USA: Podatek dla milionerów

Krezusi w kryzysie
Barack Obama chce opodatkować najbogatszych Amerykanów. Tylko w ubiegłym roku w USA przybyło 111 tys. milionerów, a większość z nich płaciła podatki według niższych stawek niż ich sekretarki.
Najbogatszym człowiekiem według „Forbesa” jest wciąż założyciel Microsoftu Bill Gates (59 mld dol.).
Michael Kappeler/DPA/PAP

Najbogatszym człowiekiem według „Forbesa” jest wciąż założyciel Microsoftu Bill Gates (59 mld dol.).

Drugi na liście najbogatszych - legendarny inwestor Warren Buffett (39 mld dol.).
Matthew Staver/Getty Images/Flash Press Media

Drugi na liście najbogatszych - legendarny inwestor Warren Buffett (39 mld dol.).

Trzecim na liście najbogatszych jest prezes firmy informatycznej Oracle Larry Ellison (33 mld dol.).
Matt Brasier/Redux/EAST NEWS

Trzecim na liście najbogatszych jest prezes firmy informatycznej Oracle Larry Ellison (33 mld dol.).

John D. Rockefeller z wnuczką i jej rodziną (ok. 1930 r.). Najbogatszy krezus wszech czasów – jego majatek byłby dziś wart 320 mld dol.
Corbis

John D. Rockefeller z wnuczką i jej rodziną (ok. 1930 r.). Najbogatszy krezus wszech czasów – jego majatek byłby dziś wart 320 mld dol.

Mark Zuckerberg – 17,5 mld dol. To on w ciągu ostatniego roku wzbogacił się najwięcej – o całe 10,6 mld dol.
Markham Johnson/Polaris/EAST NEWS

Mark Zuckerberg – 17,5 mld dol. To on w ciągu ostatniego roku wzbogacił się najwięcej – o całe 10,6 mld dol.

Dla amerykańskich miliarderów Gwiazdka była w ubiegły czwartek. 22 września „Forbes” ogłosił ranking 400 najbogatszych Amerykanów i jak co roku w kilkuset gabinetach z przejęciem kartkowano listę: kto nie był na niej w zeszłym roku, patrzył, czy tym razem zdołał się dostać, kto już na nią trafił, sprawdzał, kogo wyprzedził. Telewizje biznesowe porównywały rozmiary fortun i fetowały ich właścicieli, jakby wygrali olimpiadę. Bo w kraju rzekomo nieskończonych możliwości pomnażanie milionów jest narodowym sportem i choć uprawia go niewielka grupa ludzi, zwycięzców uważa się za bohaterów i autorytety.

Na szczycie nie ma niespodzianek: najbogatszy jest wciąż założyciel Microsoftu Bill Gates (59 mld dol.), drugi na liście pozostaje legendarny inwestor Warren Buffett (39 mld dol.), trzeci jak przed rokiem jest prezes firmy informatycznej Oracle Larry Ellison (33 mld dol.). Dalej przemysłowcy Charles i David Kochowie (po 25 mld dol.) oraz rodzeństwo Waltonów, troje dzieci założyciela sieci supermarketów Wal-Mart (łącznie 66,5 mld dol.). W pierwszej dziesiątce jest jedna nowa twarz, której można się było jednak spodziewać: na siódme miejsce listy „Forbesa” wskoczył spekulant George Soros (22 mld dol.).

Mimo spadków na giełdzie i zwalniającej gospodarki, 400 najzamożniejszych Amerykanów wzbogaciło się średnio o 12 proc. Najwięcej – całe 10,6 mld dol. – przybyło twórcy Facebooka Markowi Zuckerbergowi (17,5 mld dol.). Jego firma nie weszła jeszcze na giełdę, ale od ostatniego roku jej szacowana wartość wzrosła trzykrotnie, a wraz z nią majątek założyciela, który rzutem na taśmę wszedł do pierwszej dwudziestki „Forbesa”. Soros awansował, bo ujawnił nieznane wcześniej udziały we własnych funduszach inwestycyjnych, ale Buffett już zbiedniał, choć nie na tyle, by spaść w rankingu.

Amerykańscy miliarderzy to elita największej na świecie populacji milionerów. Według raportu Capgemini i Merrill Lynch, w USA żyje dziś 3,1 mln osób z majątkiem przekraczającym milion dolarów, a 40 tys. Amerykanów posiada więcej niż 30 mln dol. Bankierzy, którzy polują na ich kapitał, nie nazywają ich milionerami, tylko osobami o wysokiej wartości netto (high net worth individuals). Tylko w ubiegłym roku łączny stan posiadania tej grupy wzrósł o 967 mld dol. Dla porównania: PKB Polski w ubiegłym roku to 468 mld dol.

Polowanie na puszczyka

Doroczne święto milionerów popsuł ogłoszony tydzień przed listą „Forbesa” raport amerykańskiego Biura ds. Cenzusu. Wynika z niego, że podczas gdy krezusi spokojnie się bogacili, reszta Amerykanów gwałtownie biedniała. Po dwóch latach wysokiego bezrobocia aż 15 proc. obywateli żyje poniżej progu ubóstwa, najwięcej od rozpoczęcia statystyk w 1959 r. Na 46 mln ubogich Amerykanów 2,6 mln popadło w biedę w ubiegłym roku. Jednoczesny wzrost ubóstwa i bogactwa unaocznia to, co socjologowie mówią od dawna: amerykańskie społeczeństwo gwałtownie się rozwarstwia. A ekonomiści dodają: system podatkowy walnie się do tego przyczynia.

Milionerzy mają w Ameryce jak w raju. Jeszcze w 1963 r. płacili podatek dochodowy według stawki 91 proc., ale dziś najwyższy próg wynosi 35 proc., których i tak nie płacą, bo większość ich dochodów to zyski kapitałowe, opodatkowane na 15 proc. W rezultacie najbogatszy promil Amerykanów zarabia dzisiaj średnio 3,9 mln dol. rocznie, czyli ponad trzy razy tyle co w 1985 r., a 80 proc. wzrostu dochodów na przestrzeni ostatnich 20 lat przypadło na najbogatszy 1 proc. społeczeństwa. Jakby tego było mało, najbogatszych 5 proc. Amerykanów kontroluje dziś 60 proc. kapitału i zgarnęło 80 proc. zysków z inwestycji w latach 1983–2009.

Buffett uderzył się w piersi już w połowie sierpnia na łamach „New York Timesa”. „Gdy większość Amerykanów walczy, by związać koniec z końcem, my, megabogaci, dalej korzystamy z naszych obniżek podatkowych” – napisał. Sam miliarder zapłacił w ubiegłym roku 6,9 mln dol. podatku według stawki 17,4 proc., podczas gdy jego własnym pracownikom potrącono średnio 36 proc. dochodu. „Te i inne błogosławieństwa zawdzięczamy prawodawcom w Waszyngtonie, którzy czują się w obowiązku nas chronić, jakbyśmy byli puszczykiem plamistym albo innym zagrożonym gatunkiem. (...) Większość z nas nie ma nic przeciwko temu, by płacić wyższe podatki” – dodał.

Barack Obama poszedł za ciosem już we wrześniu. Naciskany przez republikanów, by ogłosił swój plan ograniczenia deficytu budżetowego, zapowiedział opodatkowanie najbogatszych według tzw. reguły Buffetta: milionerzy nie będą mogli korzystać z niższych stawek podatkowych niż rodziny z klasy średniej. Populistyczny chwyt ma powstrzymać spadek notowań prezydenta przed przyszłorocznymi wyborami i sparaliżować republikańską opozycję, która za kadencji George’a Busha uchwaliła obniżkę podatków dla bogatych. „Sekretarka Warrena Buffetta nie może płacić wyższej stawki niż Warren Buffett” – ogłosił Obama.

Pracujący bogacze

Bill Gates od 18 lat jest najzamożniejszym człowiekiem w Ameryce, ale nigdy nie dorównał najbogatszemu Amerykaninowi w dziejach. Za życia John D. Rockefeller był tylko milionerem, ale w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze jego majątek byłby wart 320 mld dol., czyli sześciokrotnie więcej niż to, co zgromadził Gates. Jak większość amerykańskich krezusów z końca XIX w. Rockefeller zbił fortunę metodą rosyjskich oligarchów: założył największy koncern naftowy, po czym zmonopolizował rynek ropy w USA. Na podobnych zasadach – a raczej braku zasad – powstały fortuny stalowe Carnegiech, kolejowe Vanderbiltów czy finansowe Morganów.

Dziś kokosy są mniejsze, za to zbija się je w bardziej cywilizowany sposób. Wyjątkowość fortuny Gatesa polega na tym, że była pierwszą opartą na czystej innowacji, czyli takiej, która nie wymagała kapitału początkowego. W podobny sposób miliardów dorobił się Steve Jobs z Apple, Larry Page i Siergiej Brin z Google czy ostatnio Zuckerberg od Facebooka. Żadna z tych fortun nie powstałaby oczywiście bez giełdy i to dzięki niej wynalazcy dosłownie z dnia na dzień zostają dziś miliarderami. Błyskawicznych krezusów łączy coś jeszcze: często nie ukończyli szkół. Dewiza bogaczy nie brzmi już od pucybuta do milionera, tylko od wagarowicza do miliardera.

Jeszcze w latach 80. wiodącym źródłem fortun na liście „Forbesa” był przemysł, ale dziś na pierwszym miejscu są finanse i akurat w tej branży metody z czasów Rockefellera kwitną w najlepsze. W ślady Sorosa idzie John Paulson, który na spekulacji w czasie kryzysu finansowego zarobił 2 mld dol., a dziś wbrew wszystkim obstawia ożywienie gospodarcze. Fortuny finansowe powoli ustępują jednak miejsca technologicznym, dlatego też największym skupiskiem milionerów nie jest już Nowy Jork, tylko Kalifornia. Coraz mniej jest też fortun dziedzicznych, a coraz więcej miliarderów, którzy zaczynali od zera.

W odróżnieniu od Carnegiech i Rockefellerów współcześni superbogacze mają silną tożsamość zbiorową i nie powielają wzorca rentierskiej arystokracji. „Członkowie tej grupy to ciężko pracujący, doskonale wykształceni merytokraci, którzy uważają się za zasłużonych zwycięzców ostrej światowej konkurencji” – pisze Chrystia Freeland w miesięczniku „The Atlantic”. „Wielu ma w związku z tym ambiwalentny stosunek do tych, którym nie powiodło się równie wspaniale. Stają się globalną wspólnotą ludzi, których łączy więcej ze sobą nawzajem niż z ich własnymi krajanami. Dzisiejsi superbogacze to w rosnącym stopniu osobna nacja”.

Za dużo pieniędzy

Buffett ze swoim starym Volvem i niewielkim domem w Omaha jest wyjątkiem wśród amerykańskich miliarderów. Paul Allen z Microsoftu kupił sobie wielki jacht, a Page z Google ma własnego Boeinga, ale już Jeff Bezos z Amazona zdobył się na coś bardziej oryginalnego i buduje cywilny prom kosmiczny. Młodzi miliarderzy internetowi zdają się iść za przykładem Jobsa i wystrzegają się oznak nadmiernej konsumpcji. To jeden z powodów, dla których Amerykanie bardziej szanują bogaczy z Kalifornii niż tych z Nowego Jorku. Drugi jest taki, że o ile wynalazki z Doliny Krzemowej bywają przydatne, o tyle bez spekulacji na Wall Street każdy mógłby się obejść.

Miliarderzy mają jeden wspólny kłopot: za dużo pieniędzy. Jak obliczono kilka lat temu, Ellison z Oracle’a musiałby wydawać 30 mln dol. tygodniowo na dobra niezbywalne, aby tylko jego majątek się nie zwiększył. Nikt nie jest w stanie konsumować aż tyle, więc krezusi bogacą się nawet wtedy, gdy o to nie zabiegają. Niektórzy, jak Donald Trump, ulegają pokusie, by ścigać się na wielkość majątków, ale większość idzie w ślady Carnegiego i Rockefellera – obaj na emeryturze zaczęli rozdawać fortuny, by uchronić je przed podatkiem od spadków i zapewnić sobie lepszą sławę wśród potomnych niż ta, którą cieszyli się za życia.

Gates od 2008 r. nie pracuje już w Microsofcie, tylko w fundacji własnego imienia, która sponsoruje amerykańskie szkoły, poszukiwania nowych szczepionek i walkę z biedą. Z 37 mld dol. majątku jest ona dziś największą instytucją filantropijną na świecie i przez sam swój rozmiar przeobraża amerykańską dobroczynność. Badacze mówią o narodzinach filantrokapitalizmu: Gates przenosi do sektora pozarządowego praktyki biznesowe, daje pieniądze na konkretne cele i rozlicza organizacje jak podwykonawców w korporacji. Buffett obiecał Fundacji Gatesów połowę swojego majątku, a wszystko ma zostać wydane w ciągu 50 lat od śmierci fundatorów.

Amerykańscy krezusi uchodzą za szczególnie hojnych, ale badania wykazują, że są proporcjonalnie bardziej skąpi od szeregowych obywateli i mało który pozbywa się większości pieniędzy za życia. Nie wszyscy łożą na cele socjalne. Soros od 20 lat finansuje powstanie sektora pozarządowego w Europie Środkowej, współzałożyciel grupy inwestycyjnej Blackstone Peter Peterson ufundował najważniejszy instytut badań nad globalną gospodarką w Waszyngtonie, a małżeństwo Sandlerów, które założyło, a potem sprzedało bank Golden West, sponsoruje organizację dziennikarstwa śledczego ProPublica, która zdobyła niedawno nagrodę Pulitzera.

Chuchają na plutokratów

Branżą, którą amerykańscy superbogacze finansują najbardziej systematycznie, jest polityka. Prawo ogranicza ilość pieniędzy, jakie można przekazać bezpośrednio na kampanię burmistrza, kongresmena czy prezydenta, ale istnieje wiele sposobów, by obejść te limity, na przykład sponsorując tzw. komitety akcji politycznej danego kandydata. W kraju, gdzie na start w jakichkolwiek wyborach trzeba wyłożyć małą fortunę, a koszty kampanii prezydenckich idą w setki milionów dolarów, miliarderzy są poszukiwanymi zwolennikami. Freeland pisze wprost: „żyjemy w plutokracji, gdzie bogaci dysponują nadmiernymi wpływami politycznymi”.

W ostatnich wyborach prezydenckich podzielili się według stopnia posiadania: szeregowi milionerzy w większości poparli kandydata republikanów Johna McCaina, podczas gdy wielcy miliarderzy, na czele z Sorosem i Buffettem, łożyli na kampanię Obamy. Ale nie wszyscy: bracia Koch, jak wyszło na jaw kilka miesięcy temu, są cichymi sponsorami Partii Herbacianej, która stawia sobie za cel usunięcie Obamy z Białego Domu. Mitt Romney, jego najpoważniejszy rywal w przyszłorocznych wyborach, sam jest milionerem, podobnie zresztą jak urzędujący prezydent, który zbił małą fortunę na swoich książkach biograficznych.

W 2008 r. amerykańscy krezusi mieli jasny motyw, by hołubić swoich kandydatów, bo do następcy Busha należała decyzja o losie wprowadzonych przez niego obniżek podatków dla najbogatszych. W zamyśle miały one wspomóc gospodarkę w myśl przekonania, że jak bogaci będą więcej konsumować, to biedni też na tym skorzystają. Dziś nawet kongresowe Biuro ds. Budżetu uważa, że to nieskuteczne narzędzie wspierania wzrostu, a ekonomiści widzą w obniżkach jedną z przyczyn nierówności dochodów i deficytu budżetowego. Obama nie zamierzał ich przedłużać, ale opozycja w Kongresie była zbyt silna, poza tym 44 proc. kongresmenów to milionerzy.

Ale pogoda dla bogaczy kończy się nawet w Ameryce. Odkąd Buffett wezwał polityków, by „przestali chuchać na superbogaczy”, republikanom trudno występować w ich obronie, a żaden wściekły miliarder nie odważy się powiedzieć publicznie, że odmawia pomocy tonącemu państwu i biedniejącym współobywatelom.

Osobną kwestią jest to, jakie realne wpływy przyniesie wyrównanie podatków dla najbogatszych i ilu z nich ucieknie przed fiskusem za granicę. Jedno jest pewne: jeśli Amerykę dopadnie kolejna recesja, w przyszłym roku obywatele z listy „Forbesa” będą biedniejsi. Ale tylko o kilka miliardów.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną