Świat

Drewno, rekin i gwiazda

Republikańscy kandydaci na anty-Obamę

Mitt Romney zdecydowanie przewodzi w sondażach i zbiórce funduszy na kampanię. Największym jego atutem jest wieloletni staż w biznesie. Jego główny problem: nie wiadomo, jakie właściwie ma poglądy. Mitt Romney zdecydowanie przewodzi w sondażach i zbiórce funduszy na kampanię. Największym jego atutem jest wieloletni staż w biznesie. Jego główny problem: nie wiadomo, jakie właściwie ma poglądy. Shannon Stapleton/Reuters / Forum
70 proc. Amerykanów uważa, że ich kraj zmierza w złym kierunku. Opozycja republikańska, choć bez przywódców i programu, widzi w tym szansę na pokonanie Obamy. Wśród rywali – Tim Pawlenty, syn imigrantów z Polski (i Niemiec).
Michelle Bachmann, nowa gwiazda GOP. Charyzmatyczna profesjonalistka odebrała Sarah Palin herbaciany elektorat. Reprezentuje republikański beton, czym odpycha wyborców niezależnych.Molly Riley/Reuters/Forum Michelle Bachmann, nowa gwiazda GOP. Charyzmatyczna profesjonalistka odebrała Sarah Palin herbaciany elektorat. Reprezentuje republikański beton, czym odpycha wyborców niezależnych.
Tim Pawlenty zaproponował najbardziej śmiały program i nie dźwiga żadnego szczególnego bagażu. Brak mu jednak charyzmy i blado wypada na dużych zgromadzeniach.Joshua Roberts/Reuters/Forum Tim Pawlenty zaproponował najbardziej śmiały program i nie dźwiga żadnego szczególnego bagażu. Brak mu jednak charyzmy i blado wypada na dużych zgromadzeniach.

W przeciwieństwie do innego kandydata republikańskiego Mitta Romneya, dziedzica zamożnej politycznej dynastii, Tim Pawlenty ma pochodzenie robotnicze – jego ojciec był kierowcą ciężarówki, a on sam ukończył college jako pierwszy z rodziny. Na studiach, pod wpływem obecnej żony Mary, przeszedł z katolicyzmu na ewangelikalizm. Daje mu to przepustkę do religijnej prawicy republikanów, a nawet do Tea Party, z ich populizmem i niechęcią do świata elit. Sympatycy chcą, by był alternatywą dla Romneya – rzecznika wielkiego biznesu i Wall Street. Pawlenty cieszy się jednocześnie zaufaniem konserwatystów fiskalnych – libertariański Cato Institute wystawił mu najwyższą ocenę. Chwalą go największe autorytety: publicysta George Will i sławny były szef General Electric Jack Welch. W maju media poświęciły mu najwięcej miejsca ze wszystkich republikańskich kandydatów, przeważnie w ciepłym tonie.

Pawlenty dokonał niemałej sztuki, rządząc przez dwie kadencje w stanie wybitnie lewicowym, w którym od 1972 r. wyborów nie wygrał żaden republikański kandydat na prezydenta. Jako gubernator Minnesoty postępował zgodnie z konserwatywną ortodoksją, obniżając podatki i tnąc wydatki, co nie przeszkodziło mu zrównoważyć budżetu (krytycy winią Pawlenty’ego za obecny deficyt, już po jego odejściu z urzędu, ale przyczyną mogła być recesja). Ograniczył swobodę aborcji i dał zielone światło do kwestionowania w szkołach teorii ewolucji. Jednocześnie jednak zgodził się na podwyżkę podatku od papierosów i zaproponował dotacje dla producentów alternatywnych źródeł energii oraz podatki od emisji gazów cieplarnianych. Naraził się tym twardej prawicy, która uważa zmianę klimatu za wymysł Ala Gore’a. Pawlenty oświadczył niedawno, że jego prozielone inicjatywy były błędem – w odróżnieniu zatem od Romneya (o nim dalej) nie kręcił, a nawet przeprosił.

Pawlenty ogłosił ostatnio program ambitnie nazwany Better Deal (ład nie nowy, tylko lepszy), w którym zaproponował radykalne cięcia podatków – obniżenie górnego progu podatków dochodowych z 35 do 25 proc., eliminację podatku od zysków kapitałowych i od spadków oraz redukcje wydatków, chociaż bliżej niesprecyzowane. Ma to pobudzić gospodarkę do wzrostu w tempie 5 proc. rocznie, co powinno przynieść fiskusowi dochody pozwalające na zrównoważenie budżetu. „Jeżeli Chiny mogą, dlaczego nie Ameryka” – powiedział kandydat. Pawlenty obiecuje gruszki na wierzbie – skrytykowali go komentatorzy.

Gorzej, że nawet kiedy gubernator mówi do rzeczy, czyni to w sposób, który usypia słuchaczy. Powiedzieć, że nie ma charyzmy, jest eufemizmem – porównano go do mokrego drewna, z którego nie sposób wykrzesać ognia. Blado wypada na dużych zgromadzeniach. Jego występ w pierwszej tradycyjnej debacie w New Hampshire zgodnie oceniono jako nieudany. Nie poprawił swych notowań w sondażach, które od początku kampanii oscylują wokół 5–7 proc.

Nie oznacza to, że mokre drewno nie może się nigdy zapalić. Na razie Pawlenty jest jednym z kilkunastu, oficjalnych i przypuszczalnych, kandydatów Partii Republikańskiej do partyjnej nominacji do Białego Domu. Choć wcale nie prowadzi w sondażach, w całym tym gronie nie ma wyraźnego lidera, a republikańscy wyborcy nie są zadowoleni z dotychczasowych aspirantów. Miarą ich frustracji było radosne powitanie przejściowej kandydatury Donalda Trumpa, chociaż miliarder swymi wystąpieniami ośmieszał republikanów. Każdy z kandydatów ma jakąś skazę i niewiele nowego do powiedzenia. Pawlenty zaproponował najbardziej śmiały program i nie dźwiga żadnego szczególnego bagażu. Więc może...

Poważnych kandydatów do nominacji można policzyć na palcach jednej ręki. Za faworyta uchodzi 64-letni Mitt Romney, były gubernator Massachusetts, który startował już w prawyborach w 2008 r., ale przegrał z Johnem McCainem. Zdecydowanie przewodzi stawce w sondażach i zbiórce funduszy na kampanię. Największym jego atutem jest długoletni staż w biznesie, gdzie odnosił wiele sukcesów. Jako dyrektor naczelny banku inwestycyjnego Bain Capital znacznie pomnożył jego aktywa. W 2002 r. był szefem komitetu organizacyjnego igrzysk olimpijskich w Salt Lake City, które przyniosły dochód, co w przypadku olimpiad nie zawsze się zdarza. Dorobek ten może się okazać decydujący, gdy kulejąca gospodarka staje się obsesją Amerykanów. A gubernator jest poza tym bezsprzecznie przystojny, sprawia sympatyczne wrażenie i może się wylegitymować nienagannym życiem rodzinnym (jedyna żona i pięcioro dzieci).

Pod koniec maja, gdy bezrobocie znowu wzrosło i giełda na Wall Street zadołowała, sondaż „Washington Post” po raz pierwszy wskazał, że Romney może wygrać z Obamą. Jego główny problem polega jednak na tym, że nie wiadomo, jakie właściwie ma poglądy. Massachusetts, którym rządził w latach 2003–07, to jeden z najbardziej liberalnych (w terminologii europejskiej: lewicowych) stanów i jego gubernator nie mógł zanadto iść pod prąd miejscowych tradycji.

Romney popierał prawo kobiet do przerywania ciąży, związki partnerskie homoseksualistów i restrykcje wobec biznesu w celu ochrony środowiska. A przede wszystkim przeprowadził w swoim stanie reformę systemu ochrony zdrowia, niemal identyczną jak reforma Obamy, z jej kluczowym punktem – obowiązkiem posiadania ubezpieczenia medycznego przez wszystkich. Obamacare jest od początku głównym obiektem ataku republikanów, którzy napiętnowali ją jako socjalistyczne przejęcie służby zdrowia przez państwo. Romney wycofuje się dziś ze wszystkiego, co podpisywał jako gubernator, bo jest to nie do strawienia dla republikańskiej prawicy, która zwykle decyduje o nominacji prezydenckiej. Wpływowa wśród republikanów Tea Party jednak mu nie ufa – jej działacze wyznają ideologiczną czystość i czują, że lansowany przez partyjny establishment kandydat kręci i jest w głębi duszy konserwatystą jedynie fiskalnym. A inny ważny blok wyborczy, protestanci ewangelikalni, nie może się pogodzić z mormońskim wyznaniem Romneya.

Notowania byłego gubernatora poszły ostatnio w górę m.in. dzięki dobremu występowi we wspomnianej pierwszej debacie telewizyjnej republikańskich kandydatów, która 13 czerwca odbyła się w New Hampshire. Romney znalazł zręczną linię obrony swojej reformy zdrowotnej w Massa­chusetts – była ona odpowiednia w tym stanie, ale nie nadaje się dla całego kraju. Obiecał nawet, że jako prezydent natychmiast odwoła Obamacare, czym zyskał owację widowni. Jego rywale ułatwili mu zadanie, gdyż nie chcąc zaczynać kampanii od atakowania kolegów („Nigdy nie mów źle o innym republikaninie” – brzmiało 11 przykazanie Ronalda Reagana), nie wytknęli mu wolty. Ale wątpliwości wokół faworyta bynajmniej nie znikły.

Romney nie tylko nie wygląda na przywódcę, ale często zachowuje się tak, jakby czuł się nieswojo w kontakcie z ludźmi, jest usztywniony, unika mediów i brak mu wyczucia politycznych niuansów. Biały Dom nie będzie też miał trudności w odmalowaniu go jako produktu elit finansowych i rzecznika interesów wielkiego biznesu. Jako szef Bain Capital bił rekordy w bezwzględnym zwalnianiu pracowników, a największymi sponsorami jego kampanii są bankierzy z Wall Street.

 

 

Na obserwatorach debaty w New Hampshire największe wrażenie zrobiła Michelle Bachmann, przywódczyni Tea Party w Izbie Reprezentantów. Kongresmenka z Minnesoty była jedyną kobietą wśród jej uczestników, ale tylko ona zaprezentowała się jako prawdziwy, charyzmatyczny przywódca – mówiła klarownie i sugestywnie, ze znajomością rzeczy, zręcznie wplatając w wywód wątki osobiste. W powszechnej ocenie jest nową republikańską gwiazdą. Wiadomo już, że Sarah Palin nie ma czego szukać w walce o nominację. Bachmann odbiera jej herbaciany elektorat, ponieważ głosi podobne poglądy, ale wykazuje się znacznie lepszą wiedzą i profesjonalizmem.

Czy ma szanse na nominację? Prawdopodobnie niewielkie, gdyż reprezentuje republikański beton, a więc odpycha wyborców niezależnych. W Kongresie głosowała przeciw ratowaniu banków i koncernów samochodowych w czasie kryzysu, opowiada się za likwidacją większości ministerstw federalnych i bezwzględnym zakazem aborcji. Może jednak zostać kandydatką na wiceprezydenta u boku przyszłego nominata, zapewniając tandemowi głosy republikańskich ultrasów.

Z wyścigu odpadł już raczej definitywnie Newt Gingrich, były przewodniczący Izby Reprezentantów, uchodzący za partyjnego profesora ideologa. Mimo reputacji moralnego hipokryty i skorumpowanego karierowicza – głoszenie cnót rodzinnych nie przeszkadzało mu w kolejnych rozwodach – miał początkowo spore poparcie prawicy i z powodzeniem kokietował Tea Party. Zraził sobie jednak wyborców otwartym atakiem na odważny, chociaż kontrowersyjny, plan uzdrowienia finansów publicznych autorstwa jednego z liderów GOP, a jego kampanię ostatecznie pogrzebała dezercja całego sztabu wyborczego. Gingrich urozmaica batalię republikanów, kiedy popisuje się erudycją i straszy inwazją „islamofaszyzmu”, ale uważany jest już za politycznego dead man walking (żywego trupa).

Do początku prawyborów republikańskich jeszcze daleko (styczeń 2012 r.) i do grona poważnych kandydatów mogą jeszcze dołączyć inni. Mówi się o byłym burmistrzu Nowego Jorku Rudym Giulianim i o gubernatorze Teksasu Ricku Perrym. Pierwszy z nich ma nazwisko i wielu entuzjastów – w sondażach szedł łeb w łeb z Romneyem – ale jest nie do przyjęcia dla społeczno-kulturowych konserwatystów w GOP. Perry sugeruje, że ma ochotę powalczyć i gdyby się zdecydował, jego największym atutem byłyby znakomite wyniki ekonomiczne jego stanu, oazy wzrostu na pustyni ogólnej mizerii. Jest jednak libertarianinem, chciałby sprowadzić rolę rządu do minimum, co zbliża go do Tea Party, więc musiałby konkurować z Bachmann. A poza tym, czy po prezydenturze Busha juniora Amerykanie zechcą w Białym Domu kolejnego Teksańczyka?

Za czarnego konia uchodzi Jon Huntsman Jr., były gubernator Utah – i do niedawna ambasador Obamy w Chinach. To konserwatysta fiskalny, w kwestiach moralno-kulturowych liberał i zwolennik ograniczenia zamorskich interwencji wojskowych (jest przeciw dalszemu udziałowi USA w operacji w Libii). Huntsman, który waha się jeszcze z przystąpieniem do wyścigu, zachowuje się po prezydencku – akcentuje np. potrzebę niepopularnych posunięć w celu zmniejszenia deficytu – i mówi z rozsądnym umiarkowaniem, co kontrastuje z ideologiczną retoryką innych kandydatów. Wielu republikańskich strategów marzy, by to on otrzymał nominację, bo przeczuwają, że w wyborach byłby do zaakceptowania nie tylko przez niezależnych, lecz także wielu demokratów. Trudno wszakże widzieć w nim wybrańca GOP. Nie tylko dlatego, że jako dyplomata Obamy w oczach prawowiernych republikanów uchodzi za zdrajcę. Plasuje się po prostu za bardzo na lewo od głównego obecnie nurtu Partii Republikańskiej.

W kampaniach w prawyborach coraz bardziej obowiązuje kandydatów deklarowanie wierności ortodoksji tzw. małego rządu, niskich podatków i wolnego rynku, który sam się skoryguje. W ciągu ostatnich 20–30 lat Partia Republikańska poszła tak dalece na prawo, eliminując zwłaszcza ze swych szeregów polityków umiarkowanych w kwestiach fiskalnych, że nie potrafi formułować odpowiedzi na nowe wyzwania, jak kryzys finansowy wywołany deregulacją i globalizacją rynku oraz rekordowy deficyt budżetu i zadłużenie kraju. Jako rozwiązania zaleca się lekarstwa, które wywołały chorobę, a więc dalsze obniżanie podatków i dalszą deregulację.

Republikanie nie mają nic nowego do zaproponowania i prawdopodobnie nie jest przypadkiem, że brakuje im prawdziwych przywódców. Jeżeli jednak gospodarka USA będzie nadal dryfować tak jak obecnie i stagnacja na rynku pracy będzie trwać, ich kandydat może wygrać w 2012 r. jako anty-Obama, wybrany w proteście przeciw urzędującemu prezydentowi.


Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną