chwili jest pojednanie, o przeszłości trudno zapomnieć nawet przybyszowi z zewnątrz.

Wędrując po Rwandzie, obserwując ludzi i rozmawiając z nimi, nie można pozbyć się natarczywego pytania, kto tu jest ofiarą, a kto mordercą? Tych ostatnich było przecież około 1,5 mln i setki tysięcy skazanych przez tradycyjne ludowe trybunały, gacaca, po odbyciu połowy kary wyszło już na wolność. Jednego pytania nie wolno tu zadawać – kto z rozmówców należy do plemienia Hutu, a kto jest Tutsi? Podziały rasowe zostały oficjalnie zakazane.

Uważny obserwator może jednak wyrobić sobie pogląd, że choć potomkowie dawnej przedkolonialnej arystokracji nie mają już trzód rogatych krów, których liczebność decydowała o ich statusie społecznym, są wykształceni i mają władzę, i znów należą do elity kraju. Kraju, który może stać się symbolem nowej, szczęśliwszej Afryki.

Polityka 23.2011 (2810) z dnia 30.05.2011; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Zaszywanie ran"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną