Pentagon: Twierdza Ameryki, wojenne centrum dowodzenia
28 km korytarzy, 4200 zegarów, 20 restauracji i 284 toalety. Stąd Ameryka prowadzi swoje wojny, bez przerwy od 60 lat.
Pentagon to tak naprawdę nie jeden, ale pięć budynków, koncentrycznych pierścieni na planie pięcioboku.
Departament Obrony USA

Pentagon to tak naprawdę nie jeden, ale pięć budynków, koncentrycznych pierścieni na planie pięcioboku.

Stacja metra pod Pentagonem. By oszczędzić na windach budowniczy połączyli piętra szerokimi rampami.
Jacquelyn Martin/AP/EAST NEWS

Stacja metra pod Pentagonem. By oszczędzić na windach budowniczy połączyli piętra szerokimi rampami.

Salvatore Giunta, pierwszy żołnierz odznaczony Medalem Honoru od czasów Wietnamu, oprowadza rodzinę po Pentagonie.
Departament Obrony USA

Salvatore Giunta, pierwszy żołnierz odznaczony Medalem Honoru od czasów Wietnamu, oprowadza rodzinę po Pentagonie.

You! Sir! – wrzeszczy osiłek w czarnych okularach i brązowym mundurze. Próba podejścia bliżej nie jest dobrym pomysłem – palec osiłka ląduje na cynglu karabinu, z potencjalnym celem rozmawia się na odległość wygodnego strzału. Pentagonu broni specjalna formacja policji, jej członkowie z wyglądu przypominają raczej żołnierzy, a zachowują się tak, jakby stali na rogatkach Kabulu. Mają powód być nieco spięci: w marcu 2010 r. szaleniec wyciągnął broń i postrzelił dwóch z nich, zanim zdołali odpowiedzieć ogniem. W październiku ktoś opróżnił magazynek, strzelając w okna na drugim i trzecim piętrze. Pięć kul utkwiło w pancernych szybach, sprawcy dotychczas nie złapano.

23 tys. osób przyjeżdża codziennie do pracy w departamencie obrony USA. Ze stacji metra pod Pentagonem wylewa się rzeka ludzi, którzy miarowym krokiem zmierzają do wejść, machinalnie pokazują legitymacje. Kto idzie wolniej, do tego rozgląda się na boki, od razu budzi podejrzenia. Gości, także tych zaproszonych, policja wyławia i kieruje do kontroli osobistych jak na lotnisku: dwa dokumenty tożsamości, prześwietlanie bagażu, wykrywacze metalu – wszystko w wojskowym drylu, bez zbędnych uprzejmości. Kto przeciśnie się przez to sito, nie wzbudzając podejrzeń, ma prawo podejść do głównego wejścia. Wiosenny upał zostaje za drzwiami, ściana zimnego powietrza potęguje wrażenie, że wchodzi się do bunkra.

Z tego bunkra Ameryka kieruje swoimi wojnami, śledzi ruchy obcych armii, zamawia nową broń, przydziela awanse i racje żywnościowe. Pentagon to zarazem siedziba największego pracodawcy w Ameryce – departament obrony USA zatrudnia 3,7 mln ludzi, w tym 1,4 mln żołnierzy służby czynnej i 700 tys. cywili. Tych ostatnich najwięcej pracuje właśnie w Pentagonie, sekretarz obrony jest cywilem, a tylko połowa personelu to mundurowi. Mimo to zagęszczenie oficerów jest tak duże, że w budynku zniesiono obowiązek salutowania. – Inaczej nie robilibyśmy niczego innego. Pierwszego dnia służby wpadłam w stołówce na czterogwiazdkowego generała. Szeregowiec raczej ich nie widuje – mówi sierżant w galowym mundurze i białych rękawiczkach.

Sześć razy Polska

Na piersi pani sierżant dzwoni więcej medali niż u radzieckiego generała – kilka za Bośnię i Irak, ale większość za oprowadzanie wycieczek po Pentagonie. Przewodnicy rekrutują się z Pierwszej Brygady z Wirginii, tej samej, która chowa poległych na cmentarzu w Arlington i wystawia kompanię honorową w Białym Domu. Pani sierżant chodzi tyłem, bo regulamin wymaga, by wycieczek nie spuszczać z oka. Gościom nie wolno korzystać z toalet, jeść ani pić, zaczepiać pracowników ani się zatrzymywać. Nie wolno robić zdjęć ani używać telefonu. To ostatnie mija się zresztą z celem – ściany są odlane z betonu, więc zasięgu wewnątrz praktycznie nie ma. Specjalne pole magnetyczne uniemożliwia nawet robienie zdjęć przed budynkiem.

W Pentagonie jest co chronić. Oprócz sekretarza obrony USA urzęduje tutaj kolegium połączonych szefów sztabów, najwyższe ciało doradcze prezydenta w sprawach wojskowych, mieszczą się też kwatery główne wszystkich rodzajów sił zbrojnych USA: wojsk lądowych, sił powietrznych, marynarki wojennej i piechoty morskiej. Każdy rodzaj wojsk ma własny sztab, nad którym góruje Narodowe Centrum Dowodzenia Wojskowego. Stamtąd wychodzą rozkazy do sześciu połączonych dowództw, nadzorujących obecność amerykańską w różnych częściach świata. Po ataku z 11 września 2001 r. wszystkie sztaby w Pentagonie przeniesiono pod ziemię, Narodowe Centrum Dowodzenia Wojskowego umieszczono częściowo w gigantycznej, stalowej skrzyni.

Ale Pentagon to przede wszystkim monstrualna biurokracja. Departament Obrony zawiaduje największym budżetem spośród wszystkich amerykańskich ministerstw – tylko w tym roku wyda 668 mld dol., w przeliczeniu sześciokrotność budżetu Polski. Sama księgowość zatrudnia kilka tysięcy osób, równie liczne są działy kadr i zakupów dla wojska. Ta cywilno-wojskowa machina nie robiłaby jednak większego wrażenia, gdyby nie wyjątkowy pięciokątny budynek, w którym się mieści. – Pentagon to archetyp amerykańskiej twierdzy, symbol potęgi wojskowej Stanów Zjednoczonych. Nawet w Ameryce jednych napawa dumą, u innych budzi odrazę – mówi Steve Vogel, autor monumentalnej historii budynku.

Jeszcze w latach 80. Pentagon był powszechnie dostępny. „Od czterogwiazdkowego generała po 15-letniego chłopca, każdy może wejść do środka. Panie przy wejściu udzielą informacji i zaprowadzą obcego do dowolnego pokoju” – pisał w 1962 r. płk Ludowego Wojska Polskiego Paweł Monat. Kilka lat wcześniej Monat był attaché wojskowym ambasady PRL w Waszyngtonie i w ramach obowiązków szpiegował w Pentagonie. W 1959 r. wrócił do Warszawy, by zostać dyrektorem wydziału ataszatów, a przy okazji zebrać informacje dla swoich nowych szefów z CIA. Rok później podwójny agent uciekł z rodziną do USA, gdzie napisał książkę o tym, jak chodził na obiady w departamencie obrony, podsłuchiwał rozmowy, a potem raportował je do Warszawy.

Fryzjer, optyk i hot dogi

Fortecę nad Potomakiem postawiono w 16 miesięcy. Gdy w Europie wybuchła II wojna światowa, ówczesny departament wojny USA był rozparcelowany na 17 budynków, rozsianych po całym Waszyngtonie. Ameryka przystąpiła do działań bojowych dopiero po ataku na Pearl Harbor dwa lata później, ale już wówczas dowódcy marnowali mnóstwo czasu, krążąc po mieście. W 1941 r. szef zaopatrzenia armii gen. Brehon B. Somervell zaproponował, by umieścić cały resort pod jednym dachem, 40 tys. osób w jednym budynku. W samym Waszyngtonie nie było już dość dużej działki, wybór padł więc na sąsiednią Wirginię. Pięcioboczny kształt był dziełem przypadku – taki obrys miała pierwsza działka, wyznaczona pod budowlę po drugiej stronie Potomaku.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj