Czy po kryzysie czeka nas wojna

Jaka to wojna?
Minister Jacek Rostowski zbulwersował Polaków wizją wojennej katastrofy jako możliwego następstwa kryzysu i upadku projektu europejskiego. Nareszcie!
Gdy pod wpływem kryzysu napięcia społeczne wewnątrz krajów będą się nasilały i nerwowość polityków wzrośnie, zimne wojny mogą nieoczekiwanie stać się wojną gorącą.
Ed Darack/Science Faction/Corbis

Gdy pod wpływem kryzysu napięcia społeczne wewnątrz krajów będą się nasilały i nerwowość polityków wzrośnie, zimne wojny mogą nieoczekiwanie stać się wojną gorącą.

Protest przeciwko obradom państw grupy G8 w kanadyjskim Huntsville, 2010 r..
Carlo Allegri/Reuters/Forum

Protest przeciwko obradom państw grupy G8 w kanadyjskim Huntsville, 2010 r..

Jeden z demonstrantów protestu przeciw obradom grupy G20 w Toronto niesie imitację trumny z napisem „Demokracja”.
Mike Segar/Reuters/Forum

Jeden z demonstrantów protestu przeciw obradom grupy G20 w Toronto niesie imitację trumny z napisem „Demokracja”.

Na Zachodzie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Tam o kryzysie od dawna mówi się i pisze z powagą i obawą. Na tle codziennego szczebiotu większości polskich polityków oraz publicystów krajowe echa wypowiedzianych w Brukseli słów Rostowskiego okazały się niemal piorunujące. Po polsku histeryczne i przygnębiająco zgodne.

Kiedy trzy lata temu wybuchł obecny kryzys, polska debata ekonomiczna ciążyła ku tezie, że kryzysu nie ma, jest tylko problem amerykańskiego rynku hipotecznego, amerykańskiego sektora finansowego, niezrównoważonego budżetu Ameryki. Kiedy Europa zaczęła mieć kłopoty, w Polsce dominował pogląd, że to tylko zakażenie, a my jesteśmy bezpieczni, bo nasze powiązania z międzynarodowymi rynkami są ograniczone i poddane surowym rygorom. Kiedy wielkie wykupy i interwencje rządów na rynku bankowym przyniosły uspokojenie, podczas debaty emerytalnej z ministrem Rostowskim Leszek Balcerowicz orzekł, że kryzys się skończył. W polskiej debacie chętnie tę myśl podchwycono. Gdy Irlandia oraz kraje PIGS (Portugalia, Włochy, Grecja i Hiszpania) popadły w kłopoty, w Polsce zwyciężył pogląd, że jest to kara za niezrównoważenie budżetów wynikające z lenistwa i nieuczciwości Południa. Teraz, kiedy trudno jest w Europie znaleźć kraj, który kłopotów nie ma, mówi się, że to wina niedopracowanego projektu europejskiej waluty. Wszystko to jest prawda. I wszystko to jest złudzenie.

Można oczywiście uważać, że następujące po sobie fazy obecnego kryzysu to kolejne kryzysy, które bez związku przychodzą i odchodzą. Są ekonomiści, którzy twierdzą, że wchodzimy dopiero w drugą fazę kryzysowego „W” (czyli: faza finansowa za nami, budżetowa trwa, a za parę lat czeka nas faza monetarna, czyli gwałtowna inflacja, która zeżre długi publiczne i oszczędności ludzi). Można uważać, że jedne sfery i strefy się od drugich po prostu zarażają, jak każdej wiosny ludzie zdrowi zarażają się grypą. Można też wierzyć, że tylko przypadkiem słabość Irlandii i Grecji ujawniła się niemal jednocześnie ze słabością Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Gdyby tak było, mówienie o katastrofie byłoby bredzeniem wariata śniącego nieprzytomnie. Starczyłoby naprawić finanse Grecji, ściąć deficyt w Stanach, ostrzyc brytyjski socjal, żeby sprawy wróciły do tego, co nam wydaje się normą, czyli z grubsza do stanu poprzedniego.

Nie wierzę w te cuda. Nie wierzę nawet, by do tego, co teraz się dzieje, można było zastosować formułę: „dużo musi się zmienić, by wszystko mogło zostać po staremu”. Myślę, że gdy fale i dymy tego kryzysu opadną, bardzo mało będzie się działo po staremu. I nie wierzę, by one opadły w następnej kadencji Sejmu. Co więcej, mam przekonanie, że „wojenna” anegdota Jacka Rostowskiego o bankierze, który dla bezpieczeństwa chce swoim dzieciom załatwić „zielone karty”, nie jest żadną przesadą i że ryzyko, wobec którego stoimy, obejmuje wszelkie nieprzyjemne warianty. Także wojnę. Choć nie taką, jaką najstarsi z nas pamiętają. Taka wojna jest dziś w centralnej Europie nieprawdopodobna, choć – jeśli władza trafi w ręce oszołomów – niemożliwa nie jest.

Ale wojny gospodarcze są więcej niż prawdopodobne. W Internecie trwa wojna wirtualna (chińskie ataki na USA i rosyjskie na Estonię). Wojna walutowa, w której stawką jest zniszczenie dolara i euro jako światowych walut rezerwowych, już wisi w powietrzu. Gdy pod wpływem kryzysu napięcia społeczne wewnątrz krajów będą się nasilały i nerwowość polityków wzrośnie, zimne wojny mogą nieoczekiwanie stać się wojną gorącą. Jeśli nie w Europie, to z europejskim udziałem, gdziekolwiek na świecie.

Kryzys nie spadł z nieba

Wszystkiego nie da się wyjaśnić błędami szefa jakiegoś banku centralnego (np. Greenspana) ani chciwością grupki zdemoralizowanych bankowców (w rodzaju Madoffa), ani nawet błędnymi doktrynami ekonomicznymi (neoliberalizmem).

Trzeba rozumieć, dlaczego przez lata (mimo ostrzeżeń wielu wybitnych osób: Bella, Wallersteina, Stiglitza, Roubiniego) pchaliśmy się na coraz większe wertepy i dlaczego tak trudno nam przychodzi skorygowanie kursu. Chyba trzeba już sobie powiedzieć, że to nie gospodarka jest winna, nie ekonomiści, nie banki, nie spekulanci. Kryzys ekonomiczny jest tylko objawem czegoś poważniejszego. Co by to było takiego? Rozejrzyjcie się państwo dokoła. Co przestało działać? Jak popatrzycie, dojdziecie do wniosku, że praktycznie wszystko. Od zabezpieczeń społecznych, demografii i rynków pracy, po system bezpieczeństwa, banki, ład walutowy.

Co się stało z ładem międzynarodowym? Dwubiegunowy świat zimnej wojny znikł 20 lat temu. Miało nastać „amerykańskie stulecie”, w którym porządek będzie gwarantowany przez hegemonię jedynej superpotęgi. Ameryka wciąż jest największą potęgą, ale superpotęgą już nie jest. Nie tylko Chiny rozmawiają dziś z nią bez kompleksów. Radosław Sikorski także. Zamiast uczyć się od Ameryki, dziś się ją poucza. Nie USA się podziwia (i nie Europę), ale Brazylię, Indie, ewentualnie Chiny.

Po raz pierwszy od dawna Zachód bardzo niewiele może narzucić innym. Coraz częściej to inni nam narzucają. Nie tylko warunki współpracy gospodarczej (Chiny np. kupią euroobligacje, jeżeli Europa uzna, że są całkowicie wolną gospodarką), ale też styl życia (np. rezygnację z europejskiego modelu społecznego i praw człowieka). Pax Americana słabnie niemal z godziny na godzinę. To widać na Bliskim Wschodzie. Giną zaprzyjaźnione z Zachodem satrapie. Powstaje coś niewiadomego, czego się obawiamy, bo w dużo mniejszym stopniu podlega naszym wpływom.

Narastający konflikt turecko-izraelski i izraelsko-egipski odzwierciedla słabnięcie Zachodu w kluczowym punkcie świata. 20 lat temu Waszyngton by tupnął i Kair czy Ankara wzięłyby ogon pod siebie. Dziś zachodnie tupanie nie robi wrażenia. Lepiej nie tupać, żeby się nie ośmieszać. Wobec wyłaniającej się nowej geopolityki jesteśmy tak bezradni jak wobec procesów rynkowych. Na politykę Turcji, Iranu czy Egiptu, nie mówiąc o Chinach, Brazylii czy Rosji, a nawet Palestyny zachodnie rządy mają jeszcze mniejszy wpływ niż na kurs franka szwajcarskiego i rentowność włoskich obligacji. Coś mogą korygować, ale straciły zdolność wyznaczania agendy. I się do tego nie rwą. Jeśli już, to raczej o tym mówią, niż to istotnie robią. A społeczeństwa jakoś tym się nie przejmują, bo ciekawiej jest mówić o kobietach Berlusconiego, dziadku Obamy czy żonie Sarkozy’ego.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną