Świat

Boże, pobłogosław Węgrów

Węgrzy rozczarowani reformami

Victor Orbán, zwany Victatorem. Victor Orbán, zwany Victatorem. Bernadett Szabo/Reuters / Forum
Węgierskie reformy nie tracą impetu ani krytyków. Ale zwolenników już tak. Bo rozczarowanych rewolucją przybywa.
Fidesz proponuje: mniejszy parlament, późniejsze emerytury dla mundurowych, cięcia opieki społecznej i program prac publicznych dla Romów.Bernadett Szabo/Reuters/Forum Fidesz proponuje: mniejszy parlament, późniejsze emerytury dla mundurowych, cięcia opieki społecznej i program prac publicznych dla Romów.
Emerytury na Węgrzech pobiera 30 tys. byłych mundurowych, którzy nie świętowali jeszcze 57 urodzin.Laszlo Balogh/Reuters/Forum Emerytury na Węgrzech pobiera 30 tys. byłych mundurowych, którzy nie świętowali jeszcze 57 urodzin.
Bezrobotni Romowie, 10 proc. mieszkańców kraju, biorą zasiłki, nie szukają pracy i pogrążają się w apatii? Fidesz ma program prac publicznych, skrojony głównie z myślą o nich.Toby Binder/Anzenberger/Forum Bezrobotni Romowie, 10 proc. mieszkańców kraju, biorą zasiłki, nie szukają pracy i pogrążają się w apatii? Fidesz ma program prac publicznych, skrojony głównie z myślą o nich.

Ilekroć András Lánczi, profesor filozofii politycznej z budapeszteńskiego uniwersytetu Corvinus, musi obcokrajowcom objaśniać zawiłości węgierskiej polityki, rozdaje im jednostronicową ściągawkę: ustrój, prezydent, premier, liczba posłów itd. – Ściąga nie jest aktualna – zaznacza. – Mamy tu bezkrwawą rewolucję i nowa rama państwa powstaje tak szybko, że nie nadążam uzupełniać – przyznaje z nieskrywanym entuzjazmem. Bo nad Dunajem komentatorzy polityczni jasno określają, po której stronie politycznego sporu stoją. Prof. András Lánczi, zarówno „jako Węgier”, jak i spec od polityki, trzyma kciuki za premiera Viktora Orbána i jego konserwatywny rząd, który od równo roku przeprowadza najśmielszy eksperyment ustrojowy w Europie.

Zdaniem profesora – i około 2 mln jego rodaków skłonnych nadal głosować na rządzący Fidesz – 10-milionowe Węgry po 20 latach niemrawego odchodzenia od gulaszowego komunizmu stają się nareszcie normalnym krajem, takim jak Polska, Czechy czy Słowacja. Wyborcy Fideszu, rekrutujący się z licznej, w znacznej części biedniejącej klasy średniej, zgadzają się z taką oto diagnozą: poprzednie ekipy, zwłaszcza socjaliści, którzy byli u władzy dwie poprzednie kadencje, doprowadzili do katastrofy, dbali przede wszystkim o komfort inwestorów zagranicznych.

Upadek Węgier

Prawda, Węgrzy dużo się od międzynarodowych firm nauczyli, przyciągnięto niemały kapitał, w tym znaczny z Chin, Budapeszt stał się bankowym i finansowym sercem regionu. Jednak polityka ustępstw na rzecz Unii (dość łatwo zapomniano, że sporo w tym winy samego Fideszu, który w okresie 1998–2002 był u władzy i negocjował warunki wejścia do UE) oraz dopieszczanie inwestorów dogodnymi dla nich warunkami prywatyzacji spowodowały upadek Węgier. Jego symbolem stała się recesja, 80-proc. dług publiczny i wysokie, porównywalne z polskim bezrobocie.

To także setki tysięcy utrzymywanych przez państwo amatorów nie zawsze uzasadnionych zasiłków (w wielu wypadkach Romów), fałszywych rencistów i prawie milion młodych emerytów. Oraz kryzys na rynku nieruchomości. W Budapeszcie, inaczej niż w Warszawie, można przebierać w okazyjnych ofertach wynajmu lub kupna, od mieszkań w reprezentacyjnych kamienicach z widokiem na główne place Pesztu, przez dowolnej wielkości biura w Budzie, aż po hektary w bezstylowych centrach handlowych na przedmieściach.

A do tego Węgrzy latami słyszeli od lewicy i liberałów, że bycie Węgrem nie może być powodem do dumy, bo z czego tu się cieszyć, skoro paktowali z Hitlerem, zafundowali sobie autorytarne rządy i uczestniczyli w Holocauście. – Na to wszystko w zeszłym roku pojawił się Viktor Orbán, który nie bał się zdefiniować węgierskiego interesu narodowego, czego socjaliści unikali jak ognia. Wezwał, byśmy wreszcie odzyskali węgierskość i zmienili nasz sposób myślenia – mówi prof. Lánczi.

Premier już przestawił Węgry na nowe tory. Poszło mu tym łatwiej, że Fidesz w zeszłym roku zgarnął dwie trzecie miejsc w parlamencie, w tym 170 ze 172 mandatów obsadzanych w wyborach bezpośrednich (reszta z 386 posłów pochodzi z list partyjnych). Oprócz komfortowej większości, Viktora Orbána wyróżnia także fakt, że spieszy się ze spełnianiem wyborczych obietnic. – Reformy trzeba przeprowadzać w pierwszym, najpóźniej drugim roku rządów, na dokonanie podstawowej zmiany zostało nam więc bardzo niewiele czasu – mówi wicepremier Tibor Navracsics, zaufany premiera.

Nowe role

Fundamentem zmian jest kwietniowa konstytucja, nad którą zdominowany przez Fidesz parlament pracował raptem trzy tygodnie. Wejdzie w życie 1 stycznia. Konstytucja zaczyna się pierwszymi wersami hymnu węgierskiego: „Boże, pobłogosław Węgrów”, i ma zmienić społeczeństwo, jak to ujmują politycy rządu, według zachodnich ideałów, prawa natury i w duchu wartości chrześcijańskich.

Konstytucja na nowo rozpisała społeczne role. Obywatel nie może już oczekiwać, że państwo będzie brało za niego odpowiedzialność, jeśli sam najpierw nie podejmie wysiłku i nie poszuka sobie zajęcia. Wśród nowości przewidziano także obiecane w kampanii prawo wyborcze dla ponad 2 mln Węgrów mieszkających w sąsiednich krajach. A wisienką na ustrojowym torcie będzie maraton głosowań nad trzydziestką tak zwanych praw kardynalnych, których zmianę przewiduje konstytucja, a dotyczy to m.in. reformy emerytur, nowej ordynacji wyborczej i praw mniejszości narodowych.

Pomysł goni pomysł

Nie ma miesiąca, by rząd nie zgłaszał nowego pomysłu, reformy lub planu. Po kontrowersyjnej ustawie medialnej, faktycznym upaństwowieniu funduszy emerytalnych, łataniu dziury budżetowej z kontrybucji nałożonej na banki i międzynarodowe koncerny, rząd wyznacza sobie nowe wyzwania. Węgry się starzeją i mają niekorzystny przyrost naturalny – jest więc program poprawy dzietności i ogromne ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi. Rośnie kurs franka szwajcarskiego i raty kredytów mieszkaniowych – to do końca 2014 r. zamraża kurs franka, jena i euro dla osób, które w nich zaciągnęły pożyczki, dzięki czemu na przykład raty przeciętnego kredytu we frankach będą niższe o równowartość ponad 200 zł.

Małe i średnie przedsiębiorstwa powinny być kołem zamachowym gospodarki – ścięto im więc podatki z 19 do 10 proc. I dalej: na Węgrzech jest 30 tys. policjantów, którzy, podobnie jak w Polsce, wcześnie przechodzą na emeryturę, na dodatek emerytury odbiera 30 tys. byłych mundurowych, którzy nie świętowali jeszcze 57 urodzin. To też należy zmienić. – Nie można podtrzymywać takiego systemu – mówi wicepremier Navracsics.

Bezrobotni Romowie, 10 proc. mieszkańców kraju, biorą zasiłki, nie szukają pracy i pogrążają się w apatii? Fidesz ma program prac publicznych, skrojony głównie z myślą o Romach. Nie zapomną, jak się pracuje, a budżet zaoszczędzi pół biliona forintów (7,5 mld zł) w ciągu dwóch–trzech lat. Nie widać dna dziury budżetowej? Tnijmy: dublujące się urzędy, liczbę posłów w parlamencie, łączmy państwowe uniwersytety i akademie, niech z 27 zostanie połowa. Romscy rodzice nie posyłają dzieci do szkół, mimo że grozi to utratą zasiłków? Po co zatem utrzymywać puste szkoły, pytają politycy Fideszu. I planują obniżenie wieku obowiązkowej nauki szkolnej być może nawet do 15 roku życia.

 

 

Węgry mają poziom zatrudnienia jeden z najniższych w Unii, równocześnie jedne z najwyższe w Unii podatki i stąd dużą szarą strefę. Toteż szczególne nadzieje rząd wiąże z planem miliona nowych miejsc pracy, które powstać mają w ciągu 10 lat. Po Viktorze Orbánie najpopularniejszym dziś węgierskim politykiem zdaje się István Széchenyi, XIX-wieczny hrabia i mecenas, który ufundował między innymi Węgierską Akademię Nauk i pierwszy stały budapeszteński most. Teraz stał się także patronem planu reanimującego gospodarkę, która ma ów milion nowych miejsc pracy urzeczywistnić. Fidesz podoła? – Wszystko zależy od koniunktury – odpowiada Navracsics. A András Lánczi dodaje: – Polityka to także psychologia. W polityce trzeba dążyć do wielkich celów, właśnie o nie chodziło w zeszłorocznych wyborach, gdy Fidesz zanotował wynik, na który Kádár nie miałby szans.

Ankieter u Węgra

Pewność siebie rządu i forsowne tempo reform budzi sprzeciw słabej opozycji. Twierdzi ona, że wprowadzana jest w życie antydemokratyczna wizja, padają porównania z putinizmem, modelem chińskim. Takich zarzutów ekipa Orbána nie słyszała podczas kończącej się węgierskiej prezydencji. Wbrew wcześniejszym obawom. Wręcz przeciwnie – europejskie partie rządzące, w tym Platforma Obywatelska, uważnie śledzą , jak Fidesz korzysta z pełni władzy. A ten otwarcie przyznaje, że większość dwóch trzecich w parlamencie daje wystarczającą legitymację, by w imię budowy nowej węgierskiej tożsamości i bez oglądania się na malkontentów niezadowolonych z rządu wprowadzać każdy pomysł w życie. – Weryfikacją będą dopiero następne wybory, mamy wolną rękę do 2014 r. – mówi jeden z wpływowych doradców gabinetu. Współgra to z przedwyborczym życzeniem Orbána, że chciałby przejąć samodzielną władzę na Węgrzech na jakieś 15–20 lat i najlepiej w konfiguracji wykluczającej bezowocne swary z opozycją („A właśnie te bezowocne dyskusje nazywamy demokracją” – grzmi liberalny filozof János Kis).

Ich miejsce zajęły powszechne konsultacje społeczne. Do milionów Węgrów rozesłano dotąd dwie ankiety – jedną o konstytucji, a niedawno drugą, opatrzoną mottem: Słuchajmy siebie nawzajem. Przykładowe pytanie: „Zdaniem niektórych lobbing producentów lekarstw powinien być rozbity, ponieważ wyciągają oni z kieszeni ludzi miliardy. Zdaniem niektórych producenci ci namawiali chorych na droższe lekarstwa w interesie własnego większego zysku. Zdaniem innych nie ma potrzeby, by państwo wystąpiło przeciw producentom leków. Jaka jest Pana/Pani opinia?”. Odpowiedzi na te i inne ankiety mają być ważnymi wskazówkami dla rządowej polityki.

Fenomen Viktatora

A jak wyglądają teraz mechanizmy kontrolowania władzy? Nie przez przypadek w Europie nowe prawo prasowe zostało potraktowane jako zamach na wolność mediów. – Najważniejszą sprawą na Węgrzech są miejsca pracy, a nie zakres wolności – uważa András Stumpf, dziennikarz konserwatywnego tygodnika „Heti Valasz”. Viktor Orbán – mówią jego zwolennicy – może i zmonopolizował węgierską politykę, ale jest jedynym politykiem tego kalibru na Węgrzech, do tego ma wizję i potrafi zdobyć wystarczająco dużo głosów.

Tymczasem opozycja bojkotuje głosowania i debaty w parlamencie. Ostrzega, że przyszłym rządom, wywodzącym się z innych obozów niż Fidesz, trudno będzie rozmontować system budowany przez obecną większość. László Rajk, działacz opozycji antykomunistycznej i znany architekt, podczas niedawnej debaty w Warszawie tak wyłożył istotę sporu: rząd twierdzi, że reprezentuje wolę wszystkich Węgrów, więc nie ma opozycji, są jedynie wrogowie ludu. Na dodatek „nastawienie rządu jest antyinteligenckie, obecny jest w sferze publicznej taki populistyczny ton, że Węgry nie potrzebują inteligencji, ludzi, którzy myślą, artystów – tylko pracowników. Towarzyszy temu wychwalanie przyrodzonej mądrości czy talentów tzw. zwykłych ludzi. Słychać też, że ci, którzy chcą wyjechać za granicę, by tam pracować, powinni spłacić koszt swoich studiów. To ton dobrze znany, przypomina czasy komunizmu, reżimu Kádára” – podsumowuje Rajk.

Ale choć zagraniczna prasa często bije na alarm, że rząd Orbána gwałci demokrację, to na samych Węgrzech podobne głosy są znaczniej słabiej słyszalne, jeśli już, to głównie wśród stołecznej inteligencji. Skąd ten paradoks? András Lánczi daje pragmatyczną odpowiedź: – Owszem, sporo Węgrów szczerze nienawidzi premiera, ale wielu spośród nich oddało na niego głos, uznając, że tylko Orbán poradzi sobie z obecnym kryzysem.

Wiele złożyło się na fenomen Viktatora, jak przeciwnicy złośliwie nazywają premiera. Sporo w tym zasługi poprzednich rządów, których politycy nierzadko odwiedzać muszą sale sądowe z zarzutami korupcji. Węgrzy zbyt rozczarowali się transformacją. Zresztą to rozczarowanie umiejętnie podsycał Fidesz. Gdy jeszcze był w opozycji, budował atmosferę dojmującego kryzysu, przekonywał Węgrów, że ich poziom życia niewiele się zmienił w ciągu ostatnich 20 lat, a Węgry to biedny kraj, który nie rozwijał się tak szybko, jak na to zasługuje.

Teraz źródło wyborczej siły Fideszu może okazać się jego słabością. Raz, że zwycięskie ugrupowanie czeka przegląd szeregów. Po nowelizacji ordynacji wyborczej – jednej z najbardziej skomplikowanych w Europie – w parlamencie ubędzie prawie 200 posłów. Dla wielu mniej znaczących posłów Fideszu oznaczać to będzie koniec politycznych karier w Budapeszcie. To oni, nie mając nic do stracenia, mogą pogłębić frakcyjne podziały w partii, wcale nie tak jednolitej.

Fideszu nie uspokajają także badania opinii publicznej, z których wynika, że Węgrów polityka nuży, spadają także notowania partii rządzącej. Gabinet premiera Orbána wpada w pułapkę rozbudzonych oczekiwań, w kampanii Fidesz obiecywał, że zreperuje gospodarkę, jednak poprawy koniunktury ciągle nie widać, mimo że na to obliczone są niemal wszystkie posunięcia rządu. Wprawdzie w pierwszym kwartale tego roku gospodarka rozwijała się nieco lepiej, niż zapowiadały prognozy – w tempie 2,5 proc., jednak to nadal zbyt wolno, by zatrzeć fatalne wrażenie z ubiegłych lat i pozwolić Węgrom zapomnieć, że to nie one były zieloną wyspą. Kiedyś były jednym z liderów bloku wschodniego, dziś odstają nie tylko od Czech, ale także od Polski. Nastrojów nie poprawia także wysoka inflacja. Owszem, to ogólnoeuropejski, a w przypadku cen żywności nawet ogólnoświatowy trend, ale Węgrzy zżymają się, że węgierskie warzywa i owoce (truskawki!) są droższe niż hiszpańskie, a węgierska wieprzowina kosztuje więcej niż sprowadzana z Belgii.

Rozczarowanych polityką rządu przybywa. Według ośrodka Szonda Ipsos, Fidesz mógłby dziś liczyć na 24 proc. głosów, socjaliści na 12 proc., nacjonalistyczny Jobbik na 7 proc., na nieco mniej partia zielonych liberałów Polityka Może Być Inna. Ale aż 53 proc. Węgrów zupełnie nie wie, na kogo głosować.

János Kis tak kreśli wyborczą geografię niezdecydowanych: jeśli nie zagłosują, będą premiowali Fidesz. Gdyby się zradykalizowali, skręcą w objęcia coraz zręczniejszego Jobbiku, przy którym Fidesz wypada jako prawica bardzo umiarkowana. Inni – i to jest w tej chwili najbardziej prawdopodobny wariant – mogą trafić do lewicy, w tym do zielonych. Obojętnie, jak będzie, to właśnie szeregi zniechęconych są dziś najsilniejszą węgierską partią.

Polityka 26.2011 (2813) z dnia 20.06.2011; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Boże, pobłogosław Węgrów"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną