Turcja przed wyborami

Kanał Erdoğana
Rządząca w Turcji od 2002 r. Partia Sprawiedliwości i Rozwoju nie przegrała jeszcze żadnych wyborów i 12 czerwca wygra kolejne. Jak wielką będzie dzierżyć władzę może zadecydować głośna seksafera polityków opozycji.
Premier Tayyip Erdogan. Rewolucja na Bliskim Wschodzie zmusiła Turków do przemyślenia swojej polityki zagranicznej.
Umit Bektas/Reuters/Forum

Premier Tayyip Erdogan. Rewolucja na Bliskim Wschodzie zmusiła Turków do przemyślenia swojej polityki zagranicznej.

Stambuł, demonstracja antyrządowa przeciw planowanej cenzurze Internetu. Wielu Turków niepokoją autorytarne ciągoty premiera.
Murad Sezer/Reuters/Forum

Stambuł, demonstracja antyrządowa przeciw planowanej cenzurze Internetu. Wielu Turków niepokoją autorytarne ciągoty premiera.

Devlet Bahceli, lider MHP. Czy jego partia po seksaferze znajdzie się za burtą?
TOLGA BOZOGLU/EPA/PAP

Devlet Bahceli, lider MHP. Czy jego partia po seksaferze znajdzie się za burtą?

To nasze ostatnie ostrzeżenie. Jeśli ujawnimy nowe nagrania, rozpęta się piekło. Nie zmuszaj nas do tego” – grozili autorzy listu otwartego, zamieszczonego na stronie internetowej o nazwie Inni Narodowcy. Powody do niepokoju mógł mieć Devlet Bahceli, lider skrajnie prawicowej Partii Ruchu Narodowego (MHP). Kilka tygodni wcześniej w sieci pojawiły się bowiem, nagrane ukrytymi kamerami, filmy pokazujące posłów MHP w intymnych sytuacjach z młodymi kobietami. Jedna z nich miała ponoć 16 lat. Filmy doprowadziły do dymisji dziesięciu posłów MHP, ale na tym mogło się nie skończyć.

Przed wybuchem seksafery praktycznie jedyną rzeczą, nad którą dywagowali tureccy komentatorzy w związku z nadchodzącymi 12 czerwca wyborami do parlamentu, była różnica, z jaką rządząca Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) zmiażdży przeciwników. Teraz jednak – choć w sieci nie pojawiły się kolejne filmy i choć Bahceli nie podał się do dymisji – to właśnie MHP znalazła się w centrum uwagi. Jej wynik w wyborach zadecyduje bowiem o kształcie tureckiej polityki na najbliższe pięć lat, jeśli nie na dłużej.

Wyborcze rozdania

AKP, która rządzi nieprzerwanie od prawie 10 lat, może liczyć nawet na 50 proc. głosów. Jeszcze rok temu jej główny przeciwnik, opozycyjna Republikańska Partia Ludowa (CHP), ostro walczył o utrzymanie pozycji. Zmienili lidera, porzucili hasła o obronie sekularyzmu na rzecz walki z korupcją i bezrobociem, pozbyli się wielu partyjnych dinozaurów i zrobili ukłon w stronę wyborców kurdyjskich. Wszystko w nadziei na podjęcie wyrównanej walki z partią premiera Tayyipa Erdoğana (AKP). Plan jednak się nie powiódł. CHP powinna być zadowolona, jeśli uda jej się zdobyć choćby 30 proc. głosów. W jeszcze większych tarapatach znajdują się prawicowcy z MHP. Partia, która w takim samym stopniu słynie ze swojej wrogości do Europy i USA co z chęci związania Turcji z krajami Azji Środkowej i Rosją, jeszcze do niedawna mogła liczyć na co najmniej 15 proc. głosów. Jednak po seksaferze walczy o pokonanie 10-proc. progu wyborczego.

Wywindowany próg wyborczy przez lata uniemożliwiał wejście do parlamentu wszystkim mniejszym ugrupowaniom. Na przykład partie kurdyjskie, które reprezentują interesy blisko 15 mln Kurdów, nie uzyskiwały takiego poparcia i przez to nie miały reprezentacji na szczeblu krajowym. (W ostatnich wyborach kurdyjscy politycy zdołali przekroczyć próg, startując jako kandydaci niezależni). Poza tym 10-proc. próg sprawia, że głosy niemal połowy Turków, którzy w wyborach popierają mniejsze ugrupowania, w praktyce są po prostu marnowane.

Jeśli MHP znajdzie się za burtą, partia premiera zyska wystarczającą liczbę głosów, aby przeforsować nową konstytucję. 330 mandatów (z 550) pozwoli AKP napisać konstytucję własnoręcznie i poddać ją pod referendum. A przy 367 miejscach w parlamencie nie trzeba będzie nawet przeprowadzać referendum. Erdoğan dokłada więc wszelkich starań, by MHP powinęła się noga. Stąd podejrzenia, że maczał palce w ujawnieniu seksafery. Próbując pozyskać część tradycyjnego elektoratu narodowców, turecki premier skręca dziś coraz bardziej na prawo. Twierdzi np., że żadnej kwestii kurdyjskiej w Turcji dziś nie ma, choć jeszcze kilka lat temu publicznie głosił, że państwo tureckie musi rozpocząć nowy rozdział w stosunkach z kurdyjską mniejszością i przyznać jej należne prawa kulturowe i językowe.

O dziwo MHP, której bojówki były postrachem Kurdów i tureckiej lewicy w latach 70., kibicuje dziś spora część jej najbardziej zagorzałych przeciwników, z liberałami włącznie. Ci, choć nie cierpią faszyzującego Bahceliego, boją się zdominowania sceny politycznej przez Erdoğana i modlą się o to, by opozycja mogła stworzyć wiarygodną przeciwwagę dla AKP. Wielu prorządowych komentatorów podkreśla oczywiście, że zdobycie przez AKP bezwzględnej większości to jedyny sposób na wprowadzenie w Turcji prawdziwie demokratycznej konstytucji w miejsce tej, którą narzuciła Turkom wojskowa junta w 1982 r. Jedynie poprzez zmarginalizowanie niezdolnej do reform opozycji – argumentują – uda się znieść kolejne ograniczenia wolności słowa i rozwiązać, choćby tymczasowo, konflikt z Kurdami.

Wielu Turków – nawet tych, którzy nie kryją swojej sympatii do AKP – obawia się jednak o to, co może nastąpić, jeśli Erdoğan zgarnie całą pulę. „Przyglądając się liście kandydatów AKP, ma się wrażenie, że Erdoğan będzie oczekiwać od swojej grupy parlamentarnej pełnego posłuszeństwa”, ostrzega Sahin Alpay, felietonista prorządowego dziennika „Zaman”. Istnieje ryzyko, dodaje, że konstytucja przygotowana pod dyktando AKP będzie służyć jej do osłabienia opozycji i otworzenia Erdoğanowi drogi do prezydentury.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną