Wiatr wieje piaskiem, piasek wpada do oczu, zasypuje buty. Sidi Bechir Ahmed Baba strzepuje żółte ziarenka ze swoich białych adidasów i powtarza: – Człowieku, to niebezpieczne!
Z wagonów sypie się szary pył. Ruda żelaza. Wyładowany rudą pociąg ma dwa i pół kilometra długości. Dostarcza surowiec z pustynnego Zoureat do Nawazibu, dawnego Port Étienne nad Atlantykiem. 648 km. Teraz wjeżdża do portu, zaraz będzie wracał. Ci, którzy do tej pory wygrzewali się w słońcu, zaczynają się uwijać. Osły ryczą bite kijami po kościstych tyłkach. Wózki dwukółki zapadają się w piasku, wyładowane po brzegi kartonami i skręconymi sznurem paczkami. Są tu telewizory, lodówki, paki czekoladowych ciasteczek. Gdy pociąg wyjeżdża z portu, pralki, telewizory i czekoladowe ciasteczka lądują w opróżnionych, zardzewiałych węglarkach. Potem podróżni sami się do nich wdrapują. Ściany wagonów są wysokie, trzeba przechylić ciało i wpaść do środka. Podróżni się spieszą. Pociąg jest tak długi, że maszynista nie widzi, co dzieje się dwa kilometry z tyłu. Może ruszyć w każdej chwili.
Sidi Bechir Ahmed Baba uparcie powtarza, że to niebezpieczne. Sidi uczy się w Akademii Wojskowej w Nawakszut, stolicy Mauretanii, teraz wraca do domu we wciśniętym w pustynię Atarze. Ma wyprasowaną koszulę i białe adidasy, więc doskonale się z tłumu wyróżnia. Ma też bilet do wagonu osobowego. Jest tylko jeden taki wagon – kilkadziesiąt osób stłoczonych na ławkach i podłodze. Ale to kosztuje i niewielu na to stać. Zostają więc węglarki.
Tam, dokąd jadą, nie prowadzi z Nawazibu żadna droga, tylko ta żelazna gąsienica. Więc jadą za darmo na jej grzbiecie, w pustych węglarkach. – Dziś w węglarkach, ale może jutro będą pędzić czarnymi Mercedesami? – mówi o podróżnych Hasan Ali, przewodnik z miasta Atar, i natychmiast wyjaśnia: – Bo wszystko jest możliwe w Mauretanii.