Wybuch gniewu na wyspach brytyjskich

Rewolucja rozbójników
Londyn wybuchł. Grupy młodych, na ogół zamaskowanych ludzi, podpalających domy, samochody, rabujących sklepy. Co to było? Rewolta, zadyma, brutalny festyn? Demonstracja? Ale czego? Pytania dramatyczne – nie tylko dla Anglików.
Birmingham. Wściekli ludzie pytali: Gdzie jest policja? Gdzie premier?
David Jones/EPA/PAP

Birmingham. Wściekli ludzie pytali: Gdzie jest policja? Gdzie premier?

Peckham, południowa dzielnica Londynu. Rządzi motłoch.
Chris Montgomery/Rex Features/EAST NEWS

Peckham, południowa dzielnica Londynu. Rządzi motłoch.

Ealing, zachodnia część Londynu. Bunt, nawet taki jak ten, bez haseł, bez liderów, bez konkretnej twarzy – bo rozrabiali i biali, i kolorowi – jest objawem głębszej, przewlekłej choroby.
Toby Melville/Reuters/Forum

Ealing, zachodnia część Londynu. Bunt, nawet taki jak ten, bez haseł, bez liderów, bez konkretnej twarzy – bo rozrabiali i biali, i kolorowi – jest objawem głębszej, przewlekłej choroby.

Ikoną londyńskich zajść stało się zdjęcie młodej Polki Moniki Kończyk, wyskakującej z okna płonącego domu.
WENN.com/BEW

Ikoną londyńskich zajść stało się zdjęcie młodej Polki Moniki Kończyk, wyskakującej z okna płonącego domu.

Socjologowie mówią, że zawiniła postimperialna polityka. A właściwie jej brak. Brytania nigdy nie starała się zintegrować nowych przybyszów z lokalnym społeczeństwem.
Fotolink

Socjologowie mówią, że zawiniła postimperialna polityka. A właściwie jej brak. Brytania nigdy nie starała się zintegrować nowych przybyszów z lokalnym społeczeństwem.

Boris Johnson zwykle nie daje się przegadać. Tym razem burmistrz Londynu milczał, a zwykli londyńczycy krzyczeli: Czemu nikt nas nie chroni przed zadymiarzami?! Zaczęło się od Londynu, rozlało na Anglię: Birmingham, Manchester, Liverpool. Duże i mniejsze miasta, robotnicze i uniwersyteckie. Szok, przerażenie. Wstyd i upokorzenie. Za rok w Londynie ma się odbyć olimpiada, kilka tygodni temu cały świat podziwiał królewski ślub w katedrze westminsterskiej, teraz patrzy, jak dumna Brytania drży w posadach. Rządzi motłoch. Wściekli ludzie pytali: Gdzie jest policja? Gdzie premier?

Premier był na urlopie. Wrócił z Toskanii, kiedy sceny ze stolicy jego kraju przypominały te z czasu Bitwy o Anglię. Tylko że napastnikiem okazał się małolat w kapturze. Zaledwie kilka kilometrów od City, gdzie dżentelmeni zarabiają rocznie tyle, ile dzisiejszy nastolatek z Tottenham nie zarobi przez całe dorosłe życie. To są dwa Londyny, dwie Anglie.

Powstać z kolan

Peter Fagg, nauczyciel, dorastał na ulicy Arthurdon Road w dzielnicy Lewisham, która kilka dni temu płonęła w czasie zamieszek, ironicznie nazwanych Shopping Summer (tak niekiedy nazywa się w Wielkiej Brytanii czas letnich przecen). Lewisham to była zawsze dzielnica robotnicza. W latach 50. na jego ulicy mieszkały najwyżej trzy rodziny z Karaibów. – Mężczyźni pracowali jako kierowcy autobusów albo wywozili śmieci. Od końca lat 50. ludzi z tzw. West Indies zaczęło przybywać. – Miałem kilku czarnych kolegów. Trzymaliśmy się razem aż do szkoły średniej. Potem nowym było trudniej. W Anglii obowiązywały egzaminy wstępne (tzw. Eleven Plus), które dla niebiałych dzieciaków były trudne do przejścia. Szkoły niechętnie akceptowały kolorowych, z drugiej strony oni nie byli wybitnymi uczniami.

Dla starszego pokolenia nowi w Lewisham byli zupełnie nie do zaakceptowania.

Pokolenie moich rodziców, robotnicze i mało otwarte, nie tolerowało ich zupełnie. Mieli kłopoty z wynajęciem mieszkania na tzw. białych ulicach, więc osiedlali się jeden obok drugiego, tam gdzie gospodarz był dla nich łaskawszy. Jeśli w jednym domu zamieszkało kilka kolorowych rodzin, z sąsiednich czym prędzej wynosili się biali. Panowała pełna segregacja. Pokolenie rodziców nazwało czarne ulice gettem i ludzie z tych ulic zaczęli się czuć jak w getcie. Tak to się zaczęło – mówi Peter.

Teraz socjologowie nazywają te ulice intown ghettos, czyli getta w środku miasta. Nie ma z nich ucieczki. W państwowych szkołach obowiązuje rejonizacja, więc dzieci grzęzną w szkole na własnym osiedlu. System edukacyjny wychwytuje i ratuje stypendiami najzdolniejsze, ale – ze względu na cięcia – średniacy z potencjałem nie mają na co liczyć. Im biedniej, tym szybciej rozpadają się więzy rodzinne. Wzorzec męski to człowiek z teledysku gangsta, który ma złoty łańcuch, furę, dziewczynę w bikini. Żeby nadążyć za wzorcem, potrzeba pieniędzy, których w żaden sposób nie można zdobyć legalną drogą. Peter: – Szklany sufit w śródmiejskim getcie trzyma ludzi na kolanach. Jak mają okazję podnieść się i pokazać, że coś od nich zależy, to chętnie korzystają.

Socjologowie mówią, że zawiniła postimperialna polityka. A właściwie jej brak. Brytania nigdy nie starała się zintegrować nowych przybyszów z lokalnym społeczeństwem. Obywatele dawnego imperium dostali wzmocnione dotacjami prawo do odrębności. Tym samym rząd wzmocnił różnice. Między białymi, czarnymi, między wyznawcami różnych religii. Teraz sobie nie radzi. Ludzie żyją osobno i nie są do siebie dobrze nastawieni.

Prehistoria wybuchu

Burmistrz Johnson, kiedy już odzyskał mowę, opowiadał w mediach, że nie chce oglądać scen wrogości ludzi do ludzi, bo nie o to chodzi w Londynie. Nie o to chodzi? Na pewno, ale zależy komu. W tym zbójeckim miksie mieszają się różne trucizny – kryminalne, społeczne, polityczne. Niektóre z długą historyczno-kulturową genezą. Bo przecież daje do myślenia, że wandalizm jak dotąd nie sięgnął Szkocji czy Walii. Oba te kraje, choć dzielą historię z Anglią, to jednak idą nieco inną drogą. To nie są społeczeństwa tak silnie rozwarstwione, przepaść między wyższymi i niższymi klasami nie jest tak głęboka i trudno przekraczalna jak w Anglii.

Anglia i sam Londyn mają długą historię niepokojów na tym tle: bunty żebraków w początkach kapitalizmu, marsze głodowe w latach 30. XX w., nędza i dyskryminacja robotnicza, którą karmili się u progu wojny silni wtedy angielscy faszyści sir Oswalda Mosleya. Jego Czarne Koszule ścierały się z komunistami i napadały na Żydów mieszkających wtedy we wschodnim Londynie. Po wojnie dalej nie było spokoju. Rozruchy wybuchały w latach 80., między innymi w tym samym Tottenham, od którego zaczęła się obecna zadyma. W ogniu pożarów stawała dzielnica Brixton zamieszkana przez czarnoskórych. Dużo rzadziej dymią dzielnice, gdzie skupiają się Azjaci. W tych dniach sikhowie z Southall wystawili straż obywatelską w obronie swojej świątyni, domów i biznesów.

Ostatnich zamieszek nie da się przypisać do jakiejś mniejszości etnicznej: imigranci byli i wśród napastników, i ofiar przemocy (ikoną londyńskich zajść stało się zdjęcie młodej Polki Moniki Kończyk, wyskakującej z okna płonącego domu). Oto miara zamętu.

Anglicy to nie jest naród samych dżentelmenów. I nigdy nie był. Wystarczy poczytać Szekspira: ileż tam kipi złych emocji, wściekłości i wrzasku. Lud angielski bywa dziki, agresywny, ekspansywny. Podbijał morza, bo wtedy kto panował na morzach, panował nad światem. To z tego ludu wyszedł korsarz Jej Królewskiej Mości Elżbiety I, pogromca katolickiej Hiszpanii, Francis Drake, który na jej rozkaz opłynął świat. Ten lud budował podstawy imperium. Imperium się rozpadło, lecz dzikość pozostała. Nie tylko wśród osławionych angielskich kiboli.

Anarchiczny bunt dla buntu, dla rozkoszy niszczenia i siania strachu w mieszczuchach i wielmożach, można odnaleźć we współczesnej angielskiej kulturze masowej. Beatlesi z robociarskiego Liverpoolu, The Who czy Stonesi z robociarskiego Londynu zaczynali jako buntownicy bez powodu: dla draki, dla zagrania na nosie. Jeden z hitów Stonesów opiewał ludzi walczących na ulicach, jakby prowokując do partyzantki miejskiej. Podobnie późniejsza punkowa rewolta, ideologicznie bardzo mocno osadzona w proletariackim sprzeciwie wobec establishmentu.

No i młodzi walczą. Demolują, rabują. Jednak tych dzisiejszych rozrób nie ma co lewicowo idealizować ani też prawicowo demonizować. Nie można wszystkiego sprowadzać do młodocianego bandytyzmu i walki gangów narkotykowych. Albo do tępego materializmu, który odmóżdżonym małolatom każe z markowych butów czy plazmy robić przedmiot najwyższego pożądania. Wandalizm jest faktem, ale faktem jest także społeczne wykluczenie, w Anglii szczególnie dotkliwe i zarazem szczególnie patologiczne w skutkach.

Bunt, nawet taki jak ten, bez haseł, bez liderów, bez konkretnej twarzy – bo rozrabiali i biali, i kolorowi – jest objawem głębszej, przewlekłej choroby. Na portalu OpenDemocracy londyńska dziennikarka Laurie Penny, rocznik 1986, urodzona w Brixton, komentuje na gorąco panikę na ulicach stolicy: „W tych zamieszkach chodzi o zdobycie panowania, o swoiste katharsis, choć na jedną noc. A nie chodzi w nich o kiepskie umiejętności wychowawcze rodziców, cięcia wydatków na cele społeczne czy inne przyczyny, które podają w mediach różni guru. Ci młodzi robią zadymę, bo to daje im poczucie siły, bo od urodzenia słyszą, że się do niczego nie nadają i nic z nich nie będzie. Po kimś, komu nikt w życiu nie pokazał, że go szanuje, nie oczekujmy, że potrafi szanować cokolwiek lub kogokolwiek. Kraj pruje się w szwach”. A pruje się, jej zdaniem, bo klasa polityczna nie rozumie, że potępianie w czambuł jest częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem. Problem narasta od wielu lat, w miarę jak degeneruje się brytyjski model społeczno-gospodarczy. To proces, który niełatwo odwrócić i można się obawiać, że Anglia jeszcze nie raz stanie w płomieniach.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną