Dokąd zmierzają arabskie rewolucje

Arabska jesień
Libia świętuje wyzwolenie, w Syrii reżim walczy o przetrwanie. Ale w Tunezji i Egipcie, gdzie od obalenia dyktatorów minęło już siedem miesięcy, wciąż nie widać światła w tunelu. Dokąd zmierza arabska wiosna ludów?
Rewolucja pięciu krajów jak na dłoni: Libia (kciuk), Tunezja, Syria, Jemen i Egipt.
Khaled Abdullah/Reuters/Forum

Rewolucja pięciu krajów jak na dłoni: Libia (kciuk), Tunezja, Syria, Jemen i Egipt.

Libijscy powstańcy zdobyli dom Kadafiego, zdobycie władzy jeszcze przed nimi.
Sergey Ponomarev/AP/Fotolink

Libijscy powstańcy zdobyli dom Kadafiego, zdobycie władzy jeszcze przed nimi.

Trudno przewidzieć, jaki wyrok zapadnie w procesie Mubaraka, ale jedno już wiadomo: krwawa rewolucja niewiele zmieniła w życiu politycznym Egiptu. Na fot. były prezydent w specjalnej klatce na sali rozpraw.
AP/Fotolink

Trudno przewidzieć, jaki wyrok zapadnie w procesie Mubaraka, ale jedno już wiadomo: krwawa rewolucja niewiele zmieniła w życiu politycznym Egiptu. Na fot. były prezydent w specjalnej klatce na sali rozpraw.

Reżim w Syrii  walczy o przetrwanie.
Murad Sezer/Reuters/Forum

Reżim w Syrii walczy o przetrwanie.

W grudniu ubiegłego roku żywa pochodnia w Tunezji rozpaliła ogień rewolucji, który w pół roku przeniósł się na Egipt, Libię, Jemen i Syrię. Świat zachodni nazwał te zrywy arabską wiosną ludów. Wydawało się, że muzułmańskie narody północnej Afryki i Azji osiągnęły punkt zwrotny i pewnie prą ku wolności, równości i demokracji, a więc tym wszystkim wartościom, które stanowią podstawę funkcjonowania nowoczesnych państw Zachodu.

Europa i Ameryka natychmiast wyciągnęły przyjazną dłoń do rewolucjonistów, jeszcze zanim sami rebelianci potrafili określić wspólne cele i dążenia. Może stało się tak, ponieważ Unia Europejska i Ameryka pragnęły uwierzyć w postępowy charakter zapowiedzianych przemian, a może dlatego, że poprawne stosunki z kształtującym się od nowa światem arabskim, bez względu na jego przyszłe oblicze, leżą w żywotnym interesie obu zachodnich potęg.

Słowa Baracka Obamy, który w przeddzień załamania się linii obronnych Muammara Kadafiego w Tripolisie powiedział, że „przyszłość Libii należy do narodu libijskiego”, zmuszają do refleksji: czy próżnię, jaką zostawiają po sobie dyktatorzy, można wypełnić i czy narody, które przez dziesiątki, a może nawet setki lat nie zaznały wolności, potrafią i naprawdę chcą zbudować od podstaw nowe życie społeczne i polityczne?

Z żoną i złotem

Straż miejska w Tunisie tygodniami nękała ulicznego kramarza Mohammeda Bouaziziego, który bez zezwolenia władz sprzedawał warzywa na ulicznym straganie. Ale dopiero policzek wymierzony mu przez policjantkę spowodował, że 17 grudnia ubiegłego roku wszedł na posterunek policji, oblał się benzyną i podpalił. Bouazizi nie był ani komunistą, ani islamistą, nie planował przewrotu, nie usiłował wprowadzić nowego porządku społecznego. Nie przypuszczał też, że osobisty dramat stanie się wezwaniem do powszechnego buntu. Ciężko poparzony handlarz leżał jeszcze w szpitalu, gdy tysiące Tunezyjczyków wyległy na ulice, domagając się zmiany ustroju, który tak podle potraktował zwykłego człowieka.

W swojej długiej historii państwa Afryki i Azji zaznały wielu przewrotów. Niemal zawsze były to przewroty pałacowe i pucze wojskowe, które w niczym nie zmieniały losu narodów. Sukces osiągały jedynie te, które miały charakter religijny. Tak się stało w Iranie, gdy szyicki wielki ajatollah Ruhollah Chomeini zepchnął z tronu szacha Rezę Pahlawiego. W ustrojach politycznych opartych na wszechwładzy służb bezpieczeństwa i kontroli środków masowego przekazu ciemiężone masy nie potrafiły wyłonić dobrze zorganizowanego ruchu oporu. Tak zresztą było również w Tunezji, od czasu gdy Ben Ali (były ambasador tego kraju w Warszawie) w 1987 r. obalił swojego poprzednika Habiba Burgibę i wprowadził w kraju bezwzględną dyktaturę.

Gdy ciało Bouaziziego, przypadkowego bohatera historii, spoczęło na cmentarzu Garat Benur, prezydent, który rządził Tunezją jak własną zagrodą, musiał ratować się ucieczką. Gniewny tłum domagał się jego głowy. Pod ochroną kilku oddanych oficerów wymknął się z otoczonego pałacu do Arabii Saudyjskiej. Gdy Francja odmówiła mu azylu, z wdzięcznością przyjął gościnę monarchów w Rijadzie, mimo że król Abdullah obwarował jego pobyt na Półwyspie Arabskim absolutnym zakazem działalności politycznej. Na pokładzie samolotu wyładowanego sztabami złota ledwo starczyło miejsca dla małżonki Alego Leili Trabelsi.

Inni członkowie rodziny musieli zostać w domu i obecnie 25 krewnych dyktatora stanęło przed sądem w Tunisie. Prokuratura oskarża ich o kradzież mienia państwowego. Na pałacowym parkingu zarekwirowano 240 luksusowych samochodów, w zagranicznych bankach wykryto milionowe depozyty. Nie wiadomo, jak potoczą się te procesy. Sądownictwo tunezyjskie wciąż jeszcze dalekie jest od niezawisłości. Sam Ben Ali został zaocznie skazany na karę 35 lat więzienia, ale od początku było wiadomo, że Arabia Saudyjska odmówi jego ekstradycji.

Czekając na wybory

W Tunezji dyktatura funkcjonuje w najlepsze mimo braku dyktatora. Podsłuch policyjny działa jak za dawnych czasów, cenzura radia, telewizji i prasy nie została zniesiona. Ministrowie finansów i sprawiedliwości postawieni w stan oskarżenia za nadużycie władzy zostali uniewinnieni po tygodniowym procesie. Tylko jeden oficer bezpieki, szef ochrony prezydenta Ali Serjati, przyłapany na fałszowaniu dokumentów, które umożliwiły pani Trabelsi opuszczenie kraju, na krótko znalazł się za kratkami. Dzisiaj znów jest wolny. Wszyscy jego koledzy pełnią służbę, jak gdyby nigdy nie było przewrotu, także większość członków gabinetu utrzymała swoje teki ministerialne.

Urzędujący p.o. prezydenta Fuad Mebaza, przewodniczący parlamentu za czasów Ben Alego, zapowiedział wolne wybory na 24 lipca. Następnie przesunął termin na koniec roku. Teraz mówi o wczesnej wiośnie. Nikt go nie pogania, mimo że konstytucja przewiduje wybory parlamentarne w ciągu 60 dni od upadku rządu. Rozbite partie polityczne nie potrafią stworzyć opozycji, z którą Mebaza musiałby się liczyć. „Ruchy rewolucyjne zmiotły dyktatorów, ale ich reżimy nie zmieniły się ani na jotę” – pisze George Friedman, amerykański publicysta i dyrektor think tanku Strafor.

Odnosząc się do krótkich wizyt Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego, którzy w ciągu kilku godzin pragnęli przekazać Tunezyjczykom doświadczenia polskiej transformacji, zauważa: „szybkie załamanie się reżimów, jak to miało miejsce we Europie Wschodniej w 1989 r. po upadku komunizmu, nie powtórzyło się w świecie arabskim. Trzy zasady, które kształtowały zachodnie postrzeganie arabskiej wiosny ludów, okazały się błędne: wiara w absolutną niepopularność istniejącej władzy; założenie, że opozycja reprezentuje wolę ogromnej większości narodu; a także przekonanie, że żadna siła nie będzie w stanie zatrzymać raz rozpoczętego ruchu oporu”.

W Tunisie policja rozpędziła niedawno tłum obywateli, którzy śledzili pierwszy dzień procesu Hosniego Mubaraka w sąsiednim Egipcie. Stu adwokatów reprezentujących rodziny zastrzelonych na kairskim placu Tahrir przekrzykiwało się wzajemnie, zarzucając masowy mord byłemu prezydentowi. Dla Tunezyjczyków był to spektakl pod tytułem „sprawiedliwości staje się zadość”. Telewizja nie pokazała im jednak zwolenników i przeciwników oskarżonego prezydenta, ścierających się w demonstracjach przed budynkiem szkoły policyjnej, w której toczy się proces.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną